Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 4 [sierpień-wrzesień 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona

Grzegorz Wiśniewski

03.jpg (4038 bytes)Dobrzy, źli ludzie  cz. 2

5.

- Zatrzymajmy się tutaj - powiedział Galvin po półgodzinnym marszu, spoglądając w kierunku gęstej kępy krzaków o rozłożystych, wyglądających jak baldachim liściach.

Martine, idąca kilka kroków przed nim, przystanęła i obróciła się do niego twarzą. Mimo spływających na przemoczony mundur, ciężkich od deszczu pasm włosów i spływających co chwilę po policzkach kropli deszczu nie wyglądała wcale żałośnie. Bez słowa zmierzyła go spojrzeniem swoich ciemnych oczu. Galvin zauważył, że spod jej prawej dłoni zaciśniętej na opatrunku wypływa przemieszana z deszczem ciemnoczerwona smuga.

- Zatrzymajmy się tutaj - powtórzył, podchodząc i wskazując wypatrzone miejsce. - Trzeba poprawić ten opatrunek, bo inaczej wykrwawi się pani. Na śmierć.

- Ta troska jest całkowicie zbędna - odparła cierpko. - Oboje wiemy jak to się skończy.

- A jak się skończy?

Przez moment sądził, że dostrzega u niej ślad gorzkiego uśmiechu.

- Pan mnie zabije. A potem... - urwała.

- Co potem?

- Nasi zabiją pana.

Nic na to nie odpowiedział. Skręcił spod strug padającego deszczu ku osłoniętemu kącikowi i usiadł na wilgotnych liściach, układając karabin na kolanach. Martine stała tam nadal, sama, z dłonią zaciśniętą na lewym ramieniu. Uciekaj, dziewczyno. Na co jeszcze czekasz?, ponaglił ją w myśli Keith, odgarniając grzywę mokrych włosów. Uciekaj.

Ponaglona grzmotem i upiornym światłem błyskawicy podeszła do niego wolno, ostrożnie opadając obok na kolana.

- Niech pani to pokaże - skinął w kierunku jej ramienia. Posłusznie wysunęła rękę do przodu, a Galvin z wprawą odsłonił ranę.

- Wszystko będzie dobrze. To tylko skaleczenie i do tego czyste - oświadczył po krótkich oględzinach. - W najgorszym razie zostanie mała blizna.

- Skąd ta pewność? - zapytała, nadstawiając drugi rękaw, z którego Keith oderwał kawał materiału na nowy opatrunek.

- Jestem prawie chirurgiem z wykształcenia - odparł spokojnie. Wykręcił skrawek materiału i umieścił go na miejscu starego opatrunku. - Gotowe. Może pani już iść.

- Dokąd?

- Do domu, do swoich. Już na pewno trwają poszukiwania.

- Mogę tak po prostu odejść? - tym razem niedowierzania w jej głosie nie można było pomylić z niczym innym. - To po co wlókł mnie pan taki kawał w tym przeklętym deszczu?

Podniósł się na nogi.

- Jeżeli myślisz, że po to, aby cię zabić, Martine - powiedział spokojnie, nie patrząc na nią jednak - to się mylisz.

Odszedł kilka kroków, ignorując wyraz zaskoczenia na jej twarzy i uniósł głowę w kierunku słonecznego światła, zaczynającego przenikać kurtynę rzęsistego deszczu i ciemnych chmur. Po chwili opuścił ją przyglądając się kroplom wody zmywającym mu z dłoni krew Dillicha. Wreszcie stały się przejrzyste, ale Keith nie łudził się, że deszcz potrafi zmyć krew z jego rąk. Z czyichkolwiek zresztą.

- Niech pani idzie na wschód, trzymając słońce po prawej stronie - dodał znużonym tonem - Baza jest nie dalej jak milę, półtorej stąd. Zresztą pamięta pani drogę.

Wszechobecny szum deszczu nie pozwolił mu usłyszeć jak podniosła się na nogi, ale wiedział, że to zrobiła.

- Niech pani wraca, poruczniku - oświadczył obracając się do niej - Do domu.

Wahała się jeszcze, bała się mu zaufać. Usiłowała przeniknąć Galvina wzrokiem i uzyskać potwierdzenie jego słów. Wreszcie cofnęła się kilka kroków, po czym zniknęła w poruszanej wiatrem gęstwinie.

Galvin jeszcze przez chwilę wpatrywał się w miejsce, w którym zniknęła mu z oczu. Potem z wysiłkiem skierował się na północ i spróbował wrócić myślami do rzeczywistości, zatrzeć w umyśle ślady wszystkiego, co wydarzyło się tego dnia.

Krzyk smagnął jego uszy zupełnie bez ostrzeżenia. Odgłosy burzy przytłumiły go, ale Galvin i tak zidentyfikował kierunek, z którego nadbiegł. Podejmując podświadomie błyskawiczną decyzję rzucił się tam, w ślad za Martine. Poślizgnął się na mokrej trawie i wpadł nogą w wykrot, ale skręcił jakoś łapiąc równowagę. Nie zwalniając zanurzył się w gąszcz i w otwierający się zaraz za tym płytki wąwóz.

Wpadając na niewielką polankę nadział się na dwie karabinowe lufy i przystanął raptownie.

- Co jest? - zapytał ostro.

Właścicielami karabinów byli szturmowcy. Bez hełmów i totemów, ale nadal w pancerzach szturmowych, z dopiętymi do pasów zasobnikami. Napięte wyrazy ich twarzy nie wróżyły niczego dobrego.

- Dlaczego nie salutujecie starszemu stopniem? - warknął Keith wracając do równowagi. - Jesteście ślepi czy...? - przerwał, przypominając sobie nagle, że nie ma swoich dystynkcji.

- Mają taki rozkaz - wtrącił ktoś z boku. Był to wysoki, siwowłosy sierżant Żandarmerii przyglądający się Galvinowi z boku. Za jego plecami stało jeszcze kilku żołnierzy, pilnując pobladłej Martine. Wszyscy spoglądali na niego podejrzliwie.

- Niech pan rzuci broń, natychmiast - rozkazał sierżant, a Galvin pozwolił swojemu karabinowi opaść na ziemię. - I ręce na kark.

Jeden z żołnierzy pchnął Keitha na środek polanki, tuż obok Martine.

- Co się dzieje, do cholery? - odezwał się jak mógł najspokojniej. - Macie zamiar wziąć mnie do niewoli?

- Zamknij się - skwitował to sierżant. - Ty i ty - wskazał na dwóch swoich ludzi - przeczesać okolicę. A ty idź po kapitana.

Zwrócił się do Galvina.

- Odezwiesz się dopiero, gdy zapyta cię kapitan - wycedził unosząc palec. - Dopiero wtedy.

- Tak jest, sir - odpowiedział lodowatym tonem Keith.

