www.everzin.mocny.com    

Menu

Wstępniak
Bezpłatna prenumerata
Reklama u nas
Partnerzy
Redakcja
Rekrutacja
Listy
Okładka
F.A.Q.
Ankieta

Muzyka

Wstępniak
MetallNews
Recenzje:
Rammstein - Reise, Reise
Turbo - Smak Ciszy
TSA - Proceder
Mastodon - Leviathan
Behemoth - Demigod
LIVE:
Eternal Deformity & Goddes Of Sin
Out Of Darkness...
Wstępniak
Eternal Deformity
Listy
Lista CD

Telefonia

Wstępniak
Newsy - listopad 2004
Newsy - grudzień 2004
Siemens SX 1 - opis telefonu
Nokia 6630 - opis telefonu
Siemens - zapowiedzi i opisy
Święta, święta
Test telefonu Motorola E398
Test telefonu Nokia 7280
Test telefonu Nokia 7270 Test telefonu Nokia 9300
Serwis informacyjny Plus GSM oraz Sami Swoi
Serwis informacyjny TP S.A.
Listy

The X-Files

Wstępniak
Recenzja "The Lone Gunman"
Opisy "The Lone Gunman":
04/03/2001 | Pilot
16/03/2001 | Bond, Jimmy Bond
Opisy The X-Files:
05/12/95 | Our Town
05/19/95 | Anasazi
Sezon 2>Podsumowanie
09/22/95 | The Blessing Way
09/29/95 | Paper Clip

Film

Alien versus Predator

Czytelnia

Wstępniak
Muzeum Figur Woskowych

Felietony

Kreskówka jako narzędzie propagandy

Humor

Polskie dżołki
Engilsh jokes
Obrazki

Muzeum Figur Woskowych

Ostatnio dość często o niej myślę. Jednakże, gdy próbuję ją w jakikolwiek sposób urzeczywistnić, zrobić małą przysługę, lub inaczej- ułatwienie moim zdolnościom przypominania sobie, niestety typowo ludzkim, bo najlepiej kojarzącym obrazy, to potrafię zobaczyć ją wyraźnie właściwie jedynie w jednym miejscu, w tej właśnie konkretnej sytuacji. Tylko ten obraz wyłania się z mojej pełnej chaosu, bez najmniejszego wręcz zażenowania i ostentacyjnie kpiącej z chronologii oraz hierarchii istotności, przepastnej pamięci. Obraz mojej matki siedzącej przy jej niewielkich rozmiarów toaletce z fantazyjnie wbudowanym lustrem i przy okazji mój, pięcioletniego wypłosza, zapatrzonego w tę efemeryczną istotę z pewną dozą czegoś w rodzaju niedowierzania, może po części przerażenia, w mało finezyjny, ale za to niezwykle dokładny sposób przemieszanego z tęsknotą. Widzę nas w tym osobliwym zespoleniu właśnie jako lustrzane odbicia. Nie wiem, może jest to obraz zniekształcony przez tę pewną niewytłumaczalną, z lekka magiczną zwierciadlaną inteligencję, ale tylko na nim, choć przecież wielokrotnie się jej przypatrywałam, rysy twarzy, gładkość skóry, kolor włosów mojej matki są dla mnie uchwytne. Z szaloną dokładnością zawsze rejestrowałam zmiany w jej wyglądzie, związane oczywiście z upływem czasu, na myśl o którym ogarniała ją tylko dla niej charakterystyczna frustracja. Frustracja oznaczająca jeszcze szczelniejsze zamkniecie się w jej świecie ciszy. Stawała się wówczas prawie nieodczuwalna, nieomal oniryczna, co jedynie ojciec i po pewnym czasie także ja umieliśmy wyczuć. Nie wiem, czy ojciec potrafił zobaczyć także te zmiany, które, przynajmniej dla mnie, nie wykraczały poza sferę jej psychiki. Teraz wydaje mi się to całkiem prawdopodobne, biorąc pod uwagę to niezwykłe ich zespolenie, mające być ukrytym przed wszystkimi i wszystkim, wszelkimi zdolnościami odbierania bodźców przez osobniki zamieszkujące świat. Jeden organizm, jedna historia, jedno przeznaczenie.
Mój ojciec poznał matkę na uczelni, gdzie on, cieszący się już dość dużym uznaniem, jednakże nadal młody, doktor psychologii, zabawiał się w wykładanie tzw. tajników ludzkich zachowań. Nie wiem, czy matka kiedykolwiek miała zamiar je zgłębiać, czy po prostu pójściem na ten kierunek chciała dać upust kolejnemu kaprysowi lub chwilowemu przebłyskowi, swoistemu natchnieniu, dotyczącemu sensu jej życia (to ostanie wydaje mi się zdecydowanie bardziej prawdopodobne), lecz los tam właśnie złowił ich w sidła, które pewnie nieświadomie sami na siebie założyli.

