|
|
Książki: Opowiadanie
[ Foreth and Elrond ]
Dostaliśmy e-maila z tą oto opowieścią całkiem niedawno.
Ponieważ bardzo nas ona poruszyła chcieliśmy się nią z Wami podzielić. Oto
tragiczna historia człowieka, który chcąc uciec od zgiełku tego
świata...zresztą przeczytajcie sami.
Redakcja Adventure Books Zone
Są takie chwile w życiu człowieka, że ma się wszystkiego
dość. Ja sam doświadczyłem tego kiedyś i postanowiłem wtedy po prostu
zmienić...świat. Był oczywiście problem, jak tego dokonać. W pewnym sensie
wystarczyło po prostu skoczyć na główkę z mostu, który nie przebiegał nad
rzeką, tylko nad przepaścią. Ale – wiadomo – nie o takie inne światy mi
chodziło. Chciałem znaleźć się w świecie fantasy i pewnego dnia udało mi się
to. Nie wiem jak tego dokonałem, po prostu pewnego ranka się tam obudziłem. Pamiętałem
skrawek snu z nocy poprzedzającej przenosiny. Ktoś mówił mi, że wrócę do
prawdziwego świata, gdy znowu bardzo tego zapragnę. „Ale czadowo!” – myślałem
po przebudzeniu. Leżałem w cieplutkim łóżeczku w niewielkim, czystym,
drewnianym pokoju. Wstałem i podszedłem do okna. To, co zobaczyłem, sprawiło,
że jęk zachwytu wyrwał mi się mimowolnie. Ujrzałem dość duże i przepiękne
miasto. Cała zabudowa była drewniana prócz wielkiego zamku usytuowanego na
skarpie pośrodku miasta. Ulicami przechadzały się krasnoludy, elfy i inne znane
z literatury i gier fantasy stworzenia. Tętniące życiem piękne miasto, a nad
nim zachodzące niebo o czerwonawym kolorze – to musiało zachwycić. I
zachwyciło. W mieście tym, które – jak się okazało – nazywało się Parver tak mi
się spodobało, że zostałem tutaj na dłużej. No...dziesięć lat to faktycznie
dużo jak na wczasy. W ciągu tej dekady zdążyłem się ożenić, zostałem kupcem
handlującym rozmaitościami. A ile ciekawych rzeczy zobaczyłem... Hoho! Widziałem strajk szkieletów, którzy skarżyli
się, że w nocy złodzieje kradną im szpik. Odwiedziłem wynalazcę, którego
uważano w Parver za szaleńca. Facet pochodził z Europy i próbował sprzedać
tutaj dekodery, pralki Wrozamet i sokowirówki. Widziałem ślub smoka z
krasnoludką itd. Jednym słowem żyłem w świecie fantasy, pełnym dziwów i
niesamowitych rzeczy. Lecz to, co się stało pewnej nocy to.....ech, brak mi
słów. Posłuchajcie. Otóż tamtej feralnej nocy obudziłem się ok. trzeciej nad
ranem. Leżałem na brzuchu i potwornie dziwnie mi się leżało. „Od kiedy ja mam
taką klatę?” - pomyślałem. Czułem się jakby przybyło mi w tym miejscu z 5 kilo.
Wstałem, podszedłem do lustra, spojrzałem i...krzyknąłem. Ale to nie był zwykły
krzyk. To był krzyk...kobiety. Stałem przed lustrem i wpatrywałem się w moje długie
włosy, te dodatkowe 5 kilo, inne rysy twarzy. „CO TU SIĘ DZIEJE???!!!” –
krzyczałem (-am) w myślach. Chwilę później usłyszałem kolejny krzyk. To był
głos mojej żony, która stała teraz obok mnie. Zamurowało mnie.
- Spokojnie...to ja, twoja...eeee....żona...eee...mąż? – nie wiedziałem,
co powiedzieć.
