|
Alien versus Predator
"OBCY KONTRA PREDATOR"
Muszę przyznać, że najłatwiej ocenia się filmy genialne
albo kompletnie denne. Najtrudniej napisać o czymś pośrodku, o filmie który
ma zarówno wady, jak i pewne zalety. Na szczęście w przypadku tego oto filmu
problemu nie będzie. Niemal wszystko tu jest tak beznadziejnie głupie,
prymitywne i żałosne, że niżej już nie da się zejść. Ja nie jestem
jednak niedzielnym krytykiem i mam zamiar zaprezentować tu konstruktywną
i rzetelną krytykę tego wątpliwego dzieła.
Od czego by tu zacząć ? Może od scenariusza, który autor
napisał chyba w przerwie na kawę podczas tworzeniem skryptu "Rambo
IV" czy innego ambitnego filmu. Tak nielogicznej, sztampowej i
niedopracowanej fabuły dawno nie widziałem. Podobnych historii w kinie było
już pełno i przedstawionych o wiele ciekawiej i lepiej niż ta. Reżyser nie ożywił
obrazu żadnymi ciekawymi środkami. Przez półtorej godziny oglądamy jak
Predator i Obcy szaleją w azteckiej piramidzie zamrożonej pod Antarktydą próbując
się nawzajem unicestwić wybijając przy okazji niemal co do joty ekipę
badawczą, która miała pecha się tam znaleźć. Nie jest to zbyt interesujące
zajęcie, bo akcja nie porywa, a klimatu nie ma tu za grosz. W porównaniu do
gry, podczas której drżało się ze strachu przez cały czas, jej ekranizacja
jest mniej więcej tak samo straszna jak "Scooby Doo". Nie potrafię
sobie przypomnieć momentu, w którym chociaż na mm podskoczyłbym na krześle
ze strachu. Skoro film nie trzyma w napięciu to przynajmniej miałem nadzieję,
że popatrzę sobie jak O&P w efektowny sposób walczą ze sobą, ale gdzie
tam! Wzajemne starcia potworów wywoływały u mnie salwy śmiechu, zamiast
emocji i chęci kibicowania którejś ze stron. Szczególnie rozbawił
mnie moment, w którym Predator chwyta aliena za ogon i wywija nim jak przy
rzucie młotem. Wyglądało to nieprawdopodobnie kuriozalnie i zabawnie. Nawet w
oryginalnym "Predatorze" wyglądało to lepiej. Jak to trafnie określił
mój współoglądacz: "tam przynajmniej zabijał z klasą!" Gdy
dochodziło do walki z ludźmi było jeszcze gorzej. Wszystko okazywało się być
bardzo przewidywalne i monotonne. Z łatwością dawało się przewidzieć, kto
zginie a kto zostanie przy życiu. Jeśli jakaś postać za bardzo się wymądrzała
albo choć na chwilę zostawała sama, było jasne: długo sobie nie pożyje.
Jeśli dołożyć do tego latającego pod sufitem w zwolnionym tempie Drapieżcę
i anemiczne okrzyki przerażenia i bólu zabijanych. moja radość była
przeogromna Takiej tandety dawno nie widziałem. Brakowało tam tylko
agenta Smitha, który manierycznym tonem wycedziłby: "Mr. Anderson,
welcome back!". To nawet by pasowało, zważywszy na nazwisko reżysera.
Naprawdę nie wymagałem wiele od aktorów po takim filmie. Ale
choć odrobina umiejętności by im się przydała. Popis ich gry ograniczał się
albo do marszczenia czoła, ewentualnie wybałuszania oczu ze strachu. Kwestii,
które wypowiadali sami chyba nie rozumieli, w każdym razie w ich ustach brzmiały
niezwykle sztucznie.
Cały film ogląda się jak pastisz kina s-f, a nie normalny
horror. Nie ma tu ani odrobiny napięcia czy klimatu znanego z gry.
Dodajmy do tego napisany na "odwal się" scenariusz, mierną grę
aktorską i już mamy kandydata do Złotej Maliny 2004. Film ten ma jednak jedną
zaletę. Podczas jego oglądania uśmiałem się niesamowicie, a mój nastrój
poprawił się na długi czas. Jeśli będziecie go oglądali z nastawieniem, że
ujrzycie dobrą komedię pełną efektów specjalnych, możecie się nieźle
bawić. Akcja jest tak chaotyczna, schematyczna i ogłupiająca, że nawet
pojawienie się Lesli'ego Nielsena nie byłoby tu nie na miejscu. Odradzam
serdecznie, chyba że będziecie mieli od kogoś na Div X, wtedy można obejrzeć
z nudów.
Bad Guy
|