Matka ponoć zawsze była taką, jaką ja miałam okazję poznać. Gdy chodziła wydawała się bać odgłosu swych własnych stóp stawianych na posadzce, a w jej umyśle tliło się trochę już pewnie przeinaczone ikaryjskie marzenie, by zaznać lekkości, całkowitego braku grawitacji, co miałoby tę dodatkową zaletę, że w jednej chwili zamieniłoby dotychczasowe osiągnięcia fizyki w to, czym naprawdę dla niej były, nieistotność, paproch psujący umykającą wręcz perfekcyjność jej postaci. Już wtedy była jak nimfa, rusałka z jakiejś nieistniejącej, lub istniejącej zbyt mocno baśni, która nagle stała się widoczna dla pewnego profesora. Gdybym wówczas obiektywnie obserwowała ich związek, pewnie uznałabym, że moja matka była wymarzonym, wymodlonym niemal obiektem badań dla ojca, szykującego się bardzo poważnie do zdobycia profesury. Zachowywał się on niemal tak jak kolekcjoner motyli, którego egzystowanie w po brzegi wypełnionej dziwaczną pasją, entuzjazmem posiadacza, samotności wreszcie zostało ukoronowane okazem wymarłego już dawno gatunku, odradzającego się w nowej, jeszcze bardziej interesującej dla świata nauki, postaci. Na okaz ten początkowo owy naukowiec boi się nawet spojrzeć z bliska, gdyż przecież mogłoby się okazać, że on wcale nie istnieje, że stworzyło go silne pragnienie, a ożył w równie omijający granice racjonalności sposób jak Galatea. Mój ojciec jednakże wreszcie znalazł jakąś niewielką wyrwę w tym nieprzeniknionym wirze fascynacji, który go otoczył i wiedziony najpewniej już typowym instynktem zdobywcy, postanowił motyla pochwycić. Moja matka pozostała dla niego wielką tajemnica już do końca. Ta jedna osoba w zasadzie była spełnieniem wszelkich jego ambicji, oczekiwań związanych zarówno ze sferą uczuć jak i tą, która roztaczała się wokół jego, o fantastycznych możliwościach, umysłu. Była odpowiedzią na tę wrażliwość z jaką zawsze odbierał świat, bóstwem zesłanym mu, by on także zakosztował smaku szczęścia, namiętności, pożądania. To nie on jednakże oprawił ją w ramki i zamienił w ikonę, która ożywała jedynie wówczas, gdy się do niej modlono, gdy oddawano jej pokłony. Moja matka sama dopuściła się tego procederu, gdy ojciec utwierdził ją w tym tlącym się już w niej przekonaniu o boskości, przynależności do majestatycznych sfer sacrum. I jeśli nie była okazem już wtedy, gdy zobaczył go w niej ojciec, osnuta w jego fascynację i więź ich łączącą, stała się nim, albo stawała się przez cały czas ich współistnienia. Ojciec mógł zatem pełnić w jej życiu jeszcze jedną rolę, z której zresztą czerpał zapewne niemałą satysfakcję. Otóż, nie był już jedynie demiurgiem, który pomógł mojej matce wykrystalizować do jej obecnej postaci. Awansował na stanowisko pełnoprawnego boga, stwórcy i rządcy, który zapisywał karty jej losu, stwarzając ją codziennie od nowa i podziwiając swe doskonałe dzieło.

