|
Muzeum Figur Woskowych

Ostatnio dość często o niej myślę. Jednakże, gdy
próbuję ją w jakikolwiek sposób urzeczywistnić, zrobić małą przysługę,
lub inaczej- ułatwienie moim zdolnościom przypominania sobie, niestety
typowo ludzkim, bo najlepiej kojarzącym obrazy, to potrafię zobaczyć
ją wyraźnie właściwie jedynie w jednym miejscu, w tej właśnie
konkretnej sytuacji. Tylko ten obraz wyłania się z mojej pełnej
chaosu, bez najmniejszego wręcz zażenowania i ostentacyjnie kpiącej z
chronologii oraz hierarchii istotności, przepastnej pamięci. Obraz
mojej matki siedzącej przy jej niewielkich rozmiarów toaletce z
fantazyjnie wbudowanym lustrem i przy okazji mój, pięcioletniego
wypłosza, zapatrzonego w tę efemeryczną istotę z pewną dozą czegoś w
rodzaju niedowierzania, może po części przerażenia, w mało finezyjny,
ale za to niezwykle dokładny sposób przemieszanego z tęsknotą. Widzę
nas w tym osobliwym zespoleniu właśnie jako lustrzane odbicia. Nie
wiem, może jest to obraz zniekształcony przez tę pewną
niewytłumaczalną, z lekka magiczną zwierciadlaną inteligencję, ale
tylko na nim, choć przecież wielokrotnie się jej przypatrywałam, rysy
twarzy, gładkość skóry, kolor włosów mojej matki są dla mnie uchwytne.
Z szaloną dokładnością zawsze rejestrowałam zmiany w jej wyglądzie,
związane oczywiście z upływem czasu, na myśl o którym ogarniała ją
tylko dla niej charakterystyczna frustracja. Frustracja oznaczająca
jeszcze szczelniejsze zamkniecie się w jej świecie ciszy. Stawała się
wówczas prawie nieodczuwalna, nieomal oniryczna, co jedynie ojciec i
po pewnym czasie także ja umieliśmy wyczuć. Nie wiem, czy ojciec
potrafił zobaczyć także te zmiany, które, przynajmniej dla mnie, nie
wykraczały poza sferę jej psychiki. Teraz wydaje mi się to całkiem
prawdopodobne, biorąc pod uwagę to niezwykłe ich zespolenie, mające
być ukrytym przed wszystkimi i wszystkim, wszelkimi zdolnościami
odbierania bodźców przez osobniki zamieszkujące świat. Jeden organizm,
jedna historia, jedno przeznaczenie.
Mój ojciec poznał matkę na uczelni, gdzie on, cieszący się już dość
dużym uznaniem, jednakże nadal młody, doktor psychologii, zabawiał się
w wykładanie tzw. tajników ludzkich zachowań. Nie wiem, czy matka
kiedykolwiek miała zamiar je zgłębiać, czy po prostu pójściem na ten
kierunek chciała dać upust kolejnemu kaprysowi lub chwilowemu
przebłyskowi, swoistemu natchnieniu, dotyczącemu sensu jej życia (to
ostanie wydaje mi się zdecydowanie bardziej prawdopodobne), lecz los
tam właśnie złowił ich w sidła, które pewnie nieświadomie sami na
siebie założyli.

Matka ponoć zawsze była taką, jaką ja miałam okazję
poznać. Gdy chodziła wydawała się bać odgłosu swych własnych stóp
stawianych na posadzce, a w jej umyśle tliło się trochę już pewnie
przeinaczone ikaryjskie marzenie, by zaznać lekkości, całkowitego
braku grawitacji, co miałoby tę dodatkową zaletę, że w jednej chwili
zamieniłoby dotychczasowe osiągnięcia fizyki w to, czym naprawdę dla
niej były, nieistotność, paproch psujący umykającą wręcz perfekcyjność
jej postaci. Już wtedy była jak nimfa, rusałka z jakiejś
nieistniejącej, lub istniejącej zbyt mocno baśni, która nagle stała
się widoczna dla pewnego profesora. Gdybym wówczas obiektywnie
obserwowała ich związek, pewnie uznałabym, że moja matka była
wymarzonym, wymodlonym niemal obiektem badań dla ojca, szykującego się
bardzo poważnie do zdobycia profesury. Zachowywał się on niemal tak
jak kolekcjoner motyli, którego egzystowanie w po brzegi wypełnionej
dziwaczną pasją, entuzjazmem posiadacza, samotności wreszcie zostało
ukoronowane okazem wymarłego już dawno gatunku, odradzającego się w
nowej, jeszcze bardziej interesującej dla świata nauki, postaci. Na
okaz ten początkowo owy naukowiec boi się nawet spojrzeć z bliska,
gdyż przecież mogłoby się okazać, że on wcale nie istnieje, że
stworzyło go silne pragnienie, a ożył w równie omijający granice
racjonalności sposób jak Galatea. Mój ojciec jednakże wreszcie znalazł
jakąś niewielką wyrwę w tym nieprzeniknionym wirze fascynacji, który
go otoczył i wiedziony najpewniej już typowym instynktem zdobywcy,
postanowił motyla pochwycić. Moja matka pozostała dla niego wielką
tajemnica już do końca. Ta jedna osoba w zasadzie była spełnieniem
wszelkich jego ambicji, oczekiwań związanych zarówno ze sferą uczuć
jak i tą, która roztaczała się wokół jego, o fantastycznych
możliwościach, umysłu. Była odpowiedzią na tę wrażliwość z jaką zawsze
odbierał świat, bóstwem zesłanym mu, by on także zakosztował smaku
szczęścia, namiętności, pożądania. To nie on jednakże oprawił ją w
ramki i zamienił w ikonę, która ożywała jedynie wówczas, gdy się do
niej modlono, gdy oddawano jej pokłony. Moja matka sama dopuściła się
tego procederu, gdy ojciec utwierdził ją w tym tlącym się już w niej
przekonaniu o boskości, przynależności do majestatycznych sfer sacrum.
I jeśli nie była okazem już wtedy, gdy zobaczył go w niej ojciec,
osnuta w jego fascynację i więź ich łączącą, stała się nim, albo
stawała się przez cały czas ich współistnienia. Ojciec mógł zatem
pełnić w jej życiu jeszcze jedną rolę, z której zresztą czerpał
zapewne niemałą satysfakcję. Otóż, nie był już jedynie demiurgiem,
który pomógł mojej matce wykrystalizować do jej obecnej postaci.
Awansował na stanowisko pełnoprawnego boga, stwórcy i rządcy, który
zapisywał karty jej losu, stwarzając ją codziennie od nowa i
podziwiając swe doskonałe dzieło.
Ja
też, choć przecież jako dziecko zupełnie nieświadoma istoty ich
wzajemnych stosunków i ról jakie sobie nadali, zawsze oglądałam swoją
matkę. Oglądałam, bo odkąd pamiętam bałam się jakiejkolwiek innej
formy kontaktu z nią. Zawsze wydawała mi się szklaną figurką ustawioną
w naszym domu dla ozdoby, ale ozdoby niebanalnej, bo czczonej z
niemalże religijnym fanatyzmem. Jej alabastrowe ciało było tak
wiotkie, tak drobne, że panicznie bałam się jej dotknąć, by nie
przełamać, nie uszkodzić tego cuda. Ojciec widocznie kochał nawet tę
jej chudość, tę nieustanną bladość twarzy, kontrastującą z wyrazistymi
oczami. Gdy obejmował moją matkę, ja modliłam się w duchu, by ona nie
rozpłynęła się w jego rękach, by nie stopiła się jak wosk pod wpływem
cieplejszego płomienia. I właściwie nie chodziło mi o możliwość
utracenia unikatu, sam w sobie nie przedstawiał on dla mnie większego
znaczenia. Wiedziałam jednakże, że z chwilą stracenia go, przestanę
mieć także ojca. Czułam, że on żył właśnie dla owego zjawiska, które
pamiętam z odbicia w lustrze sypialnianej komódki. Jego człowiecza
postać istniała tylko dlatego, że matka także była uwięziona w ciele
kobiety. Gdyby ona zamieniła się w powietrze, grudkę ziemi, on nie
wahałby się nawet przez moment czy pójść za nią, zostawiając wszystko
co zdobył. I dlatego ciągle prześladowała mnie obawa, że moja matka,
powodowana jednym ze swoich kaprysów lub wyobrażeń, a może
najzwyklejszą, prymitywną złośliwością, postanowi sama uśmiercić swoje
ciało, wyzwolić duszę, która podobno tak bardzo się w nim męczyła i
tym samym zabrać mi ojca, a ja przecież chciałam mieć go przy sobie.
Dziwna to była chęć, nie mam pojęcia czym spowodowana, bo przecież
zawsze dzieliła mnie od niego wszechobecna, niemal tak głęboka jak
jego psychika, przepaść. Matkę kochałam właśnie dlatego, że tylko ona
potrafiła dać szczęście ojcu. Ja nie mogłam tego uczynić za żadne
pieniądze tego świata, choćbym poświęciła temu życie, dlatego
traktowałam ją trochę jak dar, zesłany tak naprawdę mnie, bym mogła go
podarowywać ojcu.