Żandarm przez chwilę wyglądał, jakby chciał go uderzyć, ale skrzyżował spojrzenia z Galvinem i zrezygnował z tego pomysłu. Odwrócił się z kamienną twarzą i odszedł pokonferować z jednym z żołnierzy.

Galvin spojrzał na Martine. Jej bladość spowodowana była chyba raczej wyczerpaniem, bo sądząc ze zwykłego dla niej wyrazu dostojeństwa na twarzy w pełni panowała nad sobą. Naprawdę miała klasę.

Kapitanem okazał się młody, najwyżej trzydziestoletni biały mężczyzna noszący długi przeciwdeszczowy płaszcz, pod którym miał nieco przybrudzony, szary mundur polowy, oraz wymiętą czapkę wieńczącą bujną grzywę włosów. Na rękawie miał totem 4 Specjalnej Grupy Uderzeniowej, elity elit. Wchodząc na polankę najpierw przyjrzał się dokładnie dziewczynie. Dopiero potem skierował się ku Galvinowi.

- Sierżant Keith Galvin, 2 kompania 6 Legionu, melduje się na rozkaz - odezwał się Keith kiedy tamten tylko się zbliżył.

Kapitan zmierzył go trudnym do interpretacji spojrzeniem.

- 6 Legion, tak? - zapytał ignorując salut. - Od pułkownika Verkhana?

- Od pułkownika Anoeda, sir - sprostował Galvin. - Pułkownik Verkhana dowodzi legionową grupą wsparcia pancernego.

- Aha - mruknął kapitan wykonując drobny ruch ręką. W tej samej sekundzie Galvin zrozumiał, że zdał egzamin. Gdyby go nie zdał, to na ruch dłoni oficera ci z tyłu strzeliliby mu w plecy.

- Skąd pan tu się wziął, sierżancie?

- Dziś rano udało mi się uciec z niewoli, sir - streścił w kilku słowach wydarzenia ostatnich dni.

- Po co wzięliście ze sobą dziewczynę? - oficer spojrzał na Martine. - I dlaczego ją wypuściliście?

- Nie wypuściłem, sir - skłamał gładko Galvin. - Uciekła mi. Właśnie jej szukałem kiedy pańscy ludzie... no, kiedy ich spotkałem. Jest dla mnie bardzo cenna.

- A to z jakiego powodu? - zapytał sierżant.

Keith wyprostował się i zmierzył go wzrokiem.

- Jak rozumiem, zostanę przyjęty do grupy? - mruknął ze nieco udawaną swobodą. Kiedy oficer potwierdził lekkim skinięciem głowy, dodał - Sądzę, że można przy jej pomocy wydostać się stąd. Pochodzi z jednego z najbardziej znanych i najbogatszych rodów Galaktyki. Taka zakładniczka jest wiele warta, bardzo wiele - zawiesił głos. - Można to wykorzystać.

Spojrzał przez ramię kapitana na Martine. Tak jak wszyscy inni słuchała jego przemowy i wpatrywała się w niego z nienawiścią. Nienawiścią rosnącą z każdą sekundą, czuł to. Ale musiała to znieść, choćby dla własnego dobra.

- Pomysł wydaje się dość interesujący - przyznał oficer. - Ale zastanowimy się nad nim później. Czas ruszać. Weź swoją broń, żołnierzu i dołącz do kolumny.

- A co z nią? - zapytał siwowłosy sierżant.

- Wyznacz eskortę - odparł oficer czyniąc lekki ruch ręką i obracając się, aby ponownie obejrzeć Martine. - Ruszajmy już.

- Nie zgadzam się! - zaprotestował ostro sierżant. - Nasza grupa jest i tak dość liczna. Zabieranie ze sobą jeńców to samobójstwo. Ona zdradzi nas na pierwszym postoju. Jak upilnujemy ją w tej gęstwinie?

- Poradzimy sobie - uspokoił go oficer - Dalej. Nie traćmy czasu.

Galvin musnął Martine spojrzeniem, udając, że nie dostrzega pogardliwego wyrazu jej twarzy i skierował się zgodnie z wskazówką sierżanta na koniec kolumny. Dostał mu się spory plecak wypełniony suszoną żywnością. Zamienił kilka słów z żołnierzem pomagającym zarzucić mu ten majdan na plecy i dowiedział się paru szczegółów. Sierżant nazywał się Stacy, natomiast nazwisko kapitana brzmiało Clifton, Mark Clifton. Obiło się ono już kiedyś Galvinowi o uszy przy okazji debat nad ofensywą Daen'khaan. Mark Clifton był tym, który przerwał swoim oddziałem obronę planetarnego punktu dowodzenia republikanów wymuszając tym samym kapitulację całej Daen'khaan. Zręczny żołnierz i tym razem postąpił właściwie. Pokłócił się z dowódcą niedobitków wojsk Imperium majorem Berthainem, zwolennikiem niezwłocznego ataku na pozycje rebeliantów, i odłączył się od jego zgrupowania tuż przed natarciem z garstką wiernych ludzi. Co chciał przez to osiągnąć, Keith mógł się tylko domyślać.

Z przodu podano sygnał i kolumna ruszyła noga za nogą naprzód. Deszcz przestał już padać i wypogodziło się, ale nawet mimo widoku słońca Galvin szybko stracił orientację. Po paru godzinach marszu wiedział już tylko, że idą na zachód, w dość słabo zbadany obszar dżungli. Mimo najwyraźniej starannie wytyczonej marszruty nie zdołali pokonać więcej jak dziesięć mil. Dodatkowym utrudnieniem były patrole rebelianckie na gravskuterach pojawiające się często z nieprzyjemną szybkością. Wielokrotnie tylko ostrzegawcze sygnały od własnych zwiadowców pozwalały im zakopać się na czas w zielonym morzu paproci i innych roślin. Gdy nadszedł wieczór większość żołnierzy była wyczerpana psychicznie i fizycznie. A kiedy Stacy wydał wreszcie wyczekiwany rozkaz zatrzymania na noc, ponad połowa jego ludzi, w tym wszyscy tragarze, osunęła się z westchnieniem ulgi na ziemię.

Clifton rozkazał im ukryć się głęboko w krzakach i przeczekać do rana. Marsz w nocy był ryzykowny, łatwo można było się zgubić w nieznanym terenie, a poza tym ludzie byli poważnie wyczerpani, pomyślał Galvin pozbywając się z obolałych barków plecaka, wszyscy musieli odpocząć. Dwaj żołnierze rozdali racje bojowe i manierki zimnego soku, tak, aby każdy mógł zaspokoić głód i pragnienie. Potem Stacy rozstawił wartowników i nakazano absolutną ciszę.

Galvin zdołał podczas marszu przepchnąć się bliżej czoła kolumny i teraz siedział niecałe dziesięć metrów od miejsca, gdzie Clifton spał w śpiworze. Widział stąd Martine, wciąż pilnowaną przez dwóch szturmowców.

