Z Wilżyńskiej Doliny wszędzie
było daleko. Gościniec omijał ją szerokim łukiem, tak, że do cywilizacji wiodły
jedynie dwie kręte i mocno porośnięte trawą ścieżki. Wysoka ścieżka wspinała się
pomiędzy trzema zawieszonymi nad doliną szczytami, Palem, Maczugą i tym, który zwano
Mnichem, aż do kupieckiego traktu. Niska ścieżka opadała łagodnie wzdłuż
Wilżyńskiego Potoku i poprzez ziemie starosty prowadziła ku odległym posiadłościom
opactwa. Co prawda, była jeszcze trzecia ścieżka, ale ona bynajmniej nie zmierzała ku
cywilizacji. Raczej w kierunku zupełnie przeciwnym.
Szymek jednak nigdy nie powędrował hen, hen w siną dal ani wysoką,
ani niską ścieżką -- a w każdym razie nie dalej, niźli na skraj pastwisk, na
których zgodnie wypasano owce ze wszystkich trzech wiosek Wilżyńskiej Doliny. Raz
tylko, nasłuchawszy się nieopatrznie gadek wędrownego kapłana, postanowił się
zaciągnąć na starościńskiego pachołka. Zamarzyły mu się wojenna sława, gorzałka
w karczmach przy trakcie i przychylne wojakom dziewuchy. I z tego rozmarzenia wykradł
się z wioski głęboką nocką i pognał w dół wilżyńskim potokiem. Jednakże jeszcze
nie zaczęło dnieć, kiedy dopadł go władyka, dopadł, po czym wymłócił Szymkowi
grzbiet i gwoli przestrogi wsadził w pręgierz.
Gdyby szło o kogo innego, pewnie by władyka, człek bardzo
nieprzychylny zbiegostwu, nie poprzestał na pręgierzu, ale Szymek był persona w
Wilżyńskiej Dolinie znaczna. Mianowicie, był Szymek dworskim świniopasem i powierzoną
swej opiece trzodę wybornie wprawił do wyszukiwania trufli. Wkrótce jednak okazało
się, że bez Szymka uparta nierogacizna żadnym sposobem nie daje się namówić do
współpracy. Nadąsane świnie nie chciały odstąpić pręgierza, zaś wielki ryży
wieprz, który przewodził stadu, z czystej złośliwości poszarpał ulubionego
pańskiego ogara. Na koniec zniechęcony władyka musiał chłopca wypuścić.
I tak się skończyło Szymkowe wędrowanie. Czas mijał mu spokojnie,
nie tyle biegł, co pełznął dostojnie i z godnością. Nowiny nie nadchodziły, ani
kupcy, ani zbójcy do Wilżyńskiej Doliny nie zaglądali. Zresztą i jedni, i drudzy nie
mieli tu czego szukać. Okolica była bowiem nieurodzajna, a ludek ubogi, spokojny i
płochliwy, jak tylko konie na trakcie usłyszał, chwytał na gwałt dobytek i zmykał w
góry. A już najbardziej jesienią, kiedy poborcy podatkowi ciągnęli.
Szymek był równie płochliwy, jak sąsiedzi i przeważnie siedział
pospołu ze swymi świńmi głęboko w lasach. Aż do przeszłego tygodnia. Gdyż
ostatniej niedzieli, kiedy wedle zwyczaju zamiast słuchać kazania stał w gromadzie
znajomych pod starą lipą i gęsto spluwał na placyk przed kapliczką, zakochał się w
Jarosławnie, córce Betki młynarza. I to zakochał się, że strach.
Było to uczucie wielkie, obejmujące Jarosławnę razem z jej cudnymi
brązowymi oczami (szczególnie kochał lewe - zdawało mu się, że nieustannie zezuje w
jego kierunku), pięcioma krowami posagu, puchową pierzyną, trzema haftowanymi
poduchami, dostrzeżonymi przez czujnego Szymka w komorze, i z czternastoma morgami
gruntu, które Jarosławna dostanie po ojcu. Ojca wybranki, Betkę młynarza, obejmował
swą miłością nader niepewnie, ponieważ nie bez słuszności podejrzewał, iż jego
głębokie uczucie może pozostać nieodwzajemnione.
Dlatego właśnie chyłkiem przekradał się trzecią ścieżką do
chatki Babuni Jagódki, pospolicie nazywanej starą, parszywą wiedźmą. Jednakże w owej
chwili Szymek starał się usilnie zapomnieć o jej przezwisku. Miał nadzieję, że
Babunia będzie w cierpliwym, przyjaznym ludziom nastroju. Pociągnął nosem. A jak nie
będzie, pomyślał, i to i tak zdążę uciec. Na szczęście na wiosnę Babunię
strasznie pokręciła podagra.
