15

Kącik Twórczy

poprzednia | na dół | spis treści | następna

Starcie z nieznanym

Hector & DarthSider

W roku 2063 nic tak naprawdę się nie zmieniło. Wszystkie te podróże w czasie i przestrzeni nigdy nie miały miejsca, a człowiek długo jeszcze nie będzie eksplorował kosmosu poza naszym rodzimym układem gwiezdnym. Jakiekolwiek kontakty z obcymi rasami nigdy nie miały miejsca.
Dokonało się wprawdzie kilka rewolucji technologicznych, każdy dysponował sprzętem i możliwościami jakie ludziom na początku XXI wieku nawet się nie śniły. Większość funduszy każdego kraju szły na budowę galaktycznych osiedli. Na skutek ogromnego zanieczyszczenia Ziemi, warunki życia bardzo się obniżyły i w wielu rejonach globu nie dało się żyć. Dodatkowo ogromnym problemem był niespodziewany przyrost naturalny krajów obu Ameryk, co również zmusiło do poszukiwań alternatywnych miejsc zamieszkania.
Bazy przede wszystkim budowane są na orbicie ziemskiej i w pobliżu Marsa. Są to bardzo skomplikowane budowle mające rzekomo uratować ludzką rasę przed katastrofą. Organizacja jest całkiem odmienna od tego do czego jesteśmy przyzwyczajeni na Ziemi. Nie ma żadnych terenów otwartych, tylko wielkie kompleksy mieszkaniowe będące imitacją miasta. Rezultatem tego, jest bardzo zaostrzone prawo, nikt z mieszkańców nie czuje się wolny.

Mark Austin pracujący w dziale koordynacji międzygwiezdnej właśnie wyszedł ze swojego pokoju, aby odwiedzić ciężko chorego ojca, cierpiącego na nie do końca jeszcze zbadaną chorobę polegającą na zwyrodnieniu komórek mózgowych. Objawy bardzo utrudniają życie, ciągłe wymioty, halucynacje, czy bóle głowy nie odpuszczają nawet w nocy. Szpital znajduje się na przeciwległym końcu koloni, więc dojazd do budynku czymś w rodzaju metra zabiera nawet 40 minut.

- Witaj ojcze!
- Cześć Mark, co u ciebie? - spytał ojciec
- Wszystko w porządku, jak zwykle dużo pracy, sąsiedzi hałasują i wciąż kiepsko płacą - zażartował Mark - rozmawiałem z doktorem, pod koniec tygodnia czeka cię operacja, wreszcie będziesz mógł kiedyś wyjść z tego więzienia.
- O mnie się tak nie martw, powinieneś teraz szukać sobie żony i myśleć o rodzinie.
- Tato, przecież wiesz, że nie mam czasu na nic, a z rodziny jestem zadowolony.
- Chorego ojca nazywasz rodziną? Niedługo zostaniesz sam jak palec!
- Co ty wygadujesz? Poza tym jest jeszcze Robert, zaadoptowanie go było najlepszą rzeczą, jaką zrobiła matka, do końca życia będę jej za to dziękował.

W tym właśnie czasie odezwał się telefon komórkowy w kieszeni Austina. Szybko wyjął zgrabny aparat, odchylił klapkę i natychmiast uzyskał połączenie. Na małym wyświetlaczu ujrzał twarz młodego człowieka siedzącego za sterami jakiegoś pojazdu. Był to Robert, najlepszy pilot wśród załogi bazy. Ze względu na jego wiek, można wytłumaczyć jego zachowanie. Często lubił się popisywać, jego brawurowe loty były powodem gęsiej skórki u niejednego strażnika, a dowcipy nie zawsze w dobrym tonie. Zmarła matka Marka adoptowała go kiedy miał 9 lat, zrobiła to, ponieważ Mark często zostawał sam w domu, Jego rodzice cały czas pracowali i nie mieli czasu na rodzinę. Chłopcy bardzo się ze sobą zżyli i traktowali jak rodzeństwo.
- Przestałbyś się obijać i wróciłbyś do pracy! - krzyknął z pretensjami, lecz uśmiechnięty Robert - ludzie nie mogą swojej pracy wykonywać, bo jakiś koordynator robi sobie wolne.
- Jeszcze jedna taka uwaga i policzę się z tobą po powrocie - zażartował Mark - poczekaj, za 10 minut będę w sali lotów.

15

FPPMZ nr 2/2002 (3) [CDA 5/2002]

poprzednia | do góry | spis treści | następna