|
|
Róża Beveretta
[ Elrond ]
I Siedzieli na polance otoczonej modrzewiami. W powietrzu
unosił się zapach żywicy. Dym z przygasającego ogniska sunął nisko przy ziemi.
-Będzie padać- mruknęła. Nie odpowiedział. Była uzdrowicielką, wyleczyła
go, ale jej gadulstwo bardzo go irytowało. Siedział i polerował swój miecz.
Naraz uniósł głowę, pochylił ją lekko w lewo. -Słyszysz coś? Nadal
milczał, ale wstał i przeszedł się dokoła obozu. Medalion zadrgał. -Nic nie
mów. Nie ruszaj się- głos miał chrapliwy. -Co się dzieje? Jakiś
potwór?! Podszedł bez słowa do kępy drzew, będącej poza zasięgiem światła z
ogniska. -Wyjdź!- krzyknął. Wyszedł. Od razu. Był mieszańcem, półelfem.
Czarne włosy lśniły w blasku ognia, takież oczy rzucały dokoła błyski. Miał
około sześciu stóp wzrostu. Ubrany, elfią modą, w kolorowe szmatki, nie wyglądał
zbyt groźnie. Ale wiedźmin nie schował miecza. -Kim jesteś i czego chcesz? -
jego głos był zimny, zimny jak stal. Nieznajomy uśmiechnął się krzywo,
spoglądając na uzdrowicielkę. -Widzę, że przeszkodziłem. Zgrzytnęła
zębami. -Cóż, jestem tylko biednym mieszańcem, skomlącym o kawałek chleba.
Nie sądzę, by moja skromna osoba była powodem do chwytania za miecz. -Nie
obchodzi mnie, co sądzisz- warknął wiedźmin. -To moje ognisko i goszczę przy
nim, kogo chcę. Jeśli jesteś głodny, wystarczyło poprosić, a nie skradać się jak
zbir. -Błagam zatem o wybaczenie i uniżenie proszę o coś do żarcia, bo mi
kiszki skręca. Uzdrowicielka uśmiechnęła się i podała mu miskę z czymś do
żarcia. -Jestem Beverett- przedstawił się mieszaniec. -Geralt z Rivii,
wiedźmin. -Werenika, uzdrowicielka. Beverett spojrzał na nią uważniej.
Zaczerwieniła się. -Wiem. Nie wyglądam na uzdrowicielkę- mruknęła. Fakt,
nie wyglądała. Czarodziejki bywały zwykle piękne, a przynajmniej atrakcyjne. Ona
taka nie była. Właściwie, była całkiem brzydka. -Widzę, że nie używasz zaklęć
upiększających, jak inne czarodziejki. O, przepraszam, nie chciałem cię urazić-
rzekł, widząc, że jej twarz przybrała kolor dojrzałego pomidora. -Nie jestem
czarodziejką. Magii trochę "wąchnęłam", ale to zbyt mało, żeby była mowa o
takich czarach. A poza tym, cenię sobie naturalność- rzuciła mu wyzywające
spojrzenie. -To się chwali, zwłaszcza w twoim zawodzie. Przez jakiś czas
siedzieli w milczeniu, ogryzając kości jakiegoś niewielkiego
stworzenia. -Smakuje jak kurczak, ale wygląda gorzej niż szczur- stwierdził
Beverett. -Ciesz się, że masz co do gęby włożyć- warknął Geralt, najwyraźniej
będący odmiennego zdania, zapewne dlatego, że to on zdobył myśliwskie
trofeum. -Beverett. -Tak, Geralt? -Jesteś magikiem? -Nie- elf zrobił
dziwną minę.-Czemu pytasz? -Mój medalion drgnął, gdy pojawiłeś się w
pobliżu. -Muszę się do czegoś przyznać. Nie jestem magikiem, jak to raczyłeś
określić, ale mam pewne zdolności. Spojrzeli na niego
wyczekująco. -Próbowałem sondować wasze mózgi- swoboda z jaką to powiedział,
wstrząsnęła Wereniką tak, że splunęła ze wstrętem. -Tylko
próbowałeś? -Tak. Ty, wiedźminie, masz zbyt silną blokadę, a ona... -Co
ja? -Nie mogłem znaleźć, nazwijmy to, dojścia. Słyszałem tylko jakieś szumy,
czułem zamęt... -Ha, ha. Ja też mam blokadę. A raczej wręcz przeciwnie. Mam,
nazwijmy to, silne dojścia. Taki kontakt z naturą. Przeze mnie przemawiają jej
głosy. Dlatego nie mogłeś znaleźć mojego. -Sprytne. Zamiast budować mury,
otwierasz wszystkie drzwi i okna. Robisz przeciąg. -Właśnie. Wiedźmin
popatrzył na nią dziwnym wzrokiem. Przyrzekła sobie w duchu mówić mu o
wszystkim. -Późno się robi. Idę spać. Dobranoc- ziewnęła rozdzierająco.