Chatka Babuni, ginekologicznej znakomitości dwóch powiatów,
sprawiała wrażenie stosowne do profesji właścicielki: była zaniedbana, brudna i
cuchnęła kozimi odchodami. Jednakże sława gospodyni niosła się znacznie dalej,
niźli odór inwentarza. Wieśniacy powtarzali szeptem, że Babunia pokątnie kuruje
poszczerbionych zbójców z Przełęczy Zdechłej Krowy, a podobno zdarzało się
również, że posyłano po z nią z dworu władyki. Co to się na świecie porobiło,
sarkali, kiedy w samo południe Babunia Jagódka kroczyła hardo poprzez wioskowy plac.
Kiedyś wiedźmy znały swoje miejsce, ledwie nocką śmiały się na świat wychodzić, a
i wtedy pokornie u wrót stały, wedle szubienicy. A teraz?
Krzywym okiem spoglądano też na hołubionego przez Babunię capa,
gdyż, jak powszechnie wiadomo, wiedźmy mają zwyczaj hodować w obejściu rozmaite
potwory i kto to mógł wiedzieć, co się pod ta koźlą skórą kryło? Wieśniacy nie
raz się na niego zasadzali, ale bydlę było sprytne i szybko uciekało. A poza tym to i
za bardzo nie gonili, bo się zwyczajnie bali -- jak na wiedźmę, Babunia Jagódka była
nad zwyczaj rozumna i chyba do końca sprzyjała mieszkańcom Wilżyńskiej Doliny. Plotki
o jej knowaniach ożywały szczególnie w czas nieurodzaju, że zaś ostatnimi czasy lata
były suche i pomór owce straszliwie trzebił, miejscowy władyka poczynał się coraz
bardziej niepokoić.
Po prawdzie to władyka przemyśliwał, jak tu cichutko Babunię
Jagódkę ogniem umorzyć. Jako człowiek ostrożny, odbył najpierw stosowną naradę z
miejscowym proboszczem, który jednakowoż dał władyce stanowczy odpór, rozumiejąc,
że jak świat światem, każda okolica miała, ma i mieć będzie swoją wiedźmę.
Ponadto Babunia Jagódka kręciła niezwykle skuteczne czopki na hemoroidy, które od
dawna dręczyły czcigodnego pasterza. Myśl, że zdumiewająca tajemnica owego remedium
miałaby spłonąć wraz z Babunią, napełniła proboszcza szczerym przerażeniem.
Wkrótce też wyszło na jaw, że zdrada zalęgła się w samym
domostwie władyki. Spostrzegł bowiem, że nawet jego własna żona, Wisenka, spiskuje z
Babunią. Władyka podejrzewał, że ma to coś wspólnego z napitkiem, który spragniona
potomstwa połowica wlewała w niego każdej niedzieli; cały dzień odbijało mu się
potem czymś obrzydliwym. Ponieważ jednak bał się Wisenki, a jeszcze bardziej jej ojca,
słynnego starosty Wężyka, pana na Pomieszczenicy, postanowił trzymać się od Babuni z
daleka - na razie, bo obserwując okoliczne niewiasty władyka wykoncypował sobie, że
najpóźniej przy czwartym bachorze Wisenka pożegna się z ziemskim padołem i wówczas
wiedźma odpowie za wszystko, włączywszy niedzielny kordiał.
Na razie jednak praktyka Babuni rozwijała się wyśmienicie, bowiem
Szymek dostrzegł, jak z wiedźmiej chatki wymyka się młoda żona sołtysa i gorączkowo
ścieskając coś na podołku pędzi w las. Zza niedomkniętych drzwi dobiegał szyderczy
rechot wiedźmy. Stropiony Szymek nerwowo potarł nogą o nogę, ale widmo jasnej
przyszłości u boku Jarosławny przeważyło nad strachem.
- Yhm, yhm - chrząknął uprzejmie.
Babunia otwarła drzwi energicznym pchnięciem kosturka. Przez chwilę
wpatrywała się w chłopaka, żując pożółkły paznokieć kciuka, po czym odezwała
się skrzekliwym, starczym głosem:
- O lala! O lala! - powtórzyła z cieniem podziwu w głosie. - Aleś
wyrósł, Szymek. Kto by pomyślał - zachichotała, bez zmieszania kontynuując
oględziny.
Poczuł się dosyć nieprzyjemnie i nieśmiało zagaił rozmowę:
- Wódeczki, Babuniu?
Słyszał, że wiedźma lubi sobie czasami popić i zaopatrzył się u
karczmarza w stosowną dawkę okowity.
- Wódeczki? - spytała z politowaniem. - Nie pijam już wódeczki.
Odkąd Wisenka zapewniła stały zbyt na wyciąg z miłostki, pijam tylko skalmierskie
wina z piwnicy jej męża. Ty mnie nie zagaduj, Szymek, tylko wykrztuś, czego chcesz.
Która to?
- Jarosławna - odpowiedział z zapałem i uśmiechnął się głupawo.
Babunia z dezaprobatą pokręciła głową.
