Wiem, że ten text powinien znaleźć się w dziale filmowym, ale ponieważ w Adventure Books Zone mamy numer pod znakiem "Quo Vadis", warto wspomnieć także o polskiej superprodukcji, którą od kilku miesięcy można oglądać w kinach.
Quo Vadis, polska kinematografio??? Zauważyliście w naszym kraju ciekawe zjawisko? Otóż w ciągu kilku ostatnich lat powstało kilka tak zwanych "superprodukcji", których fabuła oparta została na znanych dziełach polskiej literatury. Mam tutaj na myśli "Ogniem i mieczem", "Pana Tadeusza", "Przedwiośnie" i ostatnio "Quo Vadis" oraz "Wiedźmina". Wszystkie te filmy weszły na ekrany z wielką pompą i zaczął się szum w mediach jakie to te filmy świetne (no...może poza "Wiedźminem" - jak widzę te jedynki i dwójki w skali sześciostopniowej to...). Wszyscy dziękowali (!) autorom za wspaniały dobór postaci (słyszałem coś takiego w radio - teraz zamiast podziwiać dziękuje się) po czym...nagle okazało się, że te filmy wcale takie dobre nie są. Ludzie zaczęli trzeźwo patrzeć na to, co zostało im zaserwowane i...wyszło szydło z worka. Nagle okazało się, że "Ogniem i mieczem" jest najwyżej niezłe, "Przedwiośnie" słabiutkie, "Quo Vadis"...no właśnie. W przypadku tego filmu też mieliśmy do czynienia z wielkim "ach" w mediach
(też było dziękowanie za wszystko), choć nie da się ukryć, że gdy film wchodził na ekrany cała Polska patrzyła nie na ruiny Zatybrza, lecz World Trade Center. Ale wróćmy do filmu, który miał być tegorocznym hitem...
Po pierwsze, "Quo Vadis" jest PRZE-GA-DA-NE. Są momenty, gdy ma się dość rozmów, gadania i dyskusji. Trzeba przyznać, że w książce także jest dużo dialogów. Jak trzeba było wyreżyserować film, by nie był przegadany? Nie wiem, ale ja nie jestem reżyserem, tylko widzem, a widzę, że gadania jest o wiele za dużo. Czegoś jest więcej, bo czegoś jest mniej. Niestety, w filmie bardzo widoczny jest fakt, iż podczas kręcenia "Quo Vadis", a ściślej mówiąc sceny pożaru Rzymu, pożar kontrolowany stał się niekontrolowany i spaliła się część dekoracji. Scena zrobiona jest więc nie tak, jak sobie wszyscy (łącznie z ekipą tworzącą film) wymarzyli, tzn. jest OK, ale potwornie krótka. Jeszcze się na dobre nie zaczyna, a już się kończy.
Kolejna sprawą, którą chciałbym poruszyć jest obsada. Zacznijmy od Winicjusza (Paweł Deląg) i Ligii (Magdalena Mielcarz). Ten pierwszy bezbarwny, ta druga także. Dla mnie zawód... Pomińmy już fakt, że przydałoby się, by Ligię nauczyć jakichkolwiek innych słów poza "kocham Cię, Marku" i "tyś mym mężem, Marku". Szczerze mówiąc, modna ostatnio koncepcja angażowania do poważnych filmów modelek, piosenkarzy, nie mających na co dzień nic wspólnego z profesjonalnym aktorstwem, jest dla mnie beznadziejna. Warto jeszcze wspomnieć o tragicznym doborze aktora do roli Pawła z Tarsu, postaci niby epizodycznej, ale... Nie mam nic do aktora, który wcielił się w tego apostoła, ale do tej roli po prostu się nie nadaje. Scena, w której Paweł się pojawia mnie osobiście bardzo przypominała "odwiedziny" akwizytora. Na szczęście w "Quo Vadis" są także bardzo udane role. Przede wszystkim Chilon, czyli Jerzy Trela. No comments...po prostu doskonała robota. Także Linda (jako Petroniusz) spisał się bardzo dobrze, przynajmniej dla
mnie. W kwestii jego roli słyszałem bardzo różne zdania (podobnie było w "Panu Tadeuszu": jedni mówili, że Linda zagrał księdza Robaka świetnie, inni, że jego kreacja...zepsuła film - ja obstaję za tym pierwszym). Czasami dziwnie mi się słuchało Lindy, taki mało wulgarny język... Kolejną bardzo dobra kreacją jest rola Michała Bajora jako Nerona. Obawiałem się przed premierą, czy aby Bajor się do tej roli nadaje, ale miło się rozczarowałem. Bajor szaleństwo Nerona pokazał bardzo przekonywująco. Dobrze spisał się także Franciszek Pieczka jako św. Piotr. Warto wspomnieć o jeszcze dwóch, niby drugoplanowych, ale znakomitych dla mnie rolach. Pierwsza z nich to Krzysztof Majchrzak jako Tygellin, druga to demonicznie spokojna Poppea (nazwisko aktorki niestety zapomniałem). Jak więc widzicie, w "Quo Vadis" mamy zarówno kreacje świetne, jak i słabe (jak zresztą w każdym filmie).
Chciałbym teraz jeszcze trochę ponarzekać na scenografię, która momentami prezentuje słabiutką jakość. Przede wszystkim strasznie sztucznie i nieciekawie wygląda colloseum. Wystarczy porównać je do areny z "Gladiatora", toż to niebo, a ziemia. Niestety, w czasie niektórych scen widać także, że tło (ach, te pagórki i domy w oddali) nie jest prawdziwe.
Myślę jednak, że najważniejszym pytaniem jakie sobie zadawano przed premierą "Quo Vadis" było, czy film tak samo doskonale pokaże tragedię chrześcijan jak powieść "Sienkiewicza". Początkowo faktycznie coś chwyta za serce, gdy się to wszystko ogląda. Potem jednak uwaga widza skupia się na okrucieństwie, a nie na postawie chrześcijan. Myślę, że film przedstawia tragedię wyznawców Chrystusa wyłącznie za pomocą pokazywania coraz to okrutniejszych sposobów ich uśmiercania. Książka niby też je pokazywała, ale...tam było coś więcej. Tam była prawdziwa tragedia, tutaj jest rzeźnia.
Podsumowując, film nie zasługuje na miano wielkiego dzieła. Jest tylko kolejnym przykładem na to, że szum wokół "wielkich superprodukcji" nie zawsze jest uzasadniony. Teraz już na szczęście szumu nie ma, ale poczekajmy do następnego "wielkiego, polskiego dzieła". A jak znam życie, prawdziwe wielkie dzieło przyjdzie w ciszy, bez akompaniującej wielkiej propagandy w mediach.