Zawinęła się w derki i wkrótce usnęła.
II Ranek był piękny, nawet jak na tę porę roku. Powinien
ciągle lać deszcz i to lać jak z cebra, a tymczasem, ku nie skrywanej radości
Wereniki, świeciło ciepłe, majowe słońce. Przy ognisku siedział Beverett,
mieszając w garnku bliżej nieokreśloną ciecz. Ziewnęła i usiadła obok
niego. -Mm...elf, a zniża się do tak prozaicznej czynności, jaką jest
gotowanie. Niebywałe. -Proszę, nie porażaj mnie swą elokwencją, bo gotów
jestem paść martwy, a wam pozostanie tak prozaiczna czynność, jak grzebanie
ścierwa. -Gdzie jest Geralt?- rozejrzała się wokół. Coś zwróciło jej
uwagę. -Nie ma jego rzeczy...Ani konia... A to wredny...! Przecież miał na
mnie zaczekać! Miałam z nim jechać! Słońce nie świeciło już tak
ładnie. -Nie krzycz tak. Wiedźmin się spieszył. Prosił, żeby ci przekazać, że
za dziewięć dni będzie w Redanii i tam się spotkacie. W gospodzie pod
"Usieczonym Rogaczem". Masz wiedzieć, gdzie to jest. -Wiem- uspokoiła się
nieco. -Póki co, musisz sobie znaleźć jakieś zajęcie, bo do Redanii są mniej
więcej dwa dni, z szukaniem gospody będzie dwa i pół. -To zostaje mi sześć i
pół dnia. Masz jakieś propozycje? Może znasz kogoś chorego w tych
okolicach? -Miałbym propozycję- uśmiechnął się tajemniczo. Spojrzała na
niego badawczo. -Jaką?- wycedziła. -Och, nie rób takiej miny. Myślałem po
prostu, że moglibyśmy odwiedzić mojego przyjaciela, mieszka niezbyt daleko. Tam
przeczekałabyś te sześć i pół dnia. -W porządku. Tylko się spakuję. Po
kilkunastu minutach byli już w siodłach. Krajobraz był jak z kiczowatego
pejzażyka: wzgórza, porośnięte bujną, zieloną trawą, błękitne niebo z paroma
śnieżnobiałymi chmurkami, za nimi ciemna ściana lasu, daleko przed nimi
malownicze jeziora. A nad nimi złote słońce. Około południa byli już na miejscu.
Wysoki mur otaczał ogromny ogród pełen róż. Pośrodku stał dom, nie, prawdziwy
pałac. Ażurowe konstrukcje sprawiały wrażenie niezwykłej lekkości i kruchości.
Werenika westchnęła. -Ten twój przyjaciel...to jakiś król? -Powiedzmy, że
ma dobrych architektów i środki na ich utrzymanie- zaśmiał się
mieszaniec. -O, ktoś idzie. Jakaś elfka. Odziana na biało, miała wpiętą
białą różę w krucze włosy. Oczy sarnie, gdy patrzyła na Beveretta. Zimna stal,
gdy przeniosła spojrzenie na uzdrowicielkę. -No, no. Patrzcie, co też kot
przyniósł. Ach, witaj Beverett. Miło cię widzieć- głos zmieniała z równą wprawą,
co oczy. -Witaj, Sonann. Czy Charevert jest w domu? A może przyszliśmy nie w
porę?- uśmiechnął się tak, jakby przed chwilą zjadł łyżkę miodu. -Zawsze
jesteś tu mile widziany. Niezależnie od tego, z kim lub czym przychodzisz.
Werenika zgrzytnęła zębami. -Ej, Sonann, nie bądź taka złośliwa. To jest
Werenika, uzdrowicielka. Obiecałem jej, że będzie mogła doświadczyć gościny
mojego przyjaciela. -Miło mi. Jak słyszałaś, jestem Sonann- lekceważący ton
elfki mógł doprowadzał do wściekłości. -Werenika- odpowiedziała z chłodną
wyższością. -Skoro już się znacie, wejdźmy do środka. Robi się
gorąco. Wnętrze zaskoczyło Werenikę. Wiedziała, czego może się spodziewać,
ale to przerosło jej oczekiwania. Podłogi z marmuru we wszystkich odmianach.
