|
Eternal Deformity & Goddes Of
Sin
W ostatni piątek listopada tak się złożyło, że
udało mi się na moment oderwać od codziennych obowiązków i pojawiłem
się na długo oczekiwanym wspólnym występie zespołów, które gościły na
łamach naszego działu "Out of the Darkness...". Oczywiście nie mam
tutaj na myśli wszystkich kapel, gdyż wbrew pozorom jednak trochę
zespołów przewinęło się przez naszego zina. Już wyjaśniam, że chodzi
tutaj o formacje: Eternal Deformity oraz Goddess of Sin. Poza tymi
kapelami na scenie w Rydułtowach pojawiły się także składy: Harvester
oraz Whisper.
Żeby zachować względny ład, zacznę może od samego początku. W momencie
uzgadniania szczegółów współpracy z Eternal Deformity dowiedziałem
się, że za jakieś 3 tygodnie chłopaki wystąpią w klubie Mini Max
(znanego wam z imprezy pod szyldem "Rock Promotion") wraz z chłopakami
z Goddess of Sin. W mojej chorej głowie odruchowo pojawiła się myśl,
że muszę koniecznie pojawić się w Rydułtowach, pomimo moich
wcześniejszych zastrzeżeń do tego miejsca (ludzi, którzy nie mają
pojęcia o czym piszę, odsyłam do numeru #16 \ artykuł "LIVE - Rock
Promotion"). Pomijając rzeczy mniej lub bardziej istotne, pojawiłem
się na miejscu w towarzystwie znanej ekipy, tym razem w nieco
okrojonym składzie. Kiedy tylko dotarłem do wnętrza, uderzyła mnie
wszechobecna pustka. Szczerze mówiąc spodziewałem się odrobinę więcej
publiki, a tym czasem jej liczba była porównywalna z liczbą wszystkich
członków kapel. Skoro do rozpoczęcia koncertu pierwszej z kapel
pozostało sporo czasu, udaliśmy się na łyk złocistego napoju w
towarzystwie Goddessów. Po obejrzeniu kilku billardowych pojedynków
chłopaków z zespołu, na scenie pojawiła się pierwsza kapela -
Harvester. Szczerze mówiąc ta nazwa niezbyt wiele mi mówiła, jednak
już po ich występie pozwoliłem sobie przypiąć do nich pewną etykietkę.
Występ rozpoczął kawałek o cholera wie jakim tytule, jednak wyśpiewane
w kiepskim stylu zdanie "Zbliża się Harvester" było chyba jedynym
tekstem w tym kawałku. Generalnie zespół nie błyszczał. Wyróżniającą
postacią był perkusista, posiadający dobry warsztat, jednak nieco
dziwnie gibał się przy talerzach. Być może czepiam się szczegółów, ale
wyglądało to co najmniej śmiesznie. Wokalista za to błyszczał w nieco
innym świetle. Nie będę podważać jego zdolności wokalnych, jednak
nieustanne spoglądanie do kartki, w kawałku gdzie cały tekst to jakieś
3 zdania, wydaje mi się odrobinę niedorzeczne. Jednak apogeum miało
dopiero nadejść. O zgrozo, kiedy usłyszałem, że Harvester zagra za
moment cover Judas Priest "Breaking the Law", spodziewałem się
najgorszego. I nie pomyliłem się... O ile gitarzyści i niezawodny
pałker poradzili sobie w sposób przyzwoity, o tyle ów wokalista
zaśpiewał fatalnie. Facet ma szczęście, że nie słyszał go Rob Halford,
bo w najlepszym przypadku zarobiłby w twarz. Osobiście kazałbym drzeć
z niego pasy za taką profanację. Jak wspominałem wcześniej przypiąłem