- I czternaście mórg - mruknęła niezrozumiale. - Czy wy się nigdy
niczego nie nauczycie? Czy ty nie wiesz, że miłostka rośnie na bagnach? Czy ty
myślisz, że ja lubię ganiać goło w pełnię księżyca? Czy ty nie możesz sobie
znaleźć jakiejś miłej, rozsądnej dziewuchy?
- Nie! - stanowczo zaprzeczył Szymek. - Jarosławna albo żadna.
Babunia zamruczała coś pod nosem.
- A masz czym zapłacić? - spytała podejrzliwie.
Szymek stropił się do reszty. Kilka lat temu władyki poswarzył się
z dzierżawcą sąsiedniej doliny i w trakcie forsowania wrażego dworca ojciec Szymka
padł na polu chwały (faktycznie chodziło o fosę chwały, skąd wyłowiono wciąż
jeszcze cuchnące gorzałką ścierwo, ale władyka miał zacięcie krasomówcze). Odtąd
nie powodziło im się z matką najlepiej. Zagon za chałupą nie rodził dość fasoli na
zimę, chatynka z każdym rokiem pochylała się coraz niżej i nawet ocieniająca
podwórko jabłonka obdarowywała ich jedynie maleńkimi parszywkami. Wprawdzie Szymek
miał dwa świniaki., podarowane przez władykę w chwili słabości Ale prędzej
rozstałby się z własnym życiem, niż z nimi.
- No... widzicie - zaczął z ociąganiem.
- Co mam widzieć?! - zaperzyła się starowinka. - Czyś ty, Szymek,
myślał, że ja tak z dobrego serca będę się po rosie włóczyć? Ja już nie młódka
jestem, podagra mnie połamała, zda się na zapiecku grzać i miód popijać, nie goło
pod księżycem ganiać! Nie zapłacisz, nie dostaniesz! I basta!
- A może by tak w naturze, Babuniu?
Wiedźma rzuciła mu spod rzadkich, splątanych kosmyków grzywki
zamyślone spojrzenie, omiatając ponownie jego silną, strzelistą sylwetkę.
- No, no! - oznajmiła.
Szymek się zaczerwienił (chociaż właściwie nie wiedział,
dlaczego).
- Myślałem, że posprzątam, drew narobię - sprostował szybko
(chociaż właściwie nie wiedział, co). - Dach załatam... Toż widzicie, że strasznie
wam przecieka... Gnój rozrzucę - dokończył w ostatnim, rozpaczliwym porywie.
Babunia Jagódka milczała wystarczająco długo, by łzy stanęły mu
w oczach.
- Siedem dni służby - zadecydowała wreszcie sucho. - I ani dnia
krócej.
- Jacy wy dobrzy jesteście - rozpromienił się Szymek. - To ja tu
wpadnę jutro, jak tylko słonko zajdzie, i zrobię, co trzeba.
- Miałam na myśli służbę stacjonarną - skrzywiła się Babcia. -
Znaczy się, ty i twoje świnie sprowadzacie się na tydzień do mnie. Wóz albo przewóz.
Przez pokryty skułtunionym żółtym włosem łeb Szymka przemknęło
tragiczne przeczucie drwin, jakimi obrzucą go sąsiedzi. Wybąkał podziękowanie i
przybity powlókł się, by oznajmić świniom wieść o przeprowadzce.
Wbrew jego obawom Babunia Jagódka nie nalegała, by zamieszkał w
chacie, i zakwaterowała go całkiem przyzwoicie, w obórce.
- Idę do dworu - oznajmiła. - Wisenka ostatnio zalega z zapłatą,
wino już na wyczerpaniu. Wrócę wieczorkiem, a ty tymczasem załataj daszek. Tylko do
studni nie zaglądaj. To bardzo szczególna studnia.
- Nic się, Babuniu, nie martwcie - zapewnił ją skwapliwie. - Ja nie
z tych.
Babunia uśmiechnęła się pod nosem (a nos miała wielki jak czerwona
bulwa, z nieodzowną kapką zawieszoną na końcu) i żwawo oddaliła się ścieżynką.
Skoro tylko zniknęła, Szymek odetchnął swobodniej. Koło wychodka znalazł pokaźną
stertę trzciny do krycia dachu i bez zwłoki wdrapał się na drabinę. Myśl o
Jarosławnie dodawała mu skrzydeł. Bo też kochał ją, że strach.
Kiedy koło południa słońce przygrzało mocniej, uznał, że
najwyższy czas odpocząć. Upewnił się, że świnie spokojnie ryją u podnóża trzech
dębów ocieniających polankę, pogroził pięścią ulubionemu capowi Babuni, napluł na
płot, napił się kwaśnego mleka - ale wciąż coś go dręczyło. Wreszcie powoli,
ostrożnie, zbliżył się do studni. Cembrowina wydała mu się całkiem zwyczajna.
Czujnie rozejrzał się wokół, jednak nic nie zwiastowało rychłego nadejścia
wiedźmy.
