|
Guy Burt "Bunkier"
Ostatnio jest dość głośno o młodych talentach
pisarskich- fenomenach, określanych tak często na wyrost, ale czasami
również z całkowitym zachowaniem obiektywizmu, których udało się
odkryć w zasadzie przez przypadek. Nieco inaczej wyglądała droga do
rozpoczęcia kariery literackiej Guy'a Burt'a, nieśmiałego, wiecznie
zamyślonego chłopca, który już jako dwunastolatek zgarniał masę
prestiżowych nagród, bijąc na głowę kilka lat starszych konkurentów.
Na jego pierwszą powieść czekano z niepewnością. Sam autor zdradzał
jedynie, że będzie to opowieść o "eksperymencie z rzeczywistością",
napisana w nie do końca zrozumiały i jednoznaczny sposób. Niektórzy z
krytyków obawiali się wówczas, czy utalentowany Burt nie zagustował
przypadkiem w arcyniepewnej konwencji horroru czy science- fiction.
Okazało się, że osiemnastoletni wówczas londyńczyk nie tylko odciął
się od coraz bardziej kiczowatych i co za tym idzie modnych dla
współczesnej literatury gatunków, ale dał początek powieści, którą
próżno byłoby klasyfikować do konkretnego rodzaju literatury. Ponadto
nie jest to również pretensjonalny synkretyzm, mający na celu
zszokowanie czytelników a grona krytyków wprowadzenie w stan
głębokiego załamania nerwowego.
Fabuła owego arcydziełka rozgrywa się niemal w całości w tytułowym
bunkrze, umiejscowionym w podziemiach elitarnej szkoły średniej,
zapomnianym przez uczniów i nauczycieli. Ale nie myśl drogi
Czytelniku, że otrzymasz od Burt'a jasną odpowiedź, jakim cudem
znalazło się tam pięć osób i co tak naprawdę miało się w owych
podziemiach wydarzyć. Dostaniesz niepewną lakoniczną wzmiankę o idei
przeprowadzenia eksperymentu, która to zaświtała w głowie
tajemniczego, do końca nie wiadomo czy istniejącego chłopaka, również
ucznia szkoły. Początkowo pomyślisz może nawet, że te trzy dni, które
Alex, Mike, Frankie, Liz i Geoff spędzić mają odcięci od świata to
doskonała okazja, by zbliżyli się do siebie, dojrzeli, nauczyli się
brać odpowiedzialność za życie własne i ludzi, z którymi przebywają.
Potem jednakże dowiesz się, że po trzech dniach nikt nie otwiera
maleńkich drzwiczek, w które przez kolejne tygodnie (!)bohaterowie
będą się patrzeć z płonną nadzieją. Wkrótce natomiast da o sobie znać
nieobliczalny kapitan Nemo szkolnego bunkra i zacznie brakować
światła, wody, jedzenia i chęci, by jednak zachować życie...
Pisarzowi udało się uniknąć największego błędu, który mógłby popsuć
ową genialną fabułę, mianowicie nie skupił się na opisie bestialskiej
męki, zafundowanej tej grupce młodych ludzi. Wręcz przeciwnie,
wprowadził do powieści deusa ex machinę, którego pojawienie się
sugeruje czytelnikowi pozytywne zakończenie. Ale nie tak szybko
Czytelniku, bo drugim narratorem powieści jest dziewczyna, jedyna
osoba z całej piątki, która przeżyła ów eksperyment. Jednak czy udało
jej się powrócić do rzeczywistości i jak to możliwe, że istnieją dwa
zakończenia historii? Tego Ci oczywiście nie powiem.
Powiem natomiast, zaręczę własną reputacją i gustem literackim, że po
przeczytaniu owej pozycji, nigdy nie przestaniesz o niej myśleć.
Będziesz analizował krok po kroku intrygę fenomenalnego
osiemnastolatka, będziesz szedł potulny jak baranek i naiwny niczym
dziecko drogą, którą on właśnie Ci narzucił. Autor całą sytuację
przedstawił na tyle sugestywnie, że nim się obejrzysz, czy tego chcesz
czy nie, sam będziesz poddawał próbie własne poczucie rzeczywistości.
A epilog powieści pokaże Ci, że autor tak dogłębnie spenetrował dno
ludzkiej psychiki, dogrzebał się do takich pokładów podświadomości, że
głęboko zastanowisz się, czy to faktycznie zdarzyć się mogło rodzajowi
ludzkiemu. Będziesz się zastanawiał, ale jednocześnie doskonale
wiedząc, że tak jest w istocie.
Co tu dużo mówić, dawno nie czytałam czegoś tak fantastycznie
skonstruowanego, tak perfekcyjnie wykorzystującego wirtuozerię języka
do wydobycia sedna treści. Teraz czekam tylko na kolejną powieść
Burt'a o wdzięcznie brzmiącym tytule "Sophie" ukazującą tym razem
granicę moralności, granicę powstawania i istnienia uczuć między
ludźmi. Zapowiada się prawdziwa uczta i żal mi tego, kto mieni się
człowiekiem elokwentnym, oczytanym a nie skosztował owej ambrozji,
wszak boskiego dania, moim zdaniem, najświetniejszej XXI- wiecznej
uczty.
Calaverite
|