Mimo ciągłych zaczepek i wyzwisk nie odzywała się do nich. Wciąż zachowywała tę swoją dziwną wyższość, co jednak doprowadzało tamtych do furii. Chyba tylko rozkaz Cliftona powstrzymywał ich od rękoczynów. Teraz miała chwilę spokoju. W świetle księżyca przebijającego leśny baldachim Galvin widział profil jej głowy, uniesionej lekko ku górze, ku widocznym w prześwicie gwiazdom. Co ktoś taki jak ty robi na wojnie?, mruknął w myślach Keith układając się na ściółce. Ktoś taki jak ty ...

5.

Świergot ptaków i jasność pod powiekami jako pierwsze dotarły do Galvina w momencie przebudzenia. Świt, pomyślał usiłując przypomnieć sobie co go obudziło. Nim zdążył się przeciągnąć, ktoś szarpnął go za ramię, dając mu odpowiedź na to pytanie. Otwierając oczy podniósł się do pozycji siedzącej. To był sierżant Stacy.

- Kapitan chce z tobą rozmawiać, Galvin - powiedział chłodno nie zaszczycając go dłuższym spojrzeniem. - Masz się zameldować.

Keith wytrzepał włosy z liści i wstał, starając się zignorować resztki senności.

- Gdzie go znajdę, sierżancie?

Stacy odchodząc bez słowa skinął dłonią w kierunku czoła kolumny.

Clifton obozował pod wysokim drzewem o grubym pniu i niesamowicie długich gałęziach. Gdy Galvin go znalazł, oficer oglądał akurat jakieś mapy notując coś i od czasu do czasu zerkając na satelitarną busolę trzymaną w dłoni.

- Sir, sierżant Keith Galvin melduje swoje...

- Daj spokój z tymi formalnościami, Galvin. To nie koszary. Wiesz dlaczego cię wezwałem?

Keith wolał udać, że nie.

- Twój plan odnośnie tej dziewczyny - dodał Clifton nie przerywając analizowania map. - Jakie są szanse jego powodzenia według ciebie?

Galvin wziął głębszy oddech i przejechał dłonią po włosach. Nie lubił być zmuszany od rana do kłamstw, zwłaszcza do kłamstw.

- Pół na pół. Jeśli zdołamy przez satelitę skontaktować się z systemem Daarenis i seniorem rodu.

Clifton podniósł głowę, zaskoczony.

- No cóż, takiego optymizmu można tylko zazdrościć. Sam oceniłem to na góra piętnaście procent.

- A ma pan inny pomysł?

- Może.

Dopisał coś do kolumny cyfr w notesie i schował mapy do mapnika, podczepiając go do pasa. Wstał ze zwiniętego śpiwora i podszedł do Galvina, pokazując mu satelitarne zdjęcie.

- Dziś mamy do pokonania ostatni etap - powiedział, wskazując coś, co dla Keitha było jedynie jeszcze jednym zagajnikiem. - To jakieś pięć mil stąd. Szansa. Weźmiesz to zdjęcie i pójdziesz na szpicy kolumny. Jakieś dwie mile stąd przekroczymy koryto rzeki, masz je zbadać i zapewnić nam bezpieczny tranzyt. Byłeś w Zwiadzie, więc sobie poradzisz. Twój plecak poniesie ktoś inny.

- Skąd ten awans?

- Nie możemy znaleźć jednego z naszych. Oddalił się w nocy i zniknął. Dezerter albo spotkało go coś złego. Ten cholerny las nadal jest dla nas zagadką - omiótł otoczenie chłodnym wzrokiem. - Wybierz sobie dwóch ludzi i ruszaj. Dołączymy za dwie godziny.

- Tak jest - rzucił Galvin odchodząc.

Zatrzymał się obok żołnierzy wydających racje żywnościowe i napił się przygotowanej kawy, wracając jednocześnie wzrokiem do sylwetki Cliftona widocznej w prześwicie krzaków. Kapitan najwyraźniej podejrzewał, że Keith coś ukrywa. Coś na temat dziewczyny. Czyżby naprawdę rozważał wykorzystanie jej jako zakładnika?, zastanowił się Galvin. Zmyślił na poczekaniu tą połowiczną gwarancję sukcesu, tak naprawdę to nawet piętnaście procent wydawało mu się mało wiarygodne. Zbyt optymistyczne.

Odszukał wzrokiem Martine. Tam, gdzie zasypiała poprzedniego wieczora. Wartownicy już ją obudzili i zajęci byli wypowiadaniem codziennej dawki wyzwisk. W pewnym momencie jeden z nich ją kopnął. Galvin z trudem opanował się, aby nie wystartować do biegu zakończonego ciosem nogi w plecy tamtego. Podszedł do nich tłumiąc złość.

- Nie pamiętacie już rozkazów? - wycedził popijając z kubka kawy.

- Nie twoja sprawa - odpowiedział jeden.

- Miałeś już swoją szansę zabawić się z tą cizią - dodał drugi. - Teraz nie przeszkadzaj.

Galvin upił kolejny łyk.

- Dobra, idziecie ze mną, natychmiast - rzucił spokojnie. - Zawiadomcie sierżanta Stacy'ego, że zdajecie obowiązki i ruszamy.

- Spieprzaj - odezwał się ten pierwszy, a drugi wyszczerzył zęby do Keitha.

W tym momencie podszedł do nich Stacy.

- O co chodzi? - zapytał omiatając wzrokiem całą trójkę.

- Ten burek chce nam rozkazywać - powiedział z pretensją pierwszy. - Niech mu pan powie, gdzie może sobie wsadzić swoje rozkazy.

- Wybrałem ich - mruknął Galvin, wskazując na wartowników.

Stacy spojrzał na niego z niechęcią.

- Danckse, idź znajdź dwóch zastępców - odezwał się do nich. - Od tej chwili on wami dowodzi.

- O, kurwa - wycedził drugi, podczas gdy pierwszy rozdziawił usta. - Co to ma być?

- Akcja specjalna - skwitował Stacy kierując się ku Cliftonowi. - Dalej, ruszaj się. Nie macie wiele czasu. A ty, Galvin, pilnuj jej.

Danckse i jego towarzysz z marsowymi minami odeszli w kierunku grupy jedzących śniadanie żołnierzy, pozostawiając Keitha sam na sam z Martine. Nie zwróciła na niego w ogóle uwagi, jakby wcale go nie było. Kończyła właśnie swoją kanapkę jedząc małymi, wykwintnymi kęsami. Ktoś opatrzył jej ramię, w miejscu poprzedniego skrawka materiału wyrósł gruby bąbel białego opatrunku natryskowego. Galvin nawet nie próbował się do niej odzywać, wyczuwając nadal barierę pogardy, którą rozwinęła wokół siebie. Po prostu patrzył na nią przez kilka długich minut, ale nie zdołał naruszyć jej panowania nad sobą. Sprawiała wrażenie całkowicie oderwanej od rzeczywistości. Keith pokręcił delikatnie głową i odwrócił się przymykając oczy. Martine Daarenis, ona...