Dywany z najlepszych warsztatów tkackich. Ściany sali wejściowej wykładane
bursztynem. Rośliny, jakie jej się nawet nie śniły. I mnóstwo złota. I drogich
kamieni. -Proszę, proszę. Kogóż to nam przyprowadziłeś, Beverett? Elf,
niezwykle wprost przystojny, półleżał na łożu z jedwabnym nakryciem. Złote smoki
na szkarłatnym tle. Elf miał złote włosy i chabrowe oczy. Prawie utonęła w tych
oczach. Prawie. -Jestem Werenika, uzdrowicielka. -Obiecałem jej,
Charevert, gościnę u ciebie. Na jakiś tydzień. -Ależ, oczywiście. Wszak twoi
przyjaciele są moimi przyjaciółmi- taksował uzdrowicielkę wzrokiem. Uśmiechnął
się nieznacznie. -Dziękuję, panie Charevert. Nie sprawię panu kłopotu. Ani
pani, Sonann- ukłoniła się. -O. Potrafi mówić coś więcej, niż swoje imię i
profesję. I to jak grzecznie- szepnęła elfka do mieszańca. Niezbyt
cicho. Werenika nawet nie drgnęła. Elf uśmiechnął się. Wstał. -Skoro już
się znamy, to pokażę pani jej pokój. -Proszę mi mówić po imieniu.
-Dobrze, ale oczekuję tego samego- zaśmiał się dźwięcznie.
III Wieczerzali w wielkiej sali, przy stole na czterdzieści
osób. Było ich czworo. -Jak ci smakują te grzybki?- spytał słodko
Charevert. -Pyszne- Werenika z trudem powstrzymywała się od zatonięcia w
chabrowych oczach. Pomyślała o wiedźminie, o tym, jakie ich czekają przygody w
Redanii. Pomogło. -Jeszcze by spróbowała wybrzydzać- mruknęła Sonann,
dolewając sobie wina.-Dziwi mnie tylko, że wina nie pije. Naprawdę przednie.
-I ja jestem tym zdziwiony. Zwykle moje wino było rozchwytywane. Cóż jednak,
jak mówi przysłowie, co kto lubi. Beverett milczał. Spoglądał z ukosa na
uzdrowicielkę. Wyczuła jego spojrzenie. Poczerwieniała. Wpatrzyła się w
blat. -Kiedy skończysz, chciałbym z tobą porozmawiać- wychylił się przez
stół. Zaskoczona, uniosła głowę. Miał dziwną minę. Wyszli do ogrodu.
Wieczorną ciszę zakłócało tylko granie świerszczy. I bicie serca. Jej
serca. -Widzisz, mój przyjaciel jest trochę, że tak powiem, osobliwy. Jak ci
zapewne wiadomo, kobiety, nawet te najpiękniejsze, nie wzbudzają w elfach
głębszych emocji. Oczywiście, są wyjątki, ale to tylko potwierdza regułę. Otóż
Charevert jest takim wyjątkiem. Choć to elf, że tak powiem, czystej krwi, ma
skłonność do kobiet. -No, cóż, jego skłonności to jego sprawa. Jeśli tylko po
to... -Nie tylko po to. Uważaj. Może to głupie, ale chcę cię przed nim
przestrzec. Nie krzyw się. Myślisz, że jesteś odporna na jego urok, ale miej
się na baczności. On jest bardzo zdolny. -Nawet jeśli mnie zauroczy- w co
szczerze wątpię- to co z tego? -On nie usiedzi długo przy jednej kobiecie.
Zdradzi cię, porzuci, gdy tylko przestaniesz go fascynować. -Ja go fascynuję?
Hm... -Inaczej nie byłby taki słodki. A że był, musisz
przyznać. -Przyznaję- uśmiechnęła się.- Trochę mnie tylko dziwi, że to ty
mnie przed nim ostrzegasz. Jego przyjaciel. Elf w dodatku. A gdzie się podziała
twoja duma, twoja pogarda dla ludzi? -Chędożyć pogardę. Polubiłem cię. Nie
chcę, żeby on ci zrobił przykrość. -Nie będzie miał okazji. Przez sześć
dni? -Jest szybki. -Więc co mam zrobić? Wyjechać? Nie mam
dokąd. -Raczej za co. -To też- zgodziła się. -Wyjazd to nie jest
najlepszy pomysł. Mogłabyś go obrazić, jego i Sonann. A poza tym, on lubi
niedostępne. -Czekam wciąż na twoją radę. -Mogłabyś...-
urwał. -Co? -Mogłabyś udawać...że...że jesteś... ze mną- dokończył z
wysiłkiem. Spojrzał na nią, oczekując wyzwiska lub chłodnej, pogardliwej
wyższości. Nie doczekał się. -Jeśli chcesz- rzuciła, pozornie obojętnie, ale
widział jej policzki, czerwone jak dorodne buraki. Zapanowało uciążliwe
milczenie. Beverett przestępował z nogi na nogę. -To może wejdźmy... Robi się
zimno. -Tak, chodźmy. -Czy myślisz, że powinienem cię obejmować, jak
będziemy szli? Żeby to wiarygodnie wyglądało... -Dziwne. Nigdy jeszcze nie
widziałam speszonego elfa- zaśmiała się cicho i przytuliła do niego. Objął ją
ramieniem i zamknął za nimi drzwi. Świerszcze cykały wśród traw, a księżyc
wzeszedł na niebo, na którym zapalały się już gwiazdy.
