|
Winston Groom "Forrest Gump"
Ludzie kochają dążyć do perfekcji. Może i z tego
dążenia (bo kto potrafi zgłębić ludzki umysł!) powstała już wcale nie
tak dawno idea stworzenia doskonałego genetycznie osobnika
(osobników), naukowca, sportowca, modela i artystę w jednym. Tymczasem
Winston Groom w iście mistrzowski sposób pokazał, że w nosie ma owe
niedorzeczne aspiracje tworzenia guasiludzkiego, bo pozbawionego,
stanowiących o istocie człowieka, pragnień i uczuć, ideału. Stworzył,
a może i odkrył, kto tam wie, Gumpa, Forresta zresztą. Idiotę, który
od losu z pozoru dostał niewiele, ale za wszystko był dozgonnie
wdzięczny. Dlatego też opatrzność czuwała nad nim nieustannie i
uczyniła jednym z najbogatszych obywateli Ameryki, dla którego nie
istniały rzeczy niemożliwe.
Śmiechu jest co niemiara, złośliwego kpiarstwa jeszcze więcej w tej
powieści. I chyba nie przez przypadek owej kwintesencji ironii
podlegają zwłaszcza amerykańskie symbole, najbardziej szanowane i
majestatyczne postaci świata kultury i historii. Dla przykładu,
Forrest, własnoręcznie sprawdził, że sławetny biust Rachel Welch wcale
sylikonowy nie był. A powieść owa ujęła mnie jeszcze i tym, że
właściwie nie definiuje do końca pojęcia "idiota" i jakoś nie mogę się
oprzeć wrażeniu, że posądzany o nieuleczalny przypadek połączenia
wszelkiego rodzaju głupoty i skrajnej naiwności, Gump mógłby być
wzorem mądrości i dobroci dla tych wszystkich pompatycznych
osobistości, które stanęły na jego drodze (no może nie licząc
szympansa wypadającego, o ironio, z nich wszystkich najlepiej w moim
teście na inteligencję...). A czy ten światek, przedstawiony co prawda
przez Groom'a w karykaturalnym skrócie, nas również nie otacza? He, he,
tak absolutnie perfekcyjne pytanie zadał nam ów nietuzinkowy twórca.
Teraz pozostaje pomyśleć...
Calaverite
|