Godzinę później stał już na brzegu leśnej rzeki i z niepokojem rozglądał się wokół. To, co na mapach i zdjęciach kapitana wyglądało na niewinny strumyk, okazało się nie byle jaką przeszkodą. Koryto nie było wprawdzie głębokie i nurt niezbyt rwący, ale przeciwległy brzeg był podmytą lessową ścianą o prawie dziesięciu metrach wysokości i niemałym nachyleniu. W dodatku ciągnął się na sporym odcinku rzeki. Z miejsca w którym stali Galvin nie mógł dostrzec kresu tego stoku, z obu stron ginął on za zakrętami. Pokonanie tej przeszkody było trudne i musiało zabrać dużo czasu kolumnie obładowanych plecakami ludzi.

- Cholera - rzucił krótko. Danckse i ten drugi, Brandt, spojrzeli na niego z zastanowieniem. - Jeden z was wróci do grupy i zawiadomi kapitana o tym.

- Ja pójdę - oświadczył Brandt, a Danckse nie zaprotestował. Galvin przytaknął ruchem głowy, więc bez zwłoki szturmowiec zniknął w zaroślach.

- Co dalej? - zapytał Danckse podchodząc do skraju rzeki i omywając sobie twarz wodą.

- Widzisz tę kępę paproci? Tam na skarpie?

- Tę na samym skraju ?

- Wdrapiesz się tam i przygotujesz stanowisko. Jak coś pójdzie nie tak, przy przeprawie, będziesz wiedział co robić.

- Co może iść nie tak?

- Jeśli pojawią się rebelianci - wszystko.

Danckse mruknął coś do siebie, ale wszedł w wodę i przedostał się na drugi brzeg. Galvin w milczeniu obserwował jego wspinaczkę, co chwila akcentowaną przekleństwami, i układanie się w cieniu paproci. Potem podszedł do brzegu i usiadł odkładając karabin. Napełnił manierkę i poczekał, aż jej filtry usuną muł z wody. Potem upił łyk i z żalem wrócił pod osłonę zarośli na brzegu.

Clifton nadciągnął zgodnie z obietnicą po upływie następnej godziny. Ostrzeżony przez Brandta zostawił kolumnę o kilkanaście metrów od rzeki i podszedł w towarzystwie Stacy'ego i jeszcze jednego żołnierza.

- To rzeczywiście tak wygląda? - zapytał stając obok Galvina, który zerwał się na nogi.

- Obawiam się, że tak - oświadczył spokojnie Keith. - Przekraczać to w ciągu dnia to ryzyko. Tędy mogą latać patrole. Lepiej zaczekajmy do nocy.

Clifton chwilę rozglądał się po przeciwległym brzegu, po czym wyciągnął jedną z map i zdjęcia satelitarne.

- Ta skarpa ciągnie się na długości paru mil - oświadczył chwilę potem. - Akurat znajdujemy się gdzieś po środku, obejście tego zajmie nam cały dzień, a czasu na to nie mamy. Ile może zająć przeprawa tędy? - wskazał drugi brzeg.

- A ilu mamy ludzi?

- Około trzydziestu. Przeważnie obarczonych plecakami.

- W takim razie do godziny, może trochę więcej - odparł Galvin z namysłem. - Nie mamy lin, a ta ściana jest bardzo miękka. Wspiąć się po niej z obciążeniem jest raczej niemożliwe. Spróbujmy tam dalej, tam, gdzie widać tyle wymytych korzeni. Powinno być łatwiej, ale nie za łatwo.

- Sir, w tym wypadku zgodziłbym się z Galvinem - oświadczył Stacy. - To może być ryzykowne.

- Nie możemy czekać do nocy - pokręcił głową Clifton. - Być może już jesteśmy spóźnieni.

- Spóźnieni? - zapytał zdezorientowany Galvin. - Dokąd spóźnieni? To chyba właściwa chwila, aby powiedzieć nam, dokąd właściwie zmierzamy.

- Jakieś dwie mile za tą skarpą znajduje się obóz szkoleniowy 2 Specjalnej Grupy Uderzeniowej - oświadczył kapitan, zakreślając palcem kółko w jednym z regionów mapy. - Jest opuszczony, bo 2 Uderzeniową przerzucono pół roku temu na Mytus 7. Pełno tam sprzętu, broni i wszelkiego rodzaju dobra, bo Sztab planował przeszkolenie tam jeszcze kilku innych oddziałów. Prawdopodobnie jest tam ukryty wahadłowiec ewakuacyjny.

- Brzmi wspaniale - mruknął bez przekonania Galvin, - ale nie dajmy się ponieść entuzjazmowi. Co pan miał na myśli mówiąc, że może być już za późno?

- Mogła tam dotrzeć jakaś inna grupa - stwierdził kapitan, chowając mapy. - Informacje o tym ośrodku posiadał wprawdzie tylko Sztab, ale mogły być przecieki. Jak ten, dzięki któremu ja się dowiedziałem. Oczekiwanie może nas drogo kosztować.

- Jeśli jest tam tyle dobra, to po co niesiemy tyle żarcia ze sobą? - zapytał nagle Keith. - Bez tych plecaków przeprawa zabierze nam najwyżej kwadrans.

- Musimy je mieć. W obozie nie ma żadnych zapasów żywności. Uczono tam także sztuki przetrwania w obcym terenie, polowań, zastawiania sideł. Takich tam rzeczy. Zapotrzebowanie na żywność pokrywały niestety cotygodniowe transporty.

Galvin pokręcił głową.

- Głosuję za oczekiwaniem.

Stacy spojrzał na skarpę.

- Mniej niż godzinę, Galvin? - zapytał - Po tych korzeniach nawet szybciej?

- Stacy, nie jestem pewien ...

Sierżant nie słuchał już dalej.

- Jestem za przeprawą.

- Dobrze - rzucił z zadowoleniem Clifton. - Galvin, rozstaw się ze swoimi ludźmi. Zaczynamy za kwadrans.

Keith odprowadził oficera wzrokiem i zaklął w myślach. Pakowali się w kłopoty, czuł to. W cholerne kłopoty.

Rozkazał Brandtowi zajęcie pozycji na skarpie po drugiej stronie zakrętu, tak, aby mógł widzieć spory kawałek dolnego biegu rzeki. Sam stanął na płaskim brzegu pod osłoną krzaków, w wyczekującej postawie i z bronią gotową do strzału. Naprawdę mu się to nie podobało. Przekraczanie w dzień koryta rzeki, którego z dużym prawdopodobieństwem mogły używać powietrzne patrole, to było zbędne ryzyko. Zwłaszcza jeśli wierzyć temu, co Clifton powiedział o ukrytym obozie.