Ja też, choć przecież jako dziecko zupełnie nieświadoma istoty ich wzajemnych stosunków i ról jakie sobie nadali, zawsze oglądałam swoją matkę. Oglądałam, bo odkąd pamiętam bałam się jakiejkolwiek innej formy kontaktu z nią. Zawsze wydawała mi się szklaną figurką ustawioną w naszym domu dla ozdoby, ale ozdoby niebanalnej, bo czczonej z niemalże religijnym fanatyzmem. Jej alabastrowe ciało było tak wiotkie, tak drobne, że panicznie bałam się jej dotknąć, by nie przełamać, nie uszkodzić tego cuda. Ojciec widocznie kochał nawet tę jej chudość, tę nieustanną bladość twarzy, kontrastującą z wyrazistymi oczami. Gdy obejmował moją matkę, ja modliłam się w duchu, by ona nie rozpłynęła się w jego rękach, by nie stopiła się jak wosk pod wpływem cieplejszego płomienia. I właściwie nie chodziło mi o możliwość utracenia unikatu, sam w sobie nie przedstawiał on dla mnie większego znaczenia. Wiedziałam jednakże, że z chwilą stracenia go, przestanę mieć także ojca. Czułam, że on żył właśnie dla owego zjawiska, które pamiętam z odbicia w lustrze sypialnianej komódki. Jego człowiecza postać istniała tylko dlatego, że matka także była uwięziona w ciele kobiety. Gdyby ona zamieniła się w powietrze, grudkę ziemi, on nie wahałby się nawet przez moment czy pójść za nią, zostawiając wszystko co zdobył. I dlatego ciągle prześladowała mnie obawa, że moja matka, powodowana jednym ze swoich kaprysów lub wyobrażeń, a może najzwyklejszą, prymitywną złośliwością, postanowi sama uśmiercić swoje ciało, wyzwolić duszę, która podobno tak bardzo się w nim męczyła i tym samym zabrać mi ojca, a ja przecież chciałam mieć go przy sobie. Dziwna to była chęć, nie mam pojęcia czym spowodowana, bo przecież zawsze dzieliła mnie od niego wszechobecna, niemal tak głęboka jak jego psychika, przepaść. Matkę kochałam właśnie dlatego, że tylko ona potrafiła dać szczęście ojcu. Ja nie mogłam tego uczynić za żadne pieniądze tego świata, choćbym poświęciła temu życie, dlatego traktowałam ją trochę jak dar, zesłany tak naprawdę mnie, bym mogła go podarowywać ojcu.
Kilka lat po ślubie moja matka zaczęła jednakże coraz gwałtowniej tracić jej już i tak zawsze szczątkowy kontakt ze światem. Zaczęła też umykać ojcu. On, uznany już wówczas w całej Europie profesor psychologii, który wielokrotnie wymądrzał się przed tysięcznym audytorium, nie potrafił nadążyć za tą pozbawioną nabytej mądrości nimfą. I to stanowiło największą porażkę, tragedię życia mego ojca. Jego motylek przykuty szpilkami i umieszczony jak trofeum na honorowym miejscu, nagle próbował odfrunąć, nie zważając na niebezpieczeństwo porozrywania sobie unikatowych skrzydełek. Ojciec kupił wtedy olbrzymi dom z fantazyjnym ogrodem, którego nawet raz moja matka nie zaszczyciła odwiedzinami. Ciąża mojej matki natomiast budziła w nim jeszcze silniejszą nadzieję. Początkowo łudził się, że instynkt macierzyński będzie w niej na tyle silny, że wróci do swego poprzedniego, fascynującego ale jednocześnie względnie rozumianego i akceptowanego przez niego, stanu. Potem, gdy najpewniej dostrzegł naiwność tej koncepcji, doszedł do wniosku, naukowo przemyślanego, co oczywiście nie zmieniało faktu, że przez pryzmat szaleńczego wręcz pragnienia, że ona od niego odchodzi tylko dlatego, by odrodzić się w dziecku, które niebawem przyjdzie na świat. A dziecko to miało szanse urodzić się prawdziwym