- Ja tylko tak... - usprawiedliwił się w duchu. - Raz rzucę okiem. W
końcu niby czemu mam nie zajrzeć? A może złoto tam Babunia chowa wyłudzone od
Wisenki? No, raz kozie śmierć. Zaglądam.
I zajrzał. Zobaczył własne wytrzeszczone ze strachu niebieskie
ślepia i niemądrze rozdziawioną gębę. Ale kiedy się tak gapił, w głębi studni
coś zabulgotało, zaszumiało rzewnie i dobiegł go ukochany, słodki głos Jarosławny.
- Co tak stoisz, leniu ty śmierdzący! - przemówił głosik
młynarzówny, a za plecami Szymka-W-Studni pojawiło się jej wdzięczne ramię i
zdzieliło go w łeb tłuczkiem do kartofli. - Znowu się obijasz? Ze zbożem
przyjechali, migiem gnaj wóz rozładować, bo ojcu poskarżę! - i na powierzchni
studni z bulgotem poczęła formować się postać Betki młynarza.
Szymek przezornie nie czekał, co zrobi Betka, który był znany z
ciężkiej ręki i plugawego charakteru. Odskoczył od studni, nim zdążył sobie
przypomnieć, że to tylko obrazek na wodzie, i do wieczora nie odrywał się od dachu.
Wszakże wizerunek Jarosławny napełnił jego serce słodką błogością. Byli razem w
studni! Przemówiła do niego! Przekomarzała się z nim!
Robota wprost paliła mu się w rękach. Babunia Jagódka wróciła o
zmierzchu i z podziwem rzekła:
- Aleś się uwinął, Szymek! - A potem poczęstowała go skalmierskim
winem.
Napitek rozrzewnił chłopaka i jeszcze bardziej wzmógł tęsknotę za
Jarosławną. W połowie drugiej flaszki gospodyni też najwidoczniej wpadła w dobry
nastrój, bo zaczęła nachalnie zwoływać do flaszki nietopyrki; nieszczęsne
nietopyrki, które dotychczas spokojnie zwisały z belek i bynajmniej nie miały ochoty na
dworski rarytas, w popłochu furkotały po izbie. Zachęcony swobodnym nastrojem biesiady
chłopak zadał dręczące go od południa pytanie:
- A co takiego dziwnego z waszą studnia, Babuniu?
- Widzisz, Szymek - wiedźma czknęła i przyjaźnie klepnęła go po
ramieniu - to studnia czarowna jest i podstępna, bo to już taka tradycja w tej profesji,
że każda wiedźma musi mieć coś czarownego i podstępnego, czy to wrednego demona we
flaszce po porzeczkowej nalewce, czy kije-samobije, czy to osła, co raz sra złotem, a
raz czystym gównem i nigdy nie wiadomo, na co mu ochota przyjdzie. Ja mam studnię.
Znaczy się, jak kogoś polubi, to ładnie śpiewa i pokazuje mu przyszłość. A jak
kogoś nie lubi, to starczy, że zajrzy, czy wody się napije, a stanie się coś
strasznego.
- Ojejej - przeląkł się Szymek. - A co strasznego?
- No, z tym to różnie bywa - pogodnie wyjaśniła Babunia. - Jedni
się zmieniają w żaby, inni zasypiają na sto lat, a był też jeden taki, co tylko raz
się przejrzał i z beczeniem pognał w las. Wydawało mu się, że jest jeleniem. Podobno
potem naprawdę się w niego zmienił. Wisenka powiada, że ten wieniec przy palenisku w
starościńskim dworcu jest po nim, ale to niesprawdzona wiadomość. Wiesz, jak jest z
Wisenką.
Szymek nie wiedział, ale zimny dreszcz spłynął mu po kręgosłupie
aż do lędźwi i z powrotem. Pożegnał się pospiesznie, życzył Babuni dobrej nocy i
pognał do swojej szopy. Nietopyrki skorzystały z okazji i wypadły za nim przez
niedomknięte drzwi, a zaczajony za rogiem chaty cap dotkliwie ubódł go w zadek.
- Czekaj, cholero! - rozdarł się chłopak. - Rychło ty skończysz w
kotle!
Spał źle. Śniło mu się, że znowu zajrzał do studni i zmienił
się w kozła.
O poranku Babunia Jagódka obudziła go waleniem kosturka w ścianę
szopki i zagnała do czyszczenia szamba. Smród był taki, że nawet świnie uciekły, ale
Szymek pracował wytrwale i marzył o Jarosławnie.
Marzył tak intensywnie, że pod wieczór znów zajrzał do studni.