Czoło kolumny obładowanych plecakami postaci wynurzyło się z pomiędzy nadbrzeżnych zarośli i przeprawiło pod skarpę. Dwóch żołnierzy rozpoczęło wspinaczkę, ale po chwili obaj stoczyli się ze swoimi plecakami w nurt. Następny ochotnik spróbował bez plecaka, za to z kawałkiem włochatego pnącza. Udało mu się i po paru minutach kolejni żołnierze zaczęli się wspinać.

Galvin obserwował to wszystko z rosnącym niepokojem. To wszystko szło zbyt wolno.

Na brzegu pokazała się postać Martine, strzeżonej przez dwóch innych żołnierzy. Z pewnością zauważyła Galvina, stojącego zaledwie parę metrów dalej, ale nie dała niczego po sobie poznać. Z gracją weszła do sięgającej kolan wody i zatrzymała się na chwilę spłukując twarz. Potrząsnęła energicznie głową, po czym płynnym ruchem odgarnęła włosy z czoła. Wyglądała na zupełnie nie zmienioną, jakby rzeczywiście wydarzenia nie pozostawiały na niej żadnego śladu.

Za nią na brzegu pojawił się Clifton. Spojrzenia jego i Keitha spotkały się, a potem kapitan zerknął na dziewczynę. Galvin wolał się odwrócić, choć tak na dobrą sprawę nie wiedział dlaczego. Pokręcił głową i uniósł do ust odpiętą manierkę.

Nie zdążył zrobić nawet jednego łyku. Z lewej strony nadbiegł szum, który szybko podniósł się do ryku pracujących silników. Galvin wypuszczając manierkę i unosząc karabin dostrzegł jeszcze Brandta, dającego rozpaczliwe znaki ze swojego stanowiska, kiedy zza zasłaniających zakręt drzew wyskoczyły trzy gravskutery osłaniające dwa transportery.

- Kryć się! - krzyknął do zaskoczonych towarzyszy przykładając oko do celownika i łapiąc w niego sylwetkę pierwszego przeciwnika. Rebelianckie maszyny dostrzegły już jednak co się dzieje i rozluźniły szyk, zwolniły i zaczęły zawracać. Jeden z transporterów zawisł nad rzeką wyrzucając desant na skarpę, drugi obniżył się opuszczając żołnierzy na linach wprost na dno wąwozu. To naprawdę wyglądało źle.

Galvin stracił cel z oczu, a widząc tyralierę przeciwników padł na piach opierając karabin o leżącą grubą gałąź. Obejrzał się. Większość szturmowców gnała do lasu, pozostawiwszy na ścianie skarpy paru kolegów osłanianych przez jednego straceńca leżącego w wodzie, osłoniętego górą porzuconych plecaków. Clifton krzyczał coś do nich wymachując bronią, ale nikt nie wydawał się być zainteresowany słuchaniem go. Niespodziewanie najbliższy transporter skierował się za uciekającymi żołnierzami Imperium. Zawarczały granatniki i woda spieniła się tryskając burymi słupami w górę. Podmuch dosięgnął dwóch szturmowców przewracając ich z impetem. Ze stanowiska na grzbiecie transportera zaczęło kropić szybkostrzelne działko, po chwili przyłączył się do tej kanonady drugi transporter i atakujący tyralierą rebelianci. Dziesiątki ładunków zawyły w powietrzu, rozległ się trzask pękających od trafień pni i szelest ścinanych gałęzi przeplatany jękami rannych.

Galvin zaciskając zęby wrócił okiem do celownika. Pierwszy transporter nie zdążył przyspieszyć, Keith ściął operatora działka, tak, że tamten zapadł się do wnętrza pojazdu. Chwilę później poderwał się i dał szczupaka w bok, o włos unikając odłamków granatu. Wytrząsając piach z włosów uskoczył pod osłonę drzew i ogarnął rzekę spojrzeniem. Ci, których atak zastał wspinających się zostali zmasakrowani, podobnie jak szturmowiec ich osłaniający. Stanowisko Brandta tryskało jednostajnie jęzorami płonącego napalmu, odzywała się natomiast broń Danckse'a i tych, którzy zdołali wcześniej dostać się na skarpę. Rebelianci nacierali na nich wspierani ogniem obu transporterów i trzech uwijających się wokół gravskuterów. Przy takim oporze musieli zwyciężyć.

Galvin chciał odskoczyć w gąszcz, ale zahaczył wzrokiem nieruchome ciało, leżące na wpół w wodzie. Poznał je po szarym mundurze.

Martine, zabłysła myśl. Nie zastanawiając się długo przerzucił karabin przez plecy i wystartował w kierunku dziewczyny, dopadając jej w kilku skokach. Nie tracąc czasu na oględziny, świadom trwającej wokół walki przerzucił ją przez ramię i przeniósł pod osłonę zarośli. Żyje, stwierdził po chwili badając puls na szyi.

- Galvin, rusz się, kurwa! - krzyknął na niego Clifton pojawiając się nagle obok. - Kontratakujemy wzdłuż brzegu. Nie siedź tak! - zerknął na kogoś za plecami, na niskiego, ciemnowłosego podoficera, po czym dodał rozkazująco - Weź ze sobą kilku ludzi i obejdź ich od lewego brzegu. Stacy próbuje dostać się na skarpę. My postaramy się ich zepchnąć, ale do ciebie i Stacy'ego należy cała robota. Dalej!

Podrywając się na nogi Keith stracił z oczu twarz nieprzytomnej Martine. Przez duszę przemknęło mu uczucie pustki, niczym spopielająca wszystko fala płomieni. Poczucie rzeczywistości przywrócił mu dopiero Clifton, popychając ku grupie biegnących w kierunku brzegu szturmowców. Jeden z nich wymachiwał długą rurą granatnika.

- Idziecie ze mną - rzucił Keith nieznoszącym sprzeciwu głosem. - Tędy - wskazał kierunek, z którego dobiegało dudnienie silników transportera. Opodal detonowała seria pocisków wyrzucając w powietrze chmurę ziemi i strzępów. Galvin osłonił twarz dłonią i ruszył ponaglając gestem nowych podkomendnych. Rozwinęli się w krótką tyralierę i zanurzyli w obszar wysokich, gęstych krzewów kierując się łukiem ku rzece. Kolejna eksplozja podniosła opodal wielkie płaty nadpalonej ściółki, bok jakiejś wysokiej sosny zapalił się gwałtownie.