fenomenem, bo przecież było genetycznym połączeniem ich dwojga. Mój ojciec zagłębił się całkowicie w tym przeświadczeniu i siłą podświadomości, jak to u geniusza, wyposażoną w niewytłumaczalną dodatkową moc, wmówił sobie także żarliwą, entuzjastyczną wiarę, że owoc jego wyobraźni stanie się prawdą. Cała ta otoczka odgradzająca go szczelnie od prawdopodobieństwa, które goniło go ze sztabem racjonalnych tez, znikła w jednej chwili, gdy zamiast anielskiej rusałki ujrzał wrzeszczące, łyse maleństwo, przypominające mu prędzej embriona wyciągniętego z fenoloftaleiny niż... człowieka. Naukowcy jednak chyba zaprogramowaną mają pewną dodatkową cechę, która w żadnym wypadku nie pozwala im się poddać. Dlatego też mój ojciec zepchnął to na pewno bolesne rozczarowanie w najgłębsze i najmniej jemu dostępne zakamarki pamięci i zrobił to, o co może nigdy by go nie podejrzewano, a co postrzegał za jedyne wyjście z tej sytuacji. Nie, chyba lepiej pasować tu będzie określenie „wejście”, gdyż ojciec postanowił wejść, albo zakraść się do rzeczywistości w jakiej żyła matka. Nie musiał w niej tkwić, ale obserwowanie jej, bycie blisko, było dla niego jak narkotyk. I chyba znalazł sposób na dostarczanie sobie tej wszechmocnej ambrozji, bo tylko na jego pukanie do drzwi jej nieodgadnionej, upstrzonej dziwaczną symboliką gestów, spojrzeń i dotyków psychiki, czasami reagowała.
Ja natomiast pozostałam dla ojca już na zawsze fenoloftaleinowym tworem, który zasadniczo odbiegał od akceptowanych przez niego kanonów doskonałości. W mojej czerstwej, pulchnej postaci obserwującej świat swymi cielęcymi oczkami nie znajdowała się choćby namiastka zwiewności, efemeryczności matki. Ojca w żaden sposób nie interesował fakt, że odziedziczyłam po nim ogromne zdolności matematyczne i instynkt zdobywcy pchający mnie w coraz rozleglejsze i bardziej skomplikowane dziedziny wiedzy. Mogłam robić wszystko co chciałam, bo wiedziałam, że ojciec usprawiedliwi mnie ze wszystkiego i przed każdym, od morderstwa odciągała mnie w zasadzie chyba tylko, nie wiem jakim cudem zakodowana w sumieniu, namiastka moralności. Nie była ona jednak na tyle silną, by odciągnąć mnie od iście hedonistycznych rozrywek i upiększaczy rzeczywistości z hipisowską ideą wolnej miłości na czele, do których nieustannie mnie ciągnęło. Byłam zawsze zbyt blisko świata, by ojciec mógł mnie zauważyć. A może to on był po prostu już za daleko.
Mniej więcej wówczas, gdy rozpoczęłam swoją zabawę w ogólniaku, moja matka przestała wstawać z łóżka. Przeszła kolejną metamorfozę do stadium kukiełki poruszanej sznureczkami. Ojciec ponadludzkim wysiłkiem uczynił z siebie fachowca od tejże kruchej konstrukcji. Sam stworzył opartą na szeregu osobliwych znaków, niemal hieroglificzną instrukcję obsługi, którą jedynie on zresztą, z godną najwyższego podziwu wirtuozerią, potrafił odczytywać i stosować się do zawartych tam poleceń. Wyglądało to mniej więcej tak, że jeden uśmiech, głaskanie po włosach i dłoniach oznaczać miało: teraz musisz usiąść. Moja matka przechodziła też pewne, jak sama je nazwałam, fazy. Nie przyjmowała wówczas żadnych pokarmów, patrzyła przed siebie w jakimś niesamowitym, czy to uniesieniu, czy może raczej przerażeniu, które odbierało jej resztki jakichkolwiek sił witalnych sił, jakie jeszcze gromadziły się w tym wychudzonym ciele. A ojciec ze spokojem na to