IV -Obudź się! -Co jest?...- Werenika sennie spojrzała
na mieszańca. -Musisz uciekać! -Co? Jak? Dlaczego?- wstała z
łóżka. -Charevert... on czasami wpada w szał. Zupełnie bezpodstawnie. Jest
wtedy nieobliczalny. -Jak każdy z nas- ziewnęła i przeciągnęła się. -Nie,
to coś innego- zniecierpliwił się Beverett.- Kiedy nas zobaczył... razem... miał
w oczach taki dziwny błysk. Przysiągłbym, że widziałem w nich żelazo mieczy i
płonące wsie. -Hmm... -I coś jakby... zimne okrucieństwo. On jest
zazdrosny. Każde jego uczucie jest bardzo silne. I trwa krótko. Poza
zazdrością. -Jest zazdrosny? O mnie? Nie rozśmieszaj mnie- prychnęła.-
Przecież to elf. Rozumiem jeszcze, że mu się może kobieta podobać, ale nie taka
brzydka. I nie aż tak, by był zazdrosny. -Nie znasz go. Jego duma ucierpiała.
A dla niego honor jest ważny. Nie wiesz jak bardzo. -I co zrobi? Wyzwie mnie
na pojedynek? -Nie żartuj sobie. Poza tym jest jeszcze Sonann. Wydaje mi się,
że ona go kocha. Nie zniesie tego, że ktoś go poniżył. A my go
poniżyliśmy. -Ha, ale minę to on miał niezłą, jak zobaczył, że wchodzisz do
mojej sypialni- szatański uśmiech zaigrał na jej twarzy. -I nie wychodzę z
niej przez parę godzin. Lepiej już go nie denerwować. Wyjedźmy stąd. -Chcesz
jechać ze mną?- zdziwiła się. -Tak... jeśli pozwolisz. -Pozwalam, czemu
nie. To już się pakuję. Aha, dokąd pojedziemy?- spytała. -Do Redanii.
Poczekamy na twego przyjaciela wiedźmina pod "Usieczonym Rogaczem". Tylko się
pospiesz. Gotowi, wybiegli do ogrodu. Róże pachniały upajająco. Werenika
pomyślała o chabrowych oczach. Kusiły nie mniej, niż zapach róż. Potrząsnęła
głową. Konie czekały w stajni, już osiodłane, z prowiantem w jukach. Wsiedli na
nie i szybko wyjechali. Przy bramie czekała ich niespodzianka. -Cóż ja widzę.
A dokąd to jedziecie wczesnym rankiem, sami?- Charevert przekrzywił głowę i
przypatrywał im się z uśmiechem. Złym uśmiechem. -Widzisz, sprawy się
skomplikowały. Ona musi już jechać. -Nie dziękując nawet za gościnę?-
spojrzenie elfa paliło uzdrowicielkę. Opuściła oczy. -Skoro mus, to mus. Ale
dokąd ty się wybierasz, Beverett? Chcesz ją może odprowadzić? -A żebyś
wiedział- powiedział cicho mieszaniec. Werenika zerknęła na niego. Uśmiechnął
się. - Chyba nie będziesz nas zatrzymywał?- to było wyzwanie. -A jeśli?
Zabijesz mnie? Dla tej ludzkiej suki? -Nie mów tak, przyjacielu. Dobrze ci
radzę, nie mów tak. -Pewnie się wczoraj wesoło chędożyliście? Ona rzuciła na
ciebie urok. To czarodziejka. -To nie urok. Zresztą, nie mam czasu ani ochoty
rozmawiać z tobą o moich uczuciach. Bywaj, druhu. Elf zrobił dziwną
minę. - Zaczekaj! Ty ją naprawdę...? To nie urok? -Naprawdę. Werenika
zadrżała. -Cóż, kobieto. Usidliłaś go. Udało ci się zrobić coś, czego nawet
Sonann nie mogła dokonać. Zatem, życzę powodzenia- Charevert odszedł wolno w
stronę domu. Obejrzał się tylko raz. Z uśmiechem. Dobrym. -Żegnajcie! I...
bywaj, druhu!
|
|