Kiedy przeskakiwali od jednej kępy do następnej, z przeciwka wynurzył się luźny szpaler zmierzających do przeciwnatarcia rebeliantów. Obie grupy, zaskoczone tym spotkaniem, po sekundowym wahaniu zwarły się w walce wręcz. Galvin niemal zderzył się z wysokim, rudym oficerem w mundurze piechoty planetarnej. Wypuścił karabin z dłoni łapiąc tamtego jedną dłonią za gardło, a drugą blokując zadane z dołu pchnięcie nożem. Przez chwilę obaj patrzeli sobie w oczy napierając na siebie, tak, że Galvin mógł dostrzec w oczach tamtego odbicie swoich własnych. Trwało to jednak tylko moment, bowiem nagle Keith szarpnął całym ciałem wytrącając przeciwnika z równowagi, po czym pociągnął go za szyję wbijając kciuk między kostki dłoni trzymającej nóż. Tamten padł ze zgrabnym obrotem na ziemię i zdążył tylko westchnąć nim w błyskawicznym, dwukrotnym ciosie ostrze pogrążyło się w jego krtani. Galvin odskoczył natychmiast wstecz, chwytając porzucony karabin. Rebelianta wznoszącego obok do ciosu kolbę swojego miotacza snop energii musnął w głowę i odrzucił gdzieś w gąszcz. Następny przeciwnik zdążył krzyknąć nim dwa trafienia ugrzęzły w jego barku i boku. Galvin nie celując przeleciał ciągłym strzałem po zaroślach przed sobą, ścinając mnóstwo gałęzi i wyrzucając w powietrze kurtynę popalonych liści. Rebelianci cofnęli się, a potem rzucili do ucieczki. Szybko przeładował podbiegając do najbliższego ze swoich ludzi, szturmowca klęczącego na ciele pokonanego rebelianta. Gestem nakazał mu uważać i rozejrzał się po pozostałych. Dwóch z nich najwyraźniej przegrało, nie podnieśli się już. Pozostali czterej ocaleli. Galvin zignorował ich przerażone spojrzenia kierowane na martwych kolegów, prędkość zmian sytuacji przyprawiła ich o szok. Czytelnym gestem nakazał im marsz naprzód, w stronę rzeki i odgłosów zajadłej walki.

Pięćdziesiąt metrów dalej rebelianci znów zaatakowali. Wśród tyraliery zakwitły nagle wybuchy granatów, miotanych zza zasłony drzew. Żołnierz niosący granatnik w mgnieniu oka oklapł, kiedy owionęła go chmura odłamków. Opadł na ziemię jak marionetka, której podcięto sznurki. Idący po prawej jego kolega zawył kuląc się i chwytając za poszarpane kolana. Zręczne natarcie rebeliantów załamało się jednak w ogniu karabinów pozostałych szturmowców. Galvin mimo ciągłego ostrzału doczołgał się do granatnika, nadal tkwiącego w rękach zabitego i użył go, rozpętując ogniste piekło na kierunku, w którym rebelianci ponownie się wycofali.

- Dalej! - krzyknął do podległych sobie niedobitków i zerwał się na nogi unosząc granatnik. Wpadł z impetem w zarośla z karabinem dyndającym na plecach i z bojową furią w oczach. Nie widział, czy inni poszli za nim, mało go to obchodziło. Szarżował po raz pierwszy w życiu, z pustką w sercu i w oczach. Blady, z dłońmi czerwonymi od krwi, w brudnym mundurze wyglądał jak jakiś duch i tak też się czuł. Z boku wypadł na niego rebeliant unosząc broń, Galvin nie zatrzymując się uderzył go w skroń grubą lufą granatnika odrzucając z powrotem w zarośla. Wypadł na brzeg rzeki, tuż za linią rebelianckiej tyraliery i rozejrzał się wokół. Na plażę, parę metrów dalej, wyskoczyło dwóch przeciwników. Dostrzegli go kiedy wycelował do nich z granatnika. Eksplozja zmiotła ich w ułamku sekundy. Następnie Galvin skierował swoją uwagę na transporter, unoszący się kilkadziesiąt metrów dalej, nad lustrem wody. Operator działka na kadłubie też go zauważył i z grymasem przerażenia na twarzy szarpnął lufę swej broni w jego kierunku. W tej samej sekundzie jednak granat z broni Keitha przebił cienką burtę pojazdu, jakby była zrobiona z papieru i detonował wewnątrz rozrywając maszynę na strzępy w chmurze jaskrawożółtych płomieni.

Spadając w wodę kawałki maszyny syczały, stygnąc w gejzerach bąbli i pary, wiele runęło na głowy rebelianckich żołnierzy nadal nacierających wzdłuż koryta rzeki. Podmuch gorącego powietrza przewrócił Galvina z taką siłą, że zaparło mu dech. Świadom bliskości wroga wyprostował się na siedząco, kierując lufę granatnika w prawo, na zaczynających się orientować w sytuacji żołnierzy tyraliery. Fala chłodu spłynęła mu wzdłuż kręgosłupa, gdy dotarł do niego suchy szczęk spustu oznajmiający koniec amunicji. Po twarzy przemknął mu cień zawracającego drugiego transportera, którego strzelec już szukał go lufą działka. Na skraju skarpy po drugiej stronie rzeczki zaroiła się grupa rebeliantów wypatrując go na tle lasu. Odbezpieczali karabiny i regulowali celowniki. Galvin odrzucił pusty granatnik i na czworakach rzucił się pod osłonę drzew. Ściągnął z pleców karabin. Koło uszu bzyknęły mu pierwsze ładunki wystrzelone tym razem jeszcze na ślepo. Keith rozejrzał się w poszukiwaniu swoich ludzi, ale nigdzie nie było ich widać. Był odcięty.

Niespodziewanie jego uwagę zwrócił huk eksplozji, który dobiegł znad rzeki. Jeden z atakujących szturmowców musiał odpalić kierowaną rakietę do transportera i fragmentujący ładunek oderwał część sterów aerodynamicznych i antygrawitatorów, na których maszyna się unosiła. Kadłub został rozszarpany jakby zrobiono go z cienkiej blachy, a z przedziału napędowego buchnął welon ciemnego dymu. Pojazd kręcąc się opadł z chrzęstem na pochyłe zbocze skarpy i zamarł tam, rzężąc coraz ciszej silnikami. Z wnętrza wyskoczyło dwóch członków załogi i rzuciło się do ucieczki w las, porastający brzeg. W tym samym momencie kanonada nasiliła się, a po chwili dołączył do niej ryk nacierających szturmowców. Ze swojego stanowiska Galvin dostrzegł rebeliantów strzelających ze skarpy. Wymierzył do najbardziej wysuniętego strącając go trafieniem w dół, a pozostałych zmuszając do wtulenia w ziemię i przerwania ostrzału. Chwilę później rebelianci zaczęli uciekać. Najpierw jeden, potem dwóch, a kilka sekund później reszta. Runęli ławą w kierunku, z którego przylecieli, biegnąc po kolana w wodzie, rozbryzgując ją w wysokich fontannach. Nikt z nich nie pozostał, by osłaniać tą ucieczkę i w mgnieniu oka strzelcy wyborowi szturmowców zaczęli ich masakrować. Galvin także wynurzył się z ukrycia, rażąc długimi seriami doskonale widocznego przeciwnika, a wkrótce dołączyli do niego jeszcze dwaj jego ludzie zamieniając odwrót w prawdziwą rzeźnię. Ledwie jeden czy dwaj rebelianci zdołali dotrzeć do linii drzew, za sobą pozostawili kilkanaście ciał swoich kolegów, na brzegu albo w wodzie.