Co prawda, w nic się nie zmienił, lecz trochę zdziwiło go to, co
ujrzał. Była tam jego umiłowana Jarosławna. Dostojna i dostatnia, na kształt pękatej
dzieżki do ciasta, z dwoma zasmarkanymi dzieciakami przy spódnicy, wypędzała świnie z
warzywnika. Chłopak popatrzył na nią podejrzliwie: nie, żeby mu się przestała
podobać, ale była jakaś odmieniona, minę miała kwaśną i nie szczędziła
nierogaciźnie kopniaków. Cóż i tak kochał ją okrutnie, aż strach. Ale najgorsze
było to, że cudne lewe oko Jarosławny zezowało na niego w jakiś złośliwy, zimny
sposób.
Posmutniały powrócił do czyszczenia szamba.
- Coś ty taki markotny, Szymek? - spytała po powrocie Babunia.
- Śmierdzi strasznie - burknął.
- Przez ciernie dąży się do miłości - filozoficznie oznajmiła
starowinka. - Tylko przez ciernie.
Potem znów urządzili sobie pijatykę. Wiedźma opowiadała zamkowe
plotki, piła, jak chłop i podtykała mu pod nos marynowane śledzie z cebulą. Szymek
uznał, że naprawdę niezła z niej babina. Wygrał w karty dwa sznury prawdziwych
korali, a Babunia na koniec tak się spiła, że tylko bełkotała:
- Przez ciernie, przez ciernie...
Mamrotanie zaniepokoiło trochę Szymka i wyniósł się po cichu -
nigdy nie wiadomo, czy po pijaku nie rzuci w niego nieopatrznie jakimś zaklęciem. Nim
usnął, w jego głowie zakołatała myśl, że ze zmęczenia musiał coś przeoczyć.
Toć to niemożliwe, żeby Jarosławna krzywo na niego patrzyła. Postanowił sumiennie to
nazajutrz sprawdzić.
Co też uczynił. Jarosławna nie tylko krzywo na niego patrzyła, ale
też donośnie przeklinała ku uciesze sąsiadów. Z rozpaczy Szymek-W-Studni poszedł
się upić do karczmy, a Jarosławna mściwie nie wpuściła go na noc do komory. Na
koniec ułożył się w krzakach za młynem, z daleka od drogi, żeby się wieść o jego
mężowskim pohańbieniu nie rozniosła po całej wsi. W krzyżu go kłuło od targania
worów z mąką, w brzuchu burczało z głodu, nawet studnia bulgotała jakoś...
szyderczo.
Szymek tak się zasmucił, że pocieszyła go dopiero dokładka
pierogów z jagodami. A Babunia Jagódka robiła wyśmienite pierogi.
Tego wieczoru nawet nie powąchał wina, bo w zapale porządków
uprzątnął też górę koziego łajna zalegającego pod płotem na tyłach chatki.
Niestety, okazało się, że Babunia ma jakąś teorię na temat użyteczności kozich
odchodów. Wrzeszczała strasznie i wygrażała mu kosturkiem, zaś Szymek, choć nie
rozumiał słowa "destylacja", pojął, że Babunia jest bardzo zła i
postanowił nie wchodzić jej w drogę. Na wszelki wypadek przespał się przy świniach.
Jakoś mu bydlątka dodawały odwagi.
Jeszcze przed świtem pognał do studni, jednak nie spotkała go żadna
przyjemna niespodzianka. Jarosławna wybiła warząchwią zęba Szymkowi-W-Studni, a kiedy
chciał jej mężowskim prawem złoić skórę, zagroziła, że niech tylko zakrzywi na
nią palec, a tatuś przegna go z domu na zbity pysk. Wygłosiła długą mowę o tym, że
musiała całkiem zgłupieć poślubiając świniopasa, spotwarzyła go od gołodupców, a
na końcu skrupulatnie wyliczyła cztery krowy posagu, pierzynę, poduchy oraz morgi,
które ma odziedziczyć. Potem pojawił się Betka i zagnał go do roboty w młynie.
Kątem oka Szymek-W-Studni dostrzegł, że jego ukochana, cudna Jarosławna śmieje się w
kułak, a młynarczycy wtórują jej z zapałem.
Zacisnął zęby i postanowił, że nie będzie więcej zaglądać za
cembrowinę. Babunia miała rację. Studnia była niebezpieczna. Niebezpieczna, złośliwa
i wredna.
Naprawił płot, zaś Babunia najwyraźniej mu wybaczyła, bo w
południe kazała mu odpocząć. Słoneczko przygrzewało, muchy bzyczały sennie i
resztę dnia chłopak spokojnie przedrzemał pod dębem.
Na kolację była potrawka w zająca. Szymek nażarł się jak świnia.
- Skąd to macie, Babuniu? - zapytał z respektem.
- Ot, przypałętało się - wiedźma otarła z brody tłusty sos. -
Chcesz jeszcze?
- Po was, Babuniu - odpowiedział uprzejmie, podstawiając talerz. - A
wy tak możecie, znaczy się, w dworskim lesie na zwierza możecie kłusować?