Wiedziałem tylko jedno – moja sytuacja była
nieciekawa. Zwłaszcza, gdy kobieta zaczęła drzeć się w niebogłosy i wołać o
pomoc. Nie było czasu na wyjaśnienia – wybiegłem błyskawicznie z domu. Parver
było puste, a brama do miasta zamknięta. Swoją drogą to miasto pogrążone w
ciemnościach ze świecącymi magicznymi latarniami było bardzo klimatyczne.
Musiałem znaleźć miejsce, gdzie mógłbym przeczekać tą straszliwą noc.
Przycupnąłem pod jednym z drzew i na chłodno próbowałem ocenić sytuację.
„Jestem kobitą – nie wiem czemu. Jak się czuję? Jak kobieta, czyli...dziwnie?”.
Czułem, że jestem słabszy fizycznie, trochę niższy. Nie mogłem poradzić z
długimi włosami. „Co teraz?” – zastanawiałem się. Postanowiłem pójść rano do
żony i spróbować jej wszystko wytłumaczyć. Tak też zrobiłem. Idąc rano ulicą w
kierunku domu zauważyłem, że nagle wszyscy (a zwłaszcza istoty płci męskiej)
zaczęły się na mnie gapić. „Chyba jestem ładna” – pomyślałem. Chwilę potem
zdałem sobie jednak sprawę, co było przedmiotem zainteresowania tych ludzi.
Otóż ruchliwą ulicą paradowała kobieta w męskiej piżamce. Od tej pory chodziłem
raczej bocznymi uliczkami. Gdy dotarłem do domu, postanowiłem dostać się do
środka oknem, by nie zrobić zamieszania. Już miałem wejść na parapet, gdy
usłyszałem rozmowę mojej żony ze Strażnikiem Prawa (odpowiednikiem policjanta w
Parver). Opisywała ona całe nocne wydarzenie. Według jej słów zostałem porwany,
a ona zdążyła zauważyć jednego z porywaczy, zanim uciekł. Na domiar złego
podała mój rysopis. Zdałem sobie sprawę, że trzeba prysnąć z miasta, bo jak
mnie złapią to będzie nieciekawie. Gdy moja żona odprowadzała Strażnika,
wszedłem cichaczem do pokoju, wziąłem trochę damskich ciuszków, sakiewkę z
pieniędzmi i ruszyłem w kierunku bramy miasta. Udało mi się ją przekroczyć bez
większych problemów z wyjątkiem epizodu, w którym jeden ze strażników chciał
umówić się ze mną na kolację w jednej z tutejszych tawern.
- Nie umawiam się z facetami – odpowiedziałem odruchowo zapominając o stanie
w jakim się znalazłem.
Strażnik popatrzył wtedy na mnie wzrokiem, którego
nie chciałbym już nigdy zobaczyć. Gdy wyszedłem z miasta zorientowałem się, że
tak właściwie kompletnie nie wiem co robić. Pamiętałem jednakże o pewnym
mędrcu, który mieszkał w chacie o jeden dzień drogi od Parver. Postanowiłem
więc skierować się do niego. Po drodze wstąpiłem do jednej z tawern leżących
przy trakcie. Podszedłem do lady i zamówiłem kotlet z trolla oraz mielony
smoczy zad w sosie własnym. Zjadłem, zapłaciłem i wyszedłem na zewnątrz.
Widziałem osobę, która wyszła za mną. Widziałem, że cały czas idzie za mną, ale
wmawiałem sobie, że to tylko przypadek albo iluzja. Życie samo dało mi
odpowiedź. Gdy wszedłem w ciemny las zwany Lasem Wilków tajemnicza osoba
przyspieszyła tempo. „Przyspieszyła tempo” to mało powiedziane – ona zaczęła
biec. Dogoniła mnie, złapała mnie w żelazny uścisk i wrzasnęła:
- Do stu piorunów! Nie wierzyłam, że cię jeszcze zobaczę! Naprawdę mi
miło, że mogę cię w końcu zabić!