Koniec. Galvin zatrzymał się po kostki w wodzie i głęboko oddychając stygł z bitewnego zapału. Ponownie czuł zapach lasu, słyszał jego odgłosy, jęki rannych i umierających, trzaski płomieni. Spojrzał na swoje dłonie i przyklęknął myjąc je zdecydowanymi ruchami. Zmoczył też kark i twarz, wystawiając ją później ku promieniom słońca. Zbliżyli się do niego żołnierze przeczesujący pole bitwy, ale odesłał ich gestem pokazując, że wszystko w porządku. Ruszył brzegiem w kierunku, gdzie ostatnio widział Cliftona. Mimo zmęczenia zmusił się do szybszego kroku, przewiesił karabin przez ramię, a dłonią oczyścił włosy z igliwia.

Nagle potknął się o coś.

Rebeliant był młody, najwyżej dwudziestoletni, ledwie przeszkolony żółtodziób. Trafienie musnęło jego klatkę piersiową paląc i rozrywając tkankę. Konał w straszliwych męczarniach, to było od razu widać. Nie miał żadnej szansy. Odczuwał taki ból, że śmierci oczekiwał niczym wybawienia. Galvin nadział się na spojrzenie nic nie widzących oczu tamtego i przystanął. Powodowany nagłym impulsem pochylił się nad śmiertelnie rannym i zaczął intensywnie grzebać w zasobniku na jego pasie. Kiedy za plecami pojawił mu się Clifton, Keith akurat robił młodemu zastrzyk z dużej ilości CB, czynnika przeciwbólowego. Wystarczająco dużej, aby zlikwidować problemy tamtego na zawsze.

- Co jest, Galvin?! - wrzasnął niespodziewanie kapitan, ale Keith nawet nie drgnął. Spokojnie wstał i obrócił się twarzą do oficera. - Tracisz tu czas z tym szczurem, a tymczasem mnóstwo naszych też jest rannych. Wynoś się stąd, zbiórka tam, na brzegu. Ruszaj się!

Clifton ruszył dalej, wydając rozkazy do nie odstępującego go na krok ciemnowłosego podoficera i szybkimi ruchami rąk wskazując coś na północy. Galvin odprowadził go wzrokiem, po czym dokończył aplikowania CB rannemu. W nieruchomych oczach tamtego nie pojawił się nawet ślad wdzięczności, ale Keith i tak na to nie liczył.

Odnalazł i napełnił wodą upuszczoną wcześniej manierkę, a potem ruszył, by dołączyć do pozostałych. Na wskazanym przez kapitana miejscu zgrupowało się już kilku szturmowców, Galvin dostrzegł na skarpie jeszcze trzech, w tym Stacy'ego. Cliftonowi towarzyszyło pięciu. Co stało się z resztą?

- Gdzie pozostali? - rzucił w kierunku siedzącego na piasku żołnierza, któremu kolega bandażował przedramię.

- Ci z końca kolumny zwiali, razem z tym, co nieśli - odparł spoglądając na niego z rezygnacją. - Poza tym mamy ośmiu zabitych i dwóch ciężko rannych. Lada chwila ci rebelianci, co nam się wymknęli, wezwą pomoc i dadzą nam takiego łupnia...

- Starczy, bo Clifton usłyszy - przerwał mu Galvin - Gdzie dziewczyna?

Szturmowiec spojrzał na niego z namysłem.

- Tam, w krzakach z eskortą.

Martine siedziała z ponurą miną na ziemi, a obok leżało dwóch rannych żołnierzy. Rannych śmiertelnie, jak zauważył Galvin podchodząc bliżej. Jeden z wartowników rozmawiał z nimi cicho. Nie zwrócił w ogóle uwagi na Keitha.

Galvin pochylił się nad dziewczyną i uniósł jej głowę za podbródek oglądając długie skaleczenie na jej skroni. Szarpnęła głową.

- Spokojnie - mruknął z wyrzutem. - Chciałem tylko ...

- To niepotrzebne - powiedziała zdecydowanym tonem. - Niepotrzebne tak jak to wszystko. Niech mnie pan zostawi.

Trwał tak jeszcze przez chwilę z palcami dotykającymi skóry jej twarzy, ale wreszcie cofnął się i wyprostował topiąc wzrok gdzieś wśród drzew.

- Niepotrzebnie my zabijamy was?

- Niepotrzebne jest w ogóle to zabijanie.

- Więc mamy usiąść przy stole i rozegrać partię sabacca o bardzo wysoką stawkę? To nie działa w ten sposób. Nic nie działa w ten sposób w życiu.

- To jest akademicka dyskusja, sierżancie. Po co chce mnie pan w nią wciągnąć?

- Niczego pani nie rozumie.

- A co takiego mam rozumieć?

Z tyłu nastąpiła silna eksplozja. Galvin obejrzał się w tamtym kierunku oczekując najgorszego - natarcia kolejnej grupy rebeliantów. Po kilkunastu sekundach pojawiła się biegnąca grupa z Cliftonem i pozostałymi szturmowcami. Na twarzach odbijała im się niepewność.

- Zbierajcie się, spieprzamy! - zawołał Clifton wykonując ponaglający ruch ręką. Rozluźnieni dotąd szturmowcy zerwali się na nogi.

- Co się stało? - zapytał Galvin obserwując teren za ich plecami.

- Gaz bojowy. Na pokładzie tego transportera był gaz bojowy - odparł Clifton zatrzymując się na chwilę. - Wybuchła amunicja chemiczna. Teraz chmura tego świństwa rozciąga się wzdłuż koryta rzeki. Lada chwila wiatr popchnie ją w naszym kierunku.

Galvin wrócił do rannych.

- Jeden z was będzie pilnował dziewczyny, a jeden weźmie ze sobą tego rannego - rozkazał, jednocześnie nachylając się nad drugim z poszkodowanych.

- Nie - rzucił Clifton. - Oni są i tak już martwi. Dajcie im CB i dołączcie do nas - skinął dłonią ku Martine i dwaj szturmowcy poprowadzili ją w ślad za oddalającą się grupą.

Galvin wbił w niego twardy wzrok, ale po chwili opuścił oczy i przymknął je. W co ty naprawdę wierzysz? W co, tak naprawdę ...

7.

Obóz znaleźli zgodnie z mapami Cliftona dwie mile dalej. Był doskonale zamaskowany, a oni tak wyczerpani długim biegiem, że nieomal przeoczyli pierwszy mieszkalny kontener zaczajony pod pniem rozłożystego drzewa. Clifton, nie bawiąc się w rozpoznawanie terenu, pchnął nogą blokadę włazu i gestem nakazał swoim żołnierzom pakować się do środka. Cała okolica roiła się od rebelianckich patroli, zaalarmowanych przez niedobitki ocalałych ze starcia nad rzeką, i kilkakrotnie już szturmowcy byli o krok od wykrycia. Dobrze zamaskowany kontener dawał możliwość wytchnienia i rozważenia sytuacji.