Kilka
lat po ślubie moja matka zaczęła jednakże coraz gwałtowniej tracić jej
już i tak zawsze szczątkowy kontakt ze światem. Zaczęła też umykać
ojcu. On, uznany już wówczas w całej Europie profesor psychologii,
który wielokrotnie wymądrzał się przed tysięcznym audytorium, nie
potrafił nadążyć za tą pozbawioną nabytej mądrości nimfą. I to
stanowiło największą porażkę, tragedię życia mego ojca. Jego motylek
przykuty szpilkami i umieszczony jak trofeum na honorowym miejscu,
nagle próbował odfrunąć, nie zważając na niebezpieczeństwo
porozrywania sobie unikatowych skrzydełek. Ojciec kupił wtedy olbrzymi
dom z fantazyjnym ogrodem, którego nawet raz moja matka nie
zaszczyciła odwiedzinami. Ciąża mojej matki natomiast budziła w nim
jeszcze silniejszą nadzieję. Początkowo łudził się, że instynkt
macierzyński będzie w niej na tyle silny, że wróci do swego
poprzedniego, fascynującego ale jednocześnie względnie rozumianego i
akceptowanego przez niego, stanu. Potem, gdy najpewniej dostrzegł
naiwność tej koncepcji, doszedł do wniosku, naukowo przemyślanego, co
oczywiście nie zmieniało faktu, że przez pryzmat szaleńczego wręcz
pragnienia, że ona od niego odchodzi tylko dlatego, by odrodzić się w
dziecku, które niebawem przyjdzie na świat. A dziecko to miało szanse
urodzić się prawdziwym fenomenem, bo przecież było genetycznym
połączeniem ich dwojga. Mój ojciec zagłębił się całkowicie w tym
przeświadczeniu i siłą podświadomości, jak to u geniusza, wyposażoną w
niewytłumaczalną dodatkową moc, wmówił sobie także żarliwą,
entuzjastyczną wiarę, że owoc jego wyobraźni stanie się prawdą. Cała
ta otoczka odgradzająca go szczelnie od prawdopodobieństwa, które
goniło go ze sztabem racjonalnych tez, znikła w jednej chwili, gdy
zamiast anielskiej rusałki ujrzał wrzeszczące, łyse maleństwo,
przypominające mu prędzej embriona wyciągniętego z fenoloftaleiny
niż... człowieka. Naukowcy jednak chyba zaprogramowaną mają pewną
dodatkową cechę, która w żadnym wypadku nie pozwala im się poddać.
Dlatego też mój ojciec zepchnął to na pewno bolesne rozczarowanie w
najgłębsze i najmniej jemu dostępne zakamarki pamięci i zrobił to, o
co może nigdy by go nie podejrzewano, a co postrzegał za jedyne
wyjście z tej sytuacji. Nie, chyba lepiej pasować tu będzie określenie
„wejście”, gdyż ojciec postanowił wejść, albo zakraść się do
rzeczywistości w jakiej żyła matka. Nie musiał w niej tkwić, ale
obserwowanie jej, bycie blisko, było dla niego jak narkotyk. I chyba
znalazł sposób na dostarczanie sobie tej wszechmocnej ambrozji, bo
tylko na jego pukanie do drzwi jej nieodgadnionej, upstrzonej
dziwaczną symboliką gestów, spojrzeń i dotyków psychiki, czasami
reagowała.
Ja natomiast pozostałam dla ojca już na zawsze fenoloftaleinowym
tworem, który zasadniczo odbiegał od akceptowanych przez niego kanonów
doskonałości. W mojej czerstwej, pulchnej postaci obserwującej świat
swymi cielęcymi oczkami nie znajdowała się choćby namiastka
zwiewności, efemeryczności matki. Ojca w żaden sposób nie interesował
fakt, że odziedziczyłam po nim ogromne zdolności matematyczne i
instynkt zdobywcy pchający mnie w coraz rozleglejsze i bardziej
skomplikowane dziedziny wiedzy. Mogłam robić wszystko co chciałam, bo
wiedziałam, że ojciec usprawiedliwi mnie ze wszystkiego i przed
każdym, od morderstwa odciągała mnie w zasadzie chyba tylko, nie wiem
jakim cudem zakodowana w sumieniu, namiastka moralności. Nie była ona
jednak na tyle silną, by odciągnąć mnie od iście hedonistycznych
rozrywek i upiększaczy rzeczywistości z hipisowską ideą wolnej miłości
na czele, do których nieustannie mnie ciągnęło. Byłam zawsze zbyt
blisko świata, by ojciec mógł mnie zauważyć. A może to on był po
prostu już za daleko.
Mniej więcej wówczas, gdy rozpoczęłam swoją zabawę w ogólniaku, moja
matka przestała wstawać z łóżka. Przeszła kolejną metamorfozę do
stadium kukiełki poruszanej sznureczkami. Ojciec ponadludzkim
wysiłkiem uczynił z siebie fachowca od tejże kruchej konstrukcji. Sam
stworzył opartą na szeregu osobliwych znaków, niemal hieroglificzną
instrukcję obsługi, którą jedynie on zresztą, z godną najwyższego
podziwu wirtuozerią, potrafił odczytywać i stosować się do zawartych
tam poleceń. Wyglądało to mniej więcej tak, że jeden uśmiech,
głaskanie po włosach i dłoniach oznaczać miało: teraz musisz usiąść.