Popatrzyłem na nią. Jej twarz była cała w bliznach,
jedno oko miała zasłonięte przepaską, drugie zaś patrzyło na mnie wzrokiem
pełnym nienawiści.
- Zaraz, zaraz! Toż to jakaś pomyłka! – krzyknąłem próbując uwolnić się.
- Tym razem mi nie uciekniesz – darła się potworna nieznajoma.
I nagle zdałem sobie sprawę, że ta kobieta mnie
dusi! Zacząłem szamotać się, ale ona była bardzo silna. Udało mi się jednak
sięgnąć ręką do kieszeni. „Żeby moja żona zostawiła tam coś przydatnego” –
myślałem. Macałem ręką przedmioty. Szminka, lusterko, chustka, grzebień.
Grzebień! Wyjąłem go szybko z kieszeni i przejechałem nim po rękach wroga.
Tutaj trzeba dodać, że w Parver nie znano plastiku, więc grzebienie były
metalowe. No to teraz już wiecie jakie narzędzie zbrodni posiadałem. Nieznajoma
zawyła jak wytrenowany w tej sztuce wilkołak, a mnie udało się uwolnić.
Zacząłem uciekać, a ona zaczęła mnie gonić. Biegłem niczym Forest Gump i chyba
faktycznie dużo przebiegliśmy, bo w pewnym momencie ujrzałem chatkę na zboczu
góry. „Chata mędrca!” – pomyślałem. Dorównywałem nieznajomej w szybkości, ale
po zboczach to ona się lepiej ode mnie spinała. Widziałem nóż w jej dłoni. Już
byłem przy drzwiach chatki, gdy coś złapało mnie za nogę. Upadłem i zacząłem
walić grzebieniem i pięścią na oślep. Chyba niektóre moje ciosy trafiały, bo po
30 sekundach walki zdałem sobie sprawę, że ładuję w nieprzytomną osobę.
Wstałem, otrzepałem się i zapukałem do drzwi.
- Kto tam??? – usłyszałem.
- Przyjaciel, potrzebuję pomocy! – krzyknąłem.
- Na wagonodziało mojego wujka, idę!
Chwilę potem drzwi się otworzyły i ujrzałem starca.
Miał długą, siwą brodę, długie, siwe włosy, długą, siwą...tzn. białą szatę.
- Wielkie nieba – krzyknął starzec.
- Ja...naprawdę przepraszam. To ona mnie zaatakowała – odparłem.
- Wielkie nieba!
- Człowieku, nie widziałeś nigdy nieprzytomnej kobiety?
- Wielkie nieba! Kobieto, ty popatrz się na swoje plecy!
Spojrzałem przez ramię próbując cokolwiek zobaczyć.
Zobaczyłem plecy.....oraz dyndający przedmiot. Piękny nóż sterczał mi z prawej
łopatki.
- Wielkie nieba! – wrzasnąłem.
Poczułem się dziwnie. Wiedziałem, że zaraz upadnę.
Ostatnimi spojrzeniami objąłem starca rzucającego jakiś czar...Gdy znowu
zobaczyłem cokolwiek, nie byłem ani kobietą, ani mężczyzną. Byłem zieloną,
przezroczystą kulą zdolną do patrzenia i lewitowania w powietrzu. Znajdowałem
się w chacie starca. Pośrodku chaty stał wielki stół, obok wielki fotel, ogień
palił się w kominku. Domek był bardzo cały z drewna, zadbany oraz przytulny.
Starzec siedział w fotelu i palił fajkę.
- Chwilę przed twoją śmiercią, „wyjąłem” twoją duszę z ciała – rzekł.
Ta kula to ty, twoja dusza. Dlatego
też mimo, że nie masz już ciała, żyjesz. Przypominasz mi kulę ołowianą z tematu
„Równia pochyła” z pierwszego roku moich studiów fizycznych. Haha...to były
czasy! Kiedyś przyszedł do nas nauczyciel...oj przepraszam, zawsze tak się
rozpędzam. Wróćmy do ciebie. Musimy znaleźć dla ciebie ciało i mamy na to kilka
minut, zanim twoja dusza też odejdzie. Swojego ci nie dam, a najbliższa osoba
idzie traktem oddalonym o 20 min drogi stąd. Ale jest jedno rozwiązanie. Tym
rozwiązaniem jest nieprzytomna Areda. Czy chcesz...?
Gdy to usłyszałem, ciarki przebiegły mi po plecach,
których nie miałem. Spojrzałem na tą ohydną, okrytą bliznami twarz. Ale
wiedziałem, że muszę się zgodzić. Zacząłem więc potakiwać całym ciałem w
powietrzu. Starzec zrozumiał mnie i chwilę potem byłem Aredą.
Czułem się okropnie. Starzec poczęstował mnie
herbatą jednostajnie przyśpieszoną, a ja opowiedziałem całą moją historię. W
końcu spytałem:
- Co mam robić?
- Wiem, jeśli masz drobne – rzekł mędrzec.
Popatrzyłem na niego baaaardzo nieładnym wzrokiem i
mrucząc wręczyłem parę monet.
- Przed tobą długa droga! Zanim ci jednak zdradzę, co musisz zrobić
pozwól, że cię ostrzegę. Jesteś bowiem w ciele Aredy, jednego z
najsłynniejszych czarnych charakterów świata. Ścigają ją prawie wszędzie, więc
będziesz musiał uważać. Twoje poprzednie ciało należało zapewne do kogoś, z kim
Areda miała porachunki...
- Dobrze, co muszę zrobić? – spytałem.
- Za twoje nieszczęście odpowiada istota o wielkiej energii i mocy. Wiem,
że jest ona przyczyną wielu nieszczęść w naszych krainach. Żyje na Górze Wichru, nieopodal stąd. Na takich
wysokościach woda gotuje się już w temperaturze 96 stopni i dlatego tam jada
się niedogotowane ziemniaki i...
- Niech pan skończy z tą fizyką! – nie wytrzymałem.
- Oj...przepraszam...znowu. Cóż, pozostaje mi życzyć ci powodzenia moja
droga...tzn. mój drogi. Weź trochę ciepłych ubrań. Śpiesz się, bo inni twojego
prześladowcę także szukają....
Pożegnałem się ze starcem i ruszyłem w drogę.
Świadomość, że byłem w ciele bandyty, trochę mnie przerażała. Dlatego też
unikałem ludzi. Po wielu godzinach drogi dotarłem w końcu na Górę Wichrów. Było
bardzo zimno. Stojąc na szczycie widziałem bezkresne lasy, pola ciągnące się aż
po horyzont. Patrząc w drugą stronę krajobraz był jednostajny. Skała, skała,
pieczara, skała...zaraz! „Starzec chyba miał rację” – pomyślałem. Wszedłem do
jaskini. Drogę oświetlałem sobie pochodnią. Nagle rozległy się strzały. Seria z
karabinu! Padłem na ziemię. „Ładnie mnie witają...” – pomyślałem. Gdy strzały
ustały poszedłem dalej. Nagle granat...i znowu seria z karabinu! Znowu na
ziemię...
- Rozwalę cię!
„Hmmm??? Co to było?” – pomyślałem z trwogą.
Tratatatatatatata! Strzelają! Nie trafili w mnie!
Wstaję i idę dalej.
- Haha! Masz za swoje!
Gulp! Idę dalej.
- A masz, a masz! Co? Game Over??? No to na kodach...
Hę? Rany, co jest?” – pomyślałem.
Nagle zobaczyłem światło na końcu korytarza.
Wszedłem do wielkiej komnaty i zobaczyłem...peceta. Tak, peceta! Grał w coś,
sam ze sobą. Przetarłem oczy ze zdumienia. On nadal tam był. Miał monitor
przymocowany do obudowy. Chyba mnie zauważył, bo rzekł:
- O! Toż to Pan Kobieta! Ale ja lubię płatać figle takim jak wy! –
powiedział metalicznym głosem.