- Kłusować? - obruszyła się Babunia Jagódka. - Ja mam na to
przywileje. Jeszcze przez dziada Wisenki pieczętowane, jak ta wielka wojna w Górach
Żmijowych nastała. Starosta na południe pociągnął. Wojaczki mu się zachciało,
grzybowi staremu. No, a jak z tej wojaczki wrócił, to i bez konia, i bez siodła
paradnego, nawet szubę z niego zdarli, a łeb miał tak poszczerbiony, że mu rozum
szczerbami wyciekał. No, to akurat mała była strata - zachichotała - bo rozumu to w
tym czerepie nigdy za dużo nie było. Tyle, że przez bez mała niedziele musiałam go
kurować...
Szymek stropił się. Właściwie nie miał wcale ochoty wysłuchiwać
babcinych historii, wierząc, że od władyki i jego rodziny najlepiej trzymać się z
daleka - z nieszczęściem jak z robactwem, starczy blisko podejść, a oblezie ze
szczętem. Babcin brak szacunku dla porządku świata napełniał go niepokojem.
- A ty, Szymek, co chciałbyś robić? - zagadnęła z chytrą miną.
- Może chatę pobielę? - zaryzykował, nie czekając, aż wymyśli
coś gorszego od czyszczenia szamba.
- Oj, Szymek - jęknęła Babunia. - Jutro piątek, żadna szanująca
się wiedźma w obejściu palcem nie ruszy. Co w życiu chciałbyś robić pytałam.
- No... - z namysłem podrapał się po głowie. - Chciałbym mieć
spokój. Zupę na mięsie i słodki placek ze śliwkami co niedzielę. Parobka...
Babunia dostrzegła, że wysiłek intelektualny staje się dla Szymka
zbyt bolesny i oznajmiła:
- Dobrze, placek będzie jutro. Weźmiesz kawałek i zaniesiesz matce,
lepiej, żebyś mi się tu pałętał. O świnie się nie martw, zadbam należycie.
Nazajutrz zwolniony ze służby i radosny Szymek zaczaił się w
krzakach, by kontemplować krzątającą się przy młynie Jarosławnę. Jednakże ze
zdziwieniem spostrzegł, że jego miłości jakby zaczęło ubywać. Mnóstwo jej ubyło
zwłaszcza wtedy, kiedy młynarczykowie go wypatrzyli i zaczęli pokpiwać, że
Jarosławna ma nowego zalotnika. Dziewczyna zaperzyła się, krzyknęła:
- Wynoś się stąd, świniopasie jeden! Przestań za mną łazić!
Przestań się ze mnie naśmiewać! Wynocha! - i uciekła z płaczem, ścigana szyderczym
śmiechem młynarczyków.
Zdesperowany jej nieczułością powlókł się z powrotem do
wiedźmiej chatki.
- Och, Jarosławna! - myślał z wyrzutem. - Jarosławna, moja słodka
Jarosławna!
- I czternaście morg - dopowiadał jakiś uparty głos w jego czaszce.
- Cztery krowy. Puchowa pierzyna...
- Ale to się zmieni - przekonywał się stanowczo. - Jeszcze dwa dni,
wywar z miłostki i wszystko się zmieni.
Tak się rozmarzył, że dopiero solidne bodnięcie ściągnęło go z
powrotem na ziemię. Cap Babuni zabeczał szyderczo i uciekł. Czemuś ten cap strasznie
Szymka nie cierpiał, i bódł go przy każdej okazji. Zeźlony chłopak ruszył za
złoczyńcą. Kozioł przemyślnie umknął do chaty, jednak popychany słusznym gniewem
Szymek nie zawahał się.
- Już jesteś? - zdziwiła się Babunia Jagódka, a gęba Szymka sama
otwarła się ze zdumienia.
Bowiem przy stole Babuni Jagódki siedziały trzy dorodne, młode
dziewuchy, a jedna z nich właśnie przemówiła głosem Babuni (tylko młodszym i mniej
piskliwym). Miały na sobie rozchełstane, głęboko wycięte kiecki, jak nie
przymierzając wioskowa ladacznica. Tylko gdzież było wioskowej ladacznicy o wdzięcznym
mianie Gronostaj do odmienionej Babuni!
- Ja tak... za capem... przepraszam - wyjąkał przejęty Szymek i
uciekł.
Z wnętrza chaty dobiegł go zgodny rechot trzech wiedźm. Pokładały
się ze śmiechu. Szymek przezornie nie wrócił na kolację i znów spał ze świniami.
Rano Babunia wyglądała całkiem zwyczajnie.
- Ty się mnie boisz, Szymek? - zagadnęła.
- No, nie... - skłamał niezdarnie. - Nie bardzo.
- Bo nie ma się co bać - pokiwała głową. - Rację mają dziewuchy,
strasznie się ostatnimi czasy rozleniwiłam. Zepsułam miotłę, przestałam się
odmieniać zaklęciem "młoda i piękna", nawet z nietopyrkami od dawna się nie
włóczę. Ech, prowincja, stagnacja. Nie to, co kiedyś... - zamyśliła się nad czymś
posępnie. - Ale póki tu jesteś, nie będę czarować. Żebyś się zanadto nie
spłoszył.
- E, mnie tam wszystko jedno - mruknęła Szymek. - Zmieniajcie się,
Babuniu, jako chcecie.
- Tak? - poweselała Babunia, zamachała szybko chudziutkimi ramionami,
odwinęła się żwawo i znów przed Szymek stała czarnowłosa dziewucha, którą wczoraj
widział w chacie. - Dzisiaj jarmark w Zielonkach. Wrócę wieczorem - wyrwała sztachetę
z płotu, podkasała wysoko kieckę, usiadła okrakiem i odleciała.
Szymek pobielił chatę, pozamiatał klepisko, wyczyścił piec,
pożarł resztki pieczystego z wczorajszej wiedźmiej uczty i kiedy już zupełnie nie
wiedział, co dalej robić, poszedł gapić się w studnię.
Jarosławna kazała mężowi wynosić się do młyna, a potem
zamknęła się w komorze i strasznie z kimś chichotała. Szymek-W-Studni zaczaił się
przy ścianie i doznał nieodpartego wrażenia, że rozpoznaje głos proboszcza. Jak
dźgnięty ostrogą dokonał dokładnych oględzin potomstwa (Jarosławna dalej
chichotała w komorze) i doszedł do wniosku, że jego najmłodszy syn wielce przypomina z
gęby czcigodnego duszpasterza.
Ze złości Szymek skopał cembrowinę. Jego serce zostało złamane.
Studnia zabulgotała z oburzeniem i nic więcej nie zobaczył.
Słyszał, że Babunia wołała go po powrocie, ale się nie odezwał.
Leżał skulony pomiędzy świniami i rozpaczał, rozpaczał tak straszliwie, że usnął
dopiero przed świtem. A rano oświadczył, że w niedzielę robił nie będzie.
- Szanuję twoje uczucia religijne - zgodziła się Babunia. - Możemy
wpaść do wioski, jak wszyscy pójdą na sumę.
Właściwie Szymek też miał ochotę pójść na sumę, ale uznał,
że nie należy prowokować Babuni. Nadrabiając miną usiadł za nią na sztachecie.
- Przytrzymaj się - poradziła Babunia.
Niepewnie objął ją w pasie. Dziewuchy zawsze się z Szymka
wyśmiewały. Nawet wioskowa ladacznica szydziła, że powinien siedzieć ze świńmi w
chlewie, a nie w karczmie. Jednak Babunia tylko zachichotała i zalotnie wierciła się na
sztachecie, póki nie znalazł sposobu, by się jej przytrzymać naprawdę wygodnie.
Babunia Jagódka nie protestowała.
Wylądowali na rynku, przed karczmą. Zza drzwi kaplicy po drugiej
stronie placu dobiegał chrapliwy głos organisty, a żółty wioskowy kundelek ujadając
wczepił się w kieckę Babuni.
- Sennie tu - Babunia kopnęła psinę w wystające żebra i
zamaszyście zebrała spódnicę. - Coś mi się widzi, Szymek, że trzeba ich trochę
rozruszać.
Najpierw wpadli do młyna i wyczarowali robaki w całej mące. Dalej
zwarzyli piwo w karczmie, ochwacili konia proboszcza, złamali oś w powozie władyki i
napuścili wszy do peruki Wisenki. Szymek nie pamiętał, kiedy ostatnio tak dobrze się
bawił. Potem wpadli na obiad do pobliskiego miasteczka i w domu o złej reputacji kazali
sobie podać sałatę, dzika w sosie myśliwskim, pasztet z truflami i pianki malinowe.
Babunia zapłaciła za wszystko bez zmrużenia oka srebrnymi groszami i kazała jeszcze
dodać trzy butelki czerwonego wina na drogę. O północy przemknęli nad osadą i
zamkiem, zataczając się na sztachecie i strzelając błyskawicami. Na koniec Babunia
wznieciła nad sadem feudała grad sztucznych ogni, a Szymek rżał donośnie i trzymał
się jej coraz mocniej.
Nad ranem obudził się w łóżku Babuni Jagódki. Miał mgliste
uczucie, że spędził dzień pański niezupełnie po bożemu, jednak nie wiedzieć,
czemu, uśmiechał się głupawo i z zadowoleniem.
Wstał, wciągnął portki, przekąsił owsianym plackiem i twarogiem,
który Babunia zostawiła przy łóżku, zapił piwkiem. Z podwórka dobiegł go
rozpaczliwy bek wiedźmiego capa.
- A, Szymek! - ucieszyła się na jego widok Babunia, wciąż w swej
młodzieńczej postaci. - Strasznie już mi się znudził ten stary śmierdziel.
Widziałeś gdzieś nóż do uboju?
- Leży w szopce. Zaraz naostrzę - zaofiarował się mściwie.
Kozioł najwyraźniej zrozumiał, co się święci, gdyż podjął
ostatni, rozpaczliwy wysiłek. Ale Babunia trzymała mocno.
- Przykro mi, Kierełko - powiedziała nieco melancholijnie. -
Strasznie zdziadziałeś, a ja przy tobie. Nawet jako kozioł jesteś do niczego, poza tym
potrzebuję skóry na nowy bębenek - i bardzo zgrabnie podciąwszy gardło zwierzaka
zabrała się za sprawianie tuszy. - Jak to się można do gadziny przywiązać -
pociągnęła nosem. - Tyle lat przeżyliśmy z Kierełkiem.
- Na każdego przychodzi koniec - refleksyjnie oznajmił Szymek.
- Aha - przytaknęła Babunia. - Twoja służba też się skończyła,
Szymek. Mam w chacie gotowy wywar z miłostki. Zadaj jej pięć kropli w napoju i
Młynarzówna twoja.
Chłopak podziękował uprzejmie, ale na myśl o powrocie do osady i
funkcji dworskiego świniopasa ogarnęła go czemuś straszliwa melancholia. Dla pociechy
pomyślał o Jarosławnie, jednakże nie pamiętał nic prócz tego, jak na niego
wrzeszczała w studni i zabawiała się z proboszczem. I było mu coraz bardziej ponuro.
- No to łyknijmy strzemiennego - rzekła Babunia, zapraszając go na
pożegnalną szklanicę.
Z jednej szklanicy zrobiły się dwie i trzy, potem cała butelka, i
jeszcze jedna. Nie wiedzieć, jak zaplątał się pod pierzynę Babuni. W ostatnim
przebłysku stanowczości wlał do jej szklanki wywar z miłostki - i to nie pięć
kropli, ale całą flaszeczkę.
- Oj, głupotoż ty moja! - czule zagruchała Babunia Jagódka i
pogładziła go po splątanych płowych kudłach.
Jak można się domyślać, Szymek nie poślubił Jarosławny
Młynarzówny. Przeprowadził się za to na dobre do chatki Babuni Jagódki (która
strasznie zżymała się, kiedy ją tak nazywał i kazała się wołać zwyczajnie Jagna)
oraz ku nieskrywanej wrogości władyki zrezygnował z posady dworskiego świniopasa.
Babunia skrupulatnie dbała, by nigdy nie brakowało mu świeżego
mięsa na obiad, ulubionej podpalanki i innych rozrywek. Na początku władyka nieco
bruździł, ale uspokoił się po stanowczej interwencji Babuni. Szymek domyślał się,
że żona Wisenka znacznie przyczyniła się do pokonania jego oporów: ostatecznie,
dziedzic Wilżyńskiej Doliny zaczynał ją coraz mocniej kopać i chyba wszystkim
zależało na szczęśliwym rozwiązaniu, prawda?.
Nie obyło się jednakże bez walki z oszczerczymi jęzorami. Szymek
nie rozumiał co prawda znaczenia słowa "przydupas", ale po pierwszej samotnej
wyprawie do karczmy był naprawdę przybity. Na szczęście Babunia obdarowała go wywarem
o sile pięciu chłopa i swobodnie zdołał złamać dwa żebra Strugale i odbić nerki
Myszy. Odtąd ludzie darzyli go stosownym szacunkiem i omijali z daleka.
Babunia Jagódka hojnie obdzielała go szczęściem we dnie i w nocy.
Niemal nie widywał jej inaczej, jak w hożej i pięknej postaci: jedynie nocami, gdy
była pogrążona w szczególnie mocnym śnie, na powrót stawała się obmierzłą,
zgrzybiałą starowiną. Czuł się wówczas nieco nieswojo, ale dźgał ją wtedy
łokciem pod żebro i Babunia natychmiast zmieniała się w kwitnącą młódkę.
Na początku martwił się odrobinę, że wiedźma zmusza go do
biegania w skórze kozła, lecz powoli przywykł. Zresztą, Babunia też zmieniała się w
kozę i czasami aż żal było wracać do ludzkiej postaci. Pasowali do siebie, jak dwie
krople wody. Babunia popijała nawet herbatkę "zrób to bez obaw", choć
zważywszy na jej wiek, Szymek uważał, że stanowczo zaczyna przesadzać. Jednak z
wiedźmami nic nie wiadomo i kto wie, o czym plotkowała z przyjaciółkami. Miały
zwyczaj zmieniać się w nietopyrki i dołączać do stadka u powały. Szymek zgadywał,
że robią tak wyłącznie z czystej, babskiej złośliwości - żeby stał na dole, nic
nie rozumiał i gapił się głupawo jak wirują pod sufitem.
Ale i tak był szczęśliwy. Wiedział, że nie mógł trafić lepiej.
Zamyślał, żeby wreszcie powiedzieć jej, jak ją kocha. A kochał
ją, że strach.