pozwalał. Do niczego nie zmuszał. Po pewnym czasie odkryłam, że ów stan mojej matki pozwalał im osiągnąć najpełniejsze zbliżenie, na jakie tylko mogli sobie pozwolić w nocnym świecie, chroniącym ich przed ingerencją „niewtajemniczonych” . Miałam nawet wrażenie, że matka stawała się wówczas dla ojca świetlistą, nienamacalną powłoką, w której on zagłębiał się bez reszty. W jej żyłach natomiast zaczynała płynąć jego krew, wnikał w najmniejszy nawet pór jej skóry. Tworzyli nierozerwalną jedność, do której nic nie miało prawa przeniknąć. Oczywiście, gdy stan matki zaczynał być już naprawdę niepokojący, ojciec zatrudniał do niej sztab lekarzy, którzy przedłużali jej trwanie.
Któregoś dnia, gdy wracałam, nie pamiętam już skąd, dostrzegłam przed domem sznureczek aut, jakichś ludzi nerwowo i bezładnie biegających po podwórku. Wiedziałam od razu, że to ona znalazła wreszcie sposób, by urzeczywistnić najokropniejszy z moich koszmarów. Ojciec powiedział do mnie wtedy tylko jedno zdanie, które zresztą było ostatnim przez niego wypowiedzianym: „Nie martw się, moja żona nie umarła”. Zawsze tak o niej mówił, nie twoja matka, twoja córka, ale zawsze: „moja żona”. W ogóle nie dochodziło do niego, co się stało. Dla niego nic się nie zmieniło, złościło go tylko to zakłócające spokój zamieszanie, ten szum wokół nich. Nigdy nie dowiedziałam się, dlaczego ona umarła. Właściwie nie miało to dla mnie znaczenia, żałowałam wtedy jedynie, że to nie ja przyczyniłam się do odejścia tej kukły, nie pozwoliłabym jej przynajmniej po raz kolejny dopiąć swego.
Kilka dni po pogrzebie ojciec sprowadził do domu woskową figurę, naturalnych rozmiarów, przedstawiająca matkę. Nie sądziłam, że możliwe jest zrobienie czegoś takiego (choć było to wykonanie zupełnie nieudane, pozbawione jakiegokolwiek smaku), ale najwyraźniej pieniądze ojca były wystarczającym powodem, dla którego ktoś jednak podjął się wykonania tego absurdalnego zlecenia. Kukła stanęła w pokoju matki. Ojciec ustawił sobie naprzeciw niej krzesło i przeobraził się w Pigmaliona, wpatrującego się dzień i noc w ten osobliwy posąg i czekającego na zbawczą, boską moc jakiejś Afrodyty, która ulituje się nad nimi. Wydawało mi się nawet, że nawiązali ze sobą pewnego rodzaju kontakt. Ona opowiadała mu o świecie, który pozostał za jego plecami i poza wszelką świadomością (ciekawe, czy ja również do niego należałam), a on uświadamiał ją o każdej zmianie zachodzącej w jej wyglądzie. Wiem, groteskowe, ale ja potrafiłam już uwierzyć we wszystko, co się z nimi wiązało, co tworzyło to zjednoczenie.
Mimo to, czułam, że ojciec się męczy. Ta pewna zastępcza forma miłości i więzi, jeśli w ogóle można istotę ich związku spłycać poprzez te właśnie słowa, wystarczyła ojcu na rok. Nie zdążyłam mu powiedzieć, chociaż doprawdy nie wiem, czy i w jaki sposób bym to zrobiła, że dostałam się na psychologię.
Długo nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego on nie podążył za nią od razu, dlaczego czekał. Teraz sądzę, że to ona zabroniła mu odejść, bym ja mogła powoli przyzwyczaić się do jego nieobecności. Nie jestem jednak w stanie odnaleźć w niej tego, co nią powodowało, że nie pozwoliła, by w jej pokoju pełnym pamiątek, swoistych już w zasadzie eksponatów, stanęła kolejna woskowa figura.

 

Calaverite 

- do góry -

© Copyright by Ever ZIN 2003-2004. All right reserved!