pewną etykietkę do formacji Harvester - faceci, którzy dokonali
profanacji Judas Priest! Dla dobra ogółu zespół opuścił już scenę, a
na jego miejscu pojawiła się kapela Whisper. Prawdę mówiąc Whisper nie
był mi już zupełnie obcy. Gdzieś tam kiedyś, przy jakiejś okazji
natknąłem się na tą formację. O występie nie mogę zbyt wiele
powiedzieć, bo rodzaj muzyki, jaką proponują zupełnie do mnie nie
trafia. Z pewnością moja ocena nie jest zbyt obiektywna, bo szczerze
mówiąc nie lubię żeńskiego wokalu, oczywiście z pewnymi wyjątkami (Therion,
Nightwish, Cradle of Filth). Whisper zagrał kilka swoich najlepszych
kawałków, jednak największą ciekawość wzbudziła we mnie zapowiedź
covera Pantery "Cemetery Gates". Nigdy sobie nie wyobrażałem tego
kawałka z żeńskim wokalem (no chyba, że coś w stylu Arch Enemy). I ku
mojemu zdziwieniu nie doczekałem się kolejnej profanacji tego
wieczoru. Utwór brzmiał całkiem przyzwoicie, nie tylko wokalnie, ale i
brzmieniowo. Co prawda wokal był nieco za cichy w stosunku do
pozostałych instrumentów, ale generalnie Whisper poradził sobie z tym
kawałkiem. Zespół nie zdążył zagrać covera "Master of Puppets", w
sumie chyba dobrze się stało, gdyż kiedy ćwiczyli ten kawałek, nie
brzmiało to wybitnie. Na zewnątrz jak i w klubie zaczęło robić się
coraz zimniej, jednak na scenie miała się pojawić kapela, która za
zadanie miała rozruszać kilkunastoosobową publikę. Na scenę wyszli
Aro, Kofi i spółka czyli Eternal Deformity - żorska formacja, którą
bliżej możecie poznać w dziale "Out of the Darkness...". Chłopaki
całkiem słusznie zdecydowali się zagrać w głównej mierze kawałki z
poprzedniego albumu "In The Abyss Of Dreams... Furious Memories". W
mgnieniu oka porwali niemalże całą publikę i rozgrzali Mini Maxa do
czerwoności. Kiedy rozmawiałem przed występem z Kofim, nie ukrywał
swojego zaskoczenia niezbyt licznym audytorium. Jak wspólnie doszliśmy
do wniosku organizator nie zadbał o promocję występu. Plakaty
przygotowane z tej okazji nie zostały rozwieszone na czas. Wracając do
występu Eternali. Chłopaki rozpoczęli kawałkiem "Temporary Sign In
Your Hands". Już przy pierwszych dźwiękach niemalże wszyscy
zgromadzeni po drugiej stronie barierek, zaczęli moszować swoimi
metalowymi głowami. Tuż po zakończeniu kompozycji rozległy się gromkie
brawa i okrzyki: "Eternal, Eternal!!!". Chłopaki z Żor nadal
bezkompromisowo kontynuowali występ. Słowa Kofiego, że zdarzyło im się
już zagrać dla nikogo na szczęście nie potwierdziły się tym razem.
Mini Max zapadał się pod ziemię pod naciskiem chłonących muzykę
Eternali jak gąbki metali, bawiących się przy scenie. Chłopaki zagrali
m.in. "Sea of Love", "Survive for Eternity", "Salvation", "Niewinny
Uśmiech", "Fate". Krótko mówiąc najlepsze kawałki jakie kiedykolwiek
udało im się stworzyć. Najbardziej w pamięci zapadła mi zapowiedź
kawałka "Victorious Everlasting" przez Kofiego - "Jesteście zaje***!
No to teraz zapier***! - Victorious Everlasting!!!". Prawda, że facet
potrafi przekonać do siebie ludzi:) Oczywiście nie obyło się bez
bisów. Co prawda Eternale zagrali tylko 2 utwory na bis, ale i tak ich
występ trwał dłużej niż godzinę. Odwalili kawał cholernie dobrej
roboty. Na zakończenie wokalista podał do informacji iż zaprasza
wszystkich na kolejny koncert 12 grudnia. Tak sobie pokojarzyłem na
szybko fakty, że 12 w Gliwicach występ daje KAT, aż tu nagle doszły do
mnie słowa Kofiego, że Eternal Deformity wystąpi właśnie w Gliwicach
przed KATem! Pogratulować Romkowi Kostrzewskiemu supportu. Mam
nadzieję, że pojawię się na tym koncercie, bo szczerze mówiąc, taka
okazja może się nie powtórzyć. A jeśli się tam pojawię (a nie ma innej
opcji :)) to z pewnością złożę na wasze dłonie szczegółowy raport z
tej imprezy. Wracając do wydarzeń z Mini Maxa. Ostatnią już kapelą,
która miała wystąpić tego mroźnego wieczoru była dobrze wam znana
Bogini Grzechu (Goddess of Sin). Członkowie zespołu postanowili zagrać
ten koncert z małą rezerwą, gdyż kolejnego dnia czekał ich następny
występ na imprezie pod szyldem "Maximum metalu" w gliwickim klubie
Raven. Chłopaki zagrali kawałki dobrze wszystkim znane: "Nosferatu",
"Bramy Piekieł", "Nie ma skarg" czy "Faraon". Oprócz tego pojawiło się
kilka nowszych kompozycji m.in. "Klasztorny Dzwon" czy "Tak skrzypią
schody". Muszę przyznać, że zespół bardzo się zmienił od ostatniego
razu, kiedy miałem okazję ich oglądać na żywo. Jeszcze podczas
sierpniowego występu w moich oczach Goddessi byli nadal niezbyt
profesjonalną kapelą. Na co chociażby wskazywały różne sytuacje
pokroju tego, że dopiero w dniu koncertu ustalali kawałki, które mają
zagrać. Jednak tym razem o takiej sytuacji nie może być mowy. Nie wiem
czy Marcin wprowadził taką dyscyplinę:) czy po prostu chłopaki nabyli
z wiekiem profesjonalizmu. Z przyjemnością ogląda się gitarzystę,
który z taką lekkością posługuje się swoim instrumentem. Łukasz
naprawdę sprawia wrażenie weterana wiosła, pomimo młodego wieku.
Krótko mówiąc, cholernie utalentowany facet. Pozytywne wrażenie
sprawiał także Olaf za bębnami i talerzami. Chyba podszkolił się
odrobinę w swojej profesji. Ciągle mam jednak wrażenie, że Zbyszek
swoim scenicznym zachowaniem naśladuje Joey'a DeMaio - basistę
Manowara. Podobnie jak on stoi podczas występu niemalże nieruchomo,
trzymając w ręku gitarę basową. Jednak Joey zawsze pokusi się o jakieś
sceniczne szaleństwo, czego nie ma u Zbyszka, ale mam nadzieję, że to
przyjdzie z czasem:) Póki co basista Goddessów koncentruje się
wyłącznie na muzyce. Generalnie występ całkiem udany. Być może przy
małym udziale publiczności, jednak od strony zespołu czegoż więcej
wymagać? Chłopaki pokusili się nawet o małe odstępstwo od tego, co
zawsze prezentowali na swoich występach. Na zakończenie koncertu
Marcin przedstawiał kolejno wszystkich członków zespołu, kiedy to
wymieniony członek mógł pokusić się o zaprezentowanie swoich
indywidualnych umiejętności. Całkiem ciekawy przerywnik, być może na
stałe trafi do planu występów chłopaków. W moich oczach Goddessi są
już profesjonalną kapelą i z pewnością skorzystam z okazji by pojawić
się na ich kolejnym koncercie. Reasumując, impreza całkiem udana.
Warto było zobaczyć, a raczej usłyszeć chociażby dwie dobre kapele.
Oczywiście wiecie które mam na myśli:) Żałuję tylko, że organizator
nie postarał się o promocję takiej imprezy, gdyż z pewnością
pojawiłoby się nieco szersze audytorium. Mam nadzieję, że kolejnym
koncertem, z którego złożę wam szczegółowy raport będzie wspólny
występ KATa i Eternal Deformity. Także czekajcie cierpliwie na relację
z imprezy w Gliwicach. Gdyby jednak nie było mi dane tam się pojawić
proszę o kontakt wszystkich, którzy będą na tym koncercie.





Lupus261
|