- Tyyyy..... – zacząłem sapać.
- Nie podejmuj żadnych drastycznych kroków, bo to w końcu ja mogę ci
pomóc, nie???
- Dobra – próbowałem się uspokoić – czemu???
- A tak dla zabawy, hahahaha!
- Jak???
- Jak??? Przecież ten świat bazuje na magii i na energii. A ja mam 1200
MHz i 512 RAM... To jest dopiero energia.
- Nie boisz się, że cię tu znajdą?
- Wali mnie to...
- PRZYWRÓĆ MI DAWNĄ POSTAĆ!!!! TY ZROZUM JAK JA SIĘ CZUJĘ!!! – nie
wytrzymywałem.
- Nie denerwuj się tak. Kopernik też była kobietą. Spokojnie...
Nagle usłyszałem huk i wiele głosów dobiegających z
głębi korytarza.
- Chyba cię znaleźli – powiedziałem i zacząłem się śmiać. - Jak pogadamy
wszyscy to mi pomożesz.
Nie, nie pogadamy. Nagle zdałem sobie sprawę, kim
jestem. Błyskawicznie ukryłem się w kącie jaskini. I wtedy wtargnęła cała
armia. Po bardzo emocjonalnej wymianie zdań, pecet został uwięziony w worku.
Wszyscy wyszli, a ja płakałem. Płakałem, bo straciłem już nadzieję.
Postanowiłem wrócić do miasta. Gdy dotarłem do Parver, w mieście wrzało.
Przyczyną było zapewne ujęcie peceta, przestępcy i mej ostatniej nadziei.
Przemykałem się ciemnymi zaułkami miasta, by nie zostać zauważonym. Nie mogłem
z nikim porozmawiać, a musiałem znać szczegóły. W końcu jednak zauważyłem
niewidomego żebraka. Podszedłem do niego i powiedziałem:
- Dam ci trochę brzęczących monet, tylko powiedz mi, co się w mieście
stało? Mam nadzieję, że wiesz...
Żebrak natychmiast krzyknął;
- Co ja widzę? Przecież to Areda. Ludzie, Areda!
Moment, w którym dziesiątki oczu zostało
skierowanych na mnie, nie należał do przyjemnych. Zacząłem uciekać. Goniło mnie
ładne parędziesiąt osób. Wskoczyłem do jednej z piwnic i naprawdę miło się
rozczarowałem widząc, że jest to moja własna piwnica. Poczekałem aż na ulicy
się uspokoiło. A uspokoiło się w nocy. Ulice były puste, puściusieńkie. „Gdzie
się wszyscy podziali?” – zastanawiałem się. Wszedłem przez okno do mojego domu,
przebrałem się w czyste ubranie. Wyszedłem na ulicę i spojrzałem na skarpę,
gdzie znajdował się zamek. Tak! Tam byli wszyscy! Pobiegłem tam. Z oddali
dojrzałem wielka szubienicę, usłyszałem także słowa: „Z uwagi na zbrodnie,
jakich się dopuścił, zostaje skazany na śmierć przez powieszenie!” Podniosła
się wrzawa. Przybyłem na miejsce, by zobaczyć jak zaciskają pecetowi pętlę na
szyi. Komp był położony na stołku. Po minucie ktoś kopnął ten stołek. Pecet
zawisł. Tłum rozentuzjazmowany zaczął się niepokoić, gdy po pięciu minutach
pecet dalej wisiał, śmiejąc się i krzycząc: „Kompy lubią wisieć! Sam sobie
często wiszę!” Chwilę potem pecet włączył sobie jakieś FPP i puścił seryjkę z
karabinu. Tłum ogarnęła panika, wszyscy uciekali tratując się nawzajem, krzyk
był niesamowity. W końcu decyzję podjął książę Parver.
- Ponieważ winny jest odporny na śmierć przez powieszenie, zostanie
rozstrzelany! – krzyknął.