Wnętrze przypominało raczej obszerną, wysoką jaskinię niż sztucznie stworzone pomieszczenie. Ściany zajmowało mnóstwo półek i szafek, w większości pustych , oświetlonych przez wbudowane w strop świetliki, przepuszczające światło dzienne. Podłoga była wyłożona miękką wykładziną, więc większość żołnierzy zaraz po wejściu opadła na nią ciężko dysząc. Clifton wyszedł na środek pomieszczenia i omiótł ich wzrokiem, zapewne liczył ich, bo wcześniej nie bardzo miał na to czas.

Trzynastu, podpowiedział mu w myśli Galvin rozsiadając się wygodniej i usiłując jednocześnie zidentyfikować uczucia, które przemknęły przez twarz kapitana. Uratowali się niemal wyłącznie ci, którzy wzięli udział w walce - i to tylko dlatego, że nie mogli zdezerterować pod okiem Stacy'ego i Cliftona. Ponad połowa kolumny, pozostawiona w lesie bez choćby podoficera, słysząc kanonadę straciła nad sobą panowanie i rozpierzchła się we wszystkie strony. Teraz rebelianci bez trudu wyłapywali błądzących bez map i celu przeciwników. Galvin mógłby się założyć, że ich los nie martwił Cliftona nawet w połowie tak, jak los niesionych przez nich zasobników z żywnością. To była prawdziwa klęska.

- Nie będę ukrywał - zaczął Clifton neutralnym tonem - dramatyzmu naszej sytuacji. Udało nam się uratować tylko część zapasów, a przeciwnik w tej chwili intensywnie przeszukuje okolicę. Straciliśmy wielu kolegów - umilkł na chwilę, jakby rzeczywiście mówił o swoich kolegach - zdołaliśmy jednak dotrzeć do obozu, który może zapewnić nam doskonałe ukrycie, a być może także sposób ratunku. Wiem, że jesteście zmęczeni, ale należy rozejrzeć się tutaj, zanim odpoczniemy.

Wśród żołnierzy odezwał się pomruk niezadowolenia.

- Zbadajcie teren dwójkami - dodał Clifton nie znoszącym sprzeciwu tonem - i wróćcie tu jak najszybciej z raportem. Uważajcie na patrole.

Obóz zajmował obszar mniejszy niż pół mili kwadratowej, jego spenetrowanie zajęło jednak szturmowcom prawie dwie godziny. Poszczególne sekcje obozu, kontenery, piwnice i namioty były zamaskowane z drobiazgową dokładnością. W niektórych miejscach pnie prawdziwych drzew wyglądały mniej naturalnie niż zakamuflowane fragmenty sztucznych schronów. Po zbadaniu większości z nich szturmowcy zebrali się zgodnie z poleceniem Cliftona w największym odkrytym kontenerze i przekazali to, czego dowiedzieli się o zawartości obozu. Okazało się, że w jego skład wchodzi co najmniej osiem mieszkalnych kontenerów i tuzin namiotów. W jednym z kontenerów znajdowało się zejście na niższy poziom, ale z powodu braku światła nie wiadomo było, co się tam znajduje. Odkryli też płytkie ziemianki wydrążone w korzeniach czterech drzew, które zawierały zabezpieczony sprzęt elektroniczny - głównie sensory, lokalizatory i komunikatory krótkiego zasięgu, jeśli wierzyć napisom na pojemnikach. Clifton wysłał trzech ludzi po próbki tego sprzętu, wyznaczył dwóch wartowników i pozwolił zjeść reszcie posiłek.

Galvin właśnie kończył swoją rację popijając wodą z manierki, kiedy Clifton podszedł do niego.

- Pan pozwoli ze mną, Galvin - powiedział, skręcając ku wyjściu. Keith podnosząc się zauważył w jego dłoni potężną latarkę. Opuścili pomieszczenie w czwórkę: kapitan, Keith, jeden z żołnierzy i ten sam ciemnowłosy podoficer, niejaki Fuertian. Ostrożnie, uważając na rebelianckie patrole przeszli kilkadziesiąt metrów, do zlokalizowanego na skraju niedużej polanki kontenera.

- To ten - powiedział Clifton, porównując otoczenie z trzymaną w dłoni mapą. - Wchodzimy.

Wnętrze niczym nie różniło się od wnętrz większości budynków obozu, puste półki i szafki, świetliki w suficie, pomalowane pastelowymi kolorami ściany. Cliftona i Fuertiana zainteresowała jednak duża pokrywa włazu znajdująca się w rogu. Podnieśli ją, by odkryć niknące poniżej w mroku stopnie drabinki.

- To powinno prowadzić do hangaru - zdecydował Clifton i wyciągnął rękę z latarką do towarzyszącego im żołnierza. - Zejdź na dół. Oświetlisz nam drogę.

- O jakim hangarze pan mówi? - zapytał Galvin, podczas kiedy szturmowiec znikał we włazie. - Naprawdę ma pan nadzieję znaleźć statek ewakuacyjny?

- Takie obozy zwykle posiadały na wszelki wypadek własne statki transportowe - odparł Clifton mentorskim tonem. - Ta placówka miała być nadal wykorzystywana, dlatego też nie zlikwidowano jej, a jedynie czasowo porzucono. Statek powinien ...

Szum silników przelatujących gravskuterów przerwał mu w pół słowa. Wszyscy zamarli z twarzami odbijającymi niepewność, a w powietrzu zawisło niewypowiedziane pytanie: Zostaniemy odkryci czy nie? Sekundy wlokły się niemiłosiernie, wydawało się, że na jedną przypada kilkanaście uderzeń serca. Wreszcie jednak szum oddalił się, a napięcie opadło. Odetchnęli z ulgą.

- Blisko - mruknął Clifton ocierając pot z czoła. - Gdyby nie kamuflaż, byłoby po nas.

- Sir, jestem na dole - zameldował z dołu szturmowiec. - Tu jest dość głęboko, pięć do siedmiu metrów.

- Schodzimy - oznajmił mu kapitan. - Tylko nie świeć po oczach.

Studnia opadała aż do wąskiego pomieszczenia o ścianach podtrzymywanych sprężonym betonem, przechodzącego dalej w surowy, ciemny korytarz. Szturmowiec wyprzedził ich o parę metrów, światło jego latarki błąkało się gdzieś w przodzie. Fuertian wyciągnął drugą i ruszył za nim. Po parunastu metrach i pokonaniu krótkich schodów w dół znaleźli się na wąskiej galerii.

- To musi być spore pomieszczenie - zauważył Galvin, wsłuchując się w echo nadbiegające z ciemności wokół nich - