Intro
News
Texty
Galeria
Pliki
Taniocha
Help
I-Net
TOP 10
Kronika AZ
Listy
About

Mumia
[ Wonters ]

 

     Swego czasu popularna była następująca anegdota. Dwaj polscy uczeni odkryli tajne wejście do piramidy, zagłębili sie w labirynt korytarzy, aż wreszcie dotarli do otwartego sarkofagu. Gdy zbliżyli sie do mumii, ta nagle poruszyła sie i zapytała: "A Miecio Fogg jeszcze żyje?"

     Ta anegdota przychodzi na myśl, kiedy ogłada sie "Mumie" Stephena Sommersa. Już dawno na naszych ekranach nic było filmu tak mocno osadzonego w tradycji kina, którego czas - zdawałoby sie - odszedł w niepamięć. To zresztą specjalność Sommersa, którego znamy jako adaptatora "Księgi dżungli" (1994), odwołującej sie do disneyowskiej wersji rysunkowej. Tym razem utworem, na który powołują sie promotorzy jego filmu, jest słynna "Mumia" Karla Freunda z 1932 roku - jeden z najdoskonalszych horrorów w dziejach kina: przejmujący kreacja Borisa Karloffa, poetyckim nastrojem i gra świateł.

     Jak należy oczekiwać, "Mumia" Sommersa nie powiela ckliwej fabuły oryginału, lecz jak na dzieło końca stulecia przystało potraktuje ja z przymrużeniem oka. Zgodnie z duchem epoki, która domaga sie nadmiaru wrażeń, źródeł pastiszu będzie zresztą więcej. Sommers do jednego worka wsypuje romantyczno-sentymentalna tradycje egzotycznych filmów przygodowych, których symbolem jest Gary Cooper jako legionista Beau Geste, pustynnych melodramatów spod znaku Rudolpha Valentino, epatujących tajemniczymi rytuałami horrorów Vala Lewtona oraz - last but not least - dynamicznych widowisk kina akcji w stylu Indiany Jonesa. Ta ostatnia tradycja - od premiery "Poszukiwaczy zaginionej arki" w czerwcu minęło 18 lat! - jest zresztą dla Sommersa najważniejsza. Nie liczy sie logika fabuły, a jedynie ciąg przyczynowo-skutkowy, mający uzasadnić kolejne kulminacje, oparte na gadżetach i coraz bardziej wyrafinowanych efektach specjalnych (w wydaniu tej samej firmy, Industrial Light & Magic), zaś źródłem satysfakcji ma być podziw dla in wencji komputerowych czarodziejów i emocje, jakie towarzysza odkrywaniu tytułów, które sparodiowano w danej scenie. Nie da sie ukryć, ze wartko rozwijającej sie akcji nie przeszkadza ledwie naszkicowany scenariusz, którego stale punkty ulęgają stopniowej dewaluacji. Niepotrzebny stal sie uczony starzec, mający wyjaśniać wszelkie zawiłości - znakomicie wyręczy go bibliotekarka o milej dla oka aparycji, niepotrzebny tez jest charyzmatyczny aktor - ciężar akcji dźwigają wszak efekty specjalne, niepotrzebny demoniczny czarny charakter - wystarczy komputerowy twór. Ostentacja, z jaka lekceważy sie reguły gry z widzem, nie ma chyba granic. Zwieńczenie sceny kulminacyjnej osiąga wymiar groteski - wirtualne, wygenerowane komputerowo postaci wałcza miedzy sobą, wzbudzając co najwyżej równie jak one wirtualny strach, lecz płatający sie miedzy nimi aktorzy nie przestają mrugać do widza, narażając sie na nadwyreżenie powiek. Ich ciężki trud przynosi jednak efekty - do czasu premiery pierwszej części "Gwiezdnych wojen" właśnie "Mumia" - eskapizm w stanie czystym - była najbardziej kasowym filmem sezonu, a w Polsce z pewnością zostanie przebojem lata.

     A wracając do cytowanej na wstępie anegdoty. Gdyby dwaj amerykańscy reżyserzy odkopali mumie, a ta zapytałaby ich o Borisa Karloffa, obaj stanęliby jak wryci. Bynajmniej nie dlatego, ze zaskoczyłaby ich angielszczyzna starożytnego znaleziska. Dlatego, ze obaj o Karloffie i jego sztuce budowania grozy już dawno zapomnieli.

 


Intro | News | Texty | Galeria | Pliki | Taniocha | Help | I-Net | TOP 10 | Kronika AZ | Listy | About |