Serce skoczyło mi do gardła. Do tej pory śmiałem się
z tych ludzi, próbujących powiesić komputer. Teraz sprawa była już jednak
poważna. Do szubienicy podeszło trzech mężczyzn z bronią w ręku. Rozglądałem
się szaleńczo myśląc: „Co robić?? Ach gdybym nie był Aredą! A tak nie mogę się
pokazać”. Zamknąłem oczy. Rozległy się strzały, poleciały iskry, na co tłum
zareagował głośnym „oooooo!”. W tym momencie moje szaleństwo sięgnęło zenitu.
Pobiegłem w stronę peceta. Wiedziałem, że to moja ostatnia szansa. Zacząłem
wrzeszczeć:
- Zrób coś! Słyszysz?!!!
- Prgkjlhfl....miała baba koguta, koguta, koguta...pgp...psk.. Wer den
Dichter will verstehen, Muss in Dichter’s Lande gehen....atrjrrr..
- Pecet!!!
- Need for Fifa, The Longest Commandos, Tomb Fighter, Gilbert vs.
Predator, Deus Deus Kosmadeus....klsd.
- Zrób!!!
- Baldur’s Gate..s Bill właściwie. Eee....czego pani sobie życzy?
- Zdejmij ze mnie tą klątwę!!
- Eee...jestem rozwalony, nie wiem czy mi się uda. Spróbuję, madame...
Rozległ się błysk, huk! Jakaś siła powaliła mnie na
ziemię! W tym momencie podbiegł do mnie jeden ze Strażników, chwycił mnie za
ramię i otworzył usta nie zdumienia.
- O do licha! – krzyknąłem. - Chyba się nie udało! Słuchaj, to nie
tak....Ja nie jestem....
- Co, się nie udało??? Ty ciesz się, że żyjesz! Myśleliśmy, że już po
tobie, starcze.
- Starcze?!!!
- Nooo, przepraszam za ten ton...
- Chcesz powiedzieć, że jestem starcem?
- A co? Ja wiem, że pan pewnie młody, tylko te zmarszczki, siwe włosy,
broda i garb tak pana „postarzają”
- A żebyś wiedział, draniu!!! – popatrzyłem na peceta i niech się on
cieszy, że wtedy nie zobaczył mojego spojrzenia.
W tym ogólnym tumulcie udało mi się prysnąć z
pecetem. Pobiegłem do tego szaleńca -wynalazcy. Wspólnie naprawialiśmy kompa
całą noc. Dowiedziałem się, że wynalazca znalazł się tutaj za czasów Spectruma
i nie mógł się nadziwić widokiem współczesnego sprzętu. Naprawiliśmy kompa, ale
to już nie był on. Nic nie pamiętał, a ja straciłem szansę na odzyskanie
wyglądu. Postanowiłem wrócić do Polski. Zrobiłem tak jak we śnie mi
powiedziano. Gorąco zapragnąłem powrotu...i pragnę do dzisiaj. Nie mogę wrócić,
bo nie jestem tym samym człowiekiem, który tutaj się dostał. Gdy to zrozumiałem
załamałem się. Ale ponieważ jestem urodzonym optymistą, wziąłem się do roboty i
zacząłem nowe życie. Zająłem się magią i do dziś próbuję wynaleźć eliksir
młodości albo pierwotnego wyglądu. Szalony wynalazca skombinował mi modem i
dzięki temu mogę surfować po internecie (fajnie, że mamy reprezentację w
finałach MŚ) i dzielić się z czytelnikami Adventure Zone swoją historią.
Pozdrowienia z dalekiego Parver!
XXXXXX XXXXXXXX
Jeszcze raz redakcja ABZ: myślimy, że ta historia
skłoni Was do refleksji nad sensem życia i szukaniem szczęścia, które jest obok
nas, a którego często nie widzimy. Uczcie się także umiejętnie podejmować
decyzje, uczcie się na cudzych błędach. Nie wystarczy Wam czasu, by je wszystkie
popełnić.
|
|
|
|