Moja matka przechodziła też pewne, jak sama je nazwałam, fazy. Nie
przyjmowała wówczas żadnych pokarmów, patrzyła przed siebie w jakimś
niesamowitym, czy to uniesieniu, czy może raczej przerażeniu, które
odbierało jej resztki jakichkolwiek sił witalnych sił, jakie jeszcze
gromadziły się w tym wychudzonym ciele. A ojciec ze spokojem na to
pozwalał. Do niczego nie zmuszał. Po pewnym czasie odkryłam, że ów
stan mojej matki pozwalał im osiągnąć najpełniejsze zbliżenie, na
jakie tylko mogli sobie pozwolić w nocnym świecie, chroniącym ich
przed ingerencją „niewtajemniczonych” . Miałam nawet wrażenie, że
matka stawała się wówczas dla ojca świetlistą, nienamacalną powłoką, w
której on zagłębiał się bez reszty. W jej żyłach natomiast zaczynała
płynąć jego krew, wnikał w najmniejszy nawet pór jej skóry. Tworzyli
nierozerwalną jedność, do której nic nie miało prawa przeniknąć.
Oczywiście, gdy stan matki zaczynał być już naprawdę niepokojący,
ojciec zatrudniał do niej sztab lekarzy, którzy przedłużali jej
trwanie.
Któregoś dnia, gdy wracałam, nie pamiętam już skąd, dostrzegłam przed
domem sznureczek aut, jakichś ludzi nerwowo i bezładnie biegających po
podwórku. Wiedziałam od razu, że to ona znalazła wreszcie sposób, by
urzeczywistnić najokropniejszy z moich koszmarów. Ojciec powiedział do
mnie wtedy tylko jedno zdanie, które zresztą było ostatnim przez niego
wypowiedzianym: „Nie martw się, moja żona nie umarła”. Zawsze tak o
niej mówił, nie twoja matka, twoja córka, ale zawsze: „moja żona”. W
ogóle nie dochodziło do niego, co się stało. Dla niego nic się nie
zmieniło, złościło go tylko to zakłócające spokój zamieszanie, ten
szum wokół nich. Nigdy nie dowiedziałam się, dlaczego ona umarła.
Właściwie nie miało to dla mnie znaczenia, żałowałam wtedy jedynie, że
to nie ja przyczyniłam się do odejścia tej kukły, nie pozwoliłabym jej
przynajmniej po raz kolejny dopiąć swego.
Kilka dni po pogrzebie ojciec sprowadził do domu woskową figurę,
naturalnych rozmiarów, przedstawiająca matkę. Nie sądziłam, że możliwe
jest zrobienie czegoś takiego (choć było to wykonanie zupełnie
nieudane, pozbawione jakiegokolwiek smaku), ale najwyraźniej pieniądze
ojca były wystarczającym powodem, dla którego ktoś jednak podjął się
wykonania tego absurdalnego zlecenia. Kukła stanęła w pokoju matki.
Ojciec ustawił sobie naprzeciw niej krzesło i przeobraził się w
Pigmaliona, wpatrującego się dzień i noc w ten osobliwy posąg i
czekającego na zbawczą, boską moc jakiejś Afrodyty, która ulituje się
nad nimi. Wydawało mi się nawet, że nawiązali ze sobą pewnego rodzaju
kontakt. Ona opowiadała mu o świecie, który pozostał za jego plecami i
poza wszelką świadomością (ciekawe, czy ja również do niego
należałam), a on uświadamiał ją o każdej zmianie zachodzącej w jej
wyglądzie. Wiem, groteskowe, ale ja potrafiłam już uwierzyć we
wszystko, co się z nimi wiązało, co tworzyło to zjednoczenie.
Mimo to, czułam, że ojciec się męczy. Ta pewna zastępcza forma miłości
i więzi, jeśli w ogóle można istotę ich związku spłycać poprzez te
właśnie słowa, wystarczyła ojcu na rok. Nie zdążyłam mu powiedzieć,
chociaż doprawdy nie wiem, czy i w jaki sposób bym to zrobiła, że
dostałam się na psychologię.
Długo nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego on nie podążył za nią od
razu, dlaczego czekał. Teraz sądzę, że to ona zabroniła mu odejść, bym
ja mogła powoli przyzwyczaić się do jego nieobecności. Nie jestem
jednak w stanie odnaleźć w niej tego, co nią powodowało, że nie
pozwoliła, by w jej pokoju pełnym pamiątek, swoistych już w zasadzie
eksponatów, stanęła kolejna woskowa figura.
Calaverite
|