|
Za jaką Polskę?...- czyli
jak wiele zakamuflowano w relacjach z obchodów 60. rocznicy powstania
warszawskiego
Z pozoru wszystko wyglądało fantastycznie.
Telewizja i prasa przekazały traki właśnie obraz obchodów
sześćdziesiątej rocznicy powstania warszawskiego, który miał
wszystkich przekonać o ogromnym zaangażowaniu ze strony
odpowiedzialnych za ich przygotowanie osób, pokazać dopiętą na ostatni
guzik uroczystość. Nie można zaprzeczyć, że owszem, zamierzony cel
został zrealizowany, ale po drodze jakby zagubiono, lub zamydlono
prawdę...
Dnia 1 sierpnia stolica pogrążyła się w ogromnym chaosie. Wszędzie
pełno pędzących na oślep samochodów, biegnących dokądś ludzi; tramwaje
i autobusy były całkowicie przepełnione. By dotrzeć przed Grób
Nieznanego Żołnierza trzeba było się nieźle natrudzić. Na miejscu
zebrał się już tłum osób, rozproszonych po całym placu, nie wiedzących
co z sobą począć. Oczywiście nikt takiej informacji nie udzielił.
Kilka minut przed rozpoczęciem uroczystości, rozgardiasz był jeszcze
większy, gdyż zaczęto ludzi przepychać z jednej strony na drugą,
krzyczeć, przeklinać. Wszystko dlatego, że nadchodziły grupy harcerzy
i żołnierzy, które musiały wszak zająć odpowiednią pozycję. Tego dnia
hołd poległym wojownikom złożyły delegacje z RPA, Argentyny, Brazylii,
wielu krajów Europy. W polskiej niestety zabrakło Prezydenta Polski
Aleksandra Kwaśniewskiego. Do tej pory powody tej ignorancji są mi
nieznane. Honor naszego kraju uratował na szczęście Lech Kaczyński,
prezydent Warszawy, który wygłosił oficjalne przemówienie do
przybyłych i powitał gości.
Grób Nieznanego Żołnierza jednakże nie był miejscem do którego
ciągnęli przybyli tego dnia do Warszawy. Prawdziwe tłumy zebrały się
wokół Muzeum Powstania Warszawskiego, przygotowywanego ponoć i tylko
ponoć bardzo sumiennie od dłuższego czasu. Kwestionować wartości
ekspozycji nie mogę z tego względu, że nie dostąpiłam zaszczytu
wejścia do środka- zaraz wyjaśnię dlaczego. Organizację
przedsięwzięcia miałam za to okazję obejrzeć sobie dokładnie. Co
zobaczyłam ciekawego? Podjazd do budynku całkowicie niedostosowany dla
osób poruszających się na wózkach inwalidzkich (gruboziarnisty żwir),
co sprawiało, że ludzie ci po prostu nie byli w stanie przedrzeć się
do wejścia. Zobaczyłam multum osób, zwłaszcza starszych, którzy
zupełnie nie wiedzieli, gdzie jest wejście, gdzie wyjście, gdzie
kolejka do Muzeum, a gdzie po autograf. (Do Warszawy tego dnia
przyjechał doskonały historyk Norman Davies ze swą najnowszą książką o
powstaniu warszawskim pt. "Rok 1944). Nie muszę chyba dodawać, że nie
zatroszczono się o umieszczenie w widocznym miejscu informacji, które
pomogłyby zachować porządek i dzięki którym nie doszłoby do tak wielu
awantur, złorzeczeń i ataków irytacji, które rozegrały się przed
budynkiem. Prawdziwa burza rozpętała się jednak, gdy około dwóm
tysiącom osób stojących w kolejce do wejścia (te z początku kolejki
stały już tutaj przeszło 2 godziny!) oznajmiono, iż nastąpiła "drobna
zmiana planów" i Muzeum właśnie zostaje zamknięte na czas bliżej
nieokreślony, ponieważ kanclerz Niemiec Gerchard Schreder zdecydował,
że jednak obejrzy ekspozycję. Kanclerz faktycznie przyjechał. Czekano
na niego grubo ponad godzinę, a wizyta w Muzeum zajęła mu 10 minut.
Oburzenie ludzi nie miało granic. Potraktowano nas przecież, nas
Polaków, w 60 rocznicę powstania, jak żebraków stojących w kolejce po
jałmużnę. Dla przybyłych z różnych miejsc w Polsce żołnierzy
walczących w powstaniu, teraz już staruszków, był to prawdziwy szok,
ewidentna oznaka braku szacunku nie dla obywateli kraju, ale dla jego
bohaterów. Nigdy nie zapomnę, gdy jeden z nich, prowadzony pod rękę
prawdopodobnie przez córkę poprosił bardzo cicho i spokojnie panią
odpowiedzialną za wystawę, by wytłumaczyła mu za jaką Polskę walczyli
i umierali jego młodzi przyjaciele. Nigdy nie zapomnę konsternacji
jaka zapanowała wówczas na placu przed Muzeum...
Chyba nawet nie muszę dodawać, że Aleksander Kwaśniewski nie przybył
tego popołudnia do Muzeum. Znów wyręczył go prezydent Warszawy.
Nie wiem, co działo się wieczorem w Warszawie, zniesmaczona i
zawiedziona opuściłam stolicę.
Obchody rocznicy postanowiły uczcić także media. I rzeczywiście
wyemitowano kilka programów, jakieś seriale. Wszystkie jednak na
chybił trafił, zabrakło koncepcji, która połączyłaby je wszystkie w
jakiś cykl, by wyemitowane zostały pod wspólnym hasłem. W radiu
puszczano ciągle fragmenty przemówień, zwłaszcza kanclerza Schredera,
zapewniających sojusz niemiecko- polski. Tylko, w jaki sposób sojusz
ów oprzeć można na wzajemnym szacunku, poczuciu odpowiedzialności i
przyjaźni, skoro polski rząd dla bohaterów narodowych, nie mówiąc o
zwykłych obywatelach, ma w zanadrzu jedynie ignorancję, a w najlepszym
wypadku pokazowy, obłudny podziw?... Paradoksalnie, jedynie w
Internecie umieszczono konkretne informacje o wystawie (przez trzy dni
! w ciągu których rzekomo Muzeum miało być udostępnione zwiedzającym,
prezentowana była jedynie jedna z bodajże trzech części
eksponatów...), historię powstania, ciekawe zdjęcia.
Jedynymi ludźmi, którzy rzeczywiście dobrze wykonali swoją pracę byli
harcerze z ZHP i ZHR. To oni przez trzy bite godziny trzymali wartę
przed Grobem Nieznanego Żołnierza w palącym słońcu, jedynie oni
udzielali informacji przy Muzeum i oczywiście im oberwało się od
zirytowanych obywateli. To harcerze pomyśleli, żeby dać ludziom wodę
do picia, oni wskazywali drogę do toalet (było aż 5 toi-toiów w
tragicznym stanie...). Dla nich od tej pory będę mieć ogromny
szacunek, bez względu na to, co mówi się o dzisiejszym harcerstwie.
Przyznam, że jestem zażenowana zaistniałą sytuacją. Może, gdybym nie
udała się tego dnia do Warszawy, nigdy nie dowiedziałabym się, jak też
obchody rocznicy wyglądały od kuchni i wierzyłabym w bajeczki
opowiadane przez media. Nigdy zbytnio nie wierzyłam w odpowiedzialność
czy nieskazitelność polskich władz, ale mimo wszystko to, co
zobaczyłam podziałało na mnie niczym kubeł zimnej wody. Jeszcze
bardziej jednakże zawiodłam się na telewizji, prasie, radiu, bo żadne
z mediów nie pokazało prawdy! Zatem niezależność czwartej władzy w
Polsce, to fikcja, to żałosna teoria. Czyżby u nas każde wydarzenie,
nawet tak w sumie neutralne dla spraw polityki jak obchody rocznicy
powstania, odbywało się tak naprawdę za zamkniętymi drzwiami, pod
osłoną mediów? Czyżby i o naszych politykach, o naszej władzy
rządzącej, o czwartej władzy Michael Moore mógłby nakręcić z
powodzeniem film "Farenheit 9/11"? Sami sobie szczerze odpowiedzmy na
to pytanie.
Calaverite
|