|
Starcie z nieznanym
Hector & DarthSider
W roku 2063 nic tak naprawdę się nie zmieniło. Wszystkie te
podróże w czasie i przestrzeni nigdy nie miały miejsca, a człowiek
długo jeszcze nie będzie eksplorował kosmosu poza naszym rodzimym
układem gwiezdnym. Jakiekolwiek kontakty z obcymi rasami nigdy nie
miały miejsca.
Dokonało się wprawdzie kilka rewolucji technologicznych, każdy
dysponował sprzętem i możliwościami jakie ludziom na początku XXI
wieku nawet się nie śniły. Większość funduszy każdego kraju szły
na budowę galaktycznych osiedli. Na skutek ogromnego
zanieczyszczenia Ziemi, warunki życia bardzo się obniżyły i w
wielu rejonach globu nie dało się żyć. Dodatkowo ogromnym
problemem był niespodziewany przyrost naturalny krajów obu Ameryk,
co również zmusiło do poszukiwań alternatywnych miejsc
zamieszkania.
Bazy przede wszystkim budowane są na orbicie ziemskiej i w pobliżu
Marsa. Są to bardzo skomplikowane budowle mające rzekomo uratować
ludzką rasę przed katastrofą. Organizacja jest całkiem odmienna od
tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni na Ziemi. Nie ma żadnych
terenów otwartych, tylko wielkie kompleksy mieszkaniowe będące
imitacją miasta. Rezultatem tego, jest bardzo zaostrzone prawo,
nikt z mieszkańców nie czuje się wolny.
Mark Austin pracujący w dziale koordynacji międzygwiezdnej
właśnie wyszedł ze swojego pokoju, aby odwiedzić ciężko chorego
ojca, cierpiącego na nie do końca jeszcze zbadaną chorobę
polegającą na zwyrodnieniu komórek mózgowych. Objawy bardzo
utrudniają życie, ciągłe wymioty, halucynacje, czy bóle głowy nie
odpuszczają nawet w nocy. Szpital znajduje się na przeciwległym
końcu koloni, więc dojazd do budynku czymś w rodzaju metra zabiera
nawet 40 minut.
|
- Witaj ojcze!
- Cześć Mark, co u ciebie? - spytał ojciec
- Wszystko w porządku, jak zwykle dużo pracy, sąsiedzi hałasują i wciąż
kiepsko płacą - zażartował Mark - rozmawiałem z doktorem, pod koniec
tygodnia czeka cię operacja, wreszcie będziesz mógł kiedyś wyjść z tego
więzienia.
- O mnie się tak nie martw, powinieneś teraz szukać sobie żony i myśleć o
rodzinie.
- Tato, przecież wiesz, że nie mam czasu na nic, a z rodziny jestem
zadowolony.
- Chorego ojca nazywasz rodziną? Niedługo zostaniesz sam jak palec!
- Co ty wygadujesz? Poza tym jest jeszcze Robert, zaadoptowanie go było
najlepszą rzeczą, jaką zrobiła matka, do końca życia będę jej za to
dziękował.W tym właśnie czasie
odezwał się telefon komórkowy w kieszeni Austina. Szybko wyjął zgrabny
aparat, odchylił klapkę i natychmiast uzyskał połączenie. Na małym
wyświetlaczu ujrzał twarz młodego człowieka siedzącego za sterami jakiegoś
pojazdu. Był to Robert, najlepszy pilot wśród załogi bazy. Ze względu na
jego wiek, można wytłumaczyć jego zachowanie. Często lubił się popisywać,
jego brawurowe loty były powodem gęsiej skórki u niejednego strażnika, a
dowcipy nie zawsze w dobrym tonie. Zmarła matka Marka adoptowała go kiedy
miał 9 lat, zrobiła to, ponieważ Mark często zostawał sam w domu, Jego
rodzice cały czas pracowali i nie mieli czasu na rodzinę. Chłopcy bardzo
się ze sobą zżyli i traktowali jak rodzeństwo.
- Przestałbyś się obijać i wróciłbyś do pracy! - krzyknął z pretensjami,
lecz uśmiechnięty Robert - ludzie nie mogą swojej pracy wykonywać, bo
jakiś koordynator robi sobie wolne.
- Jeszcze jedna taka uwaga i policzę się z tobą po powrocie - zażartował
Mark - poczekaj, za 10 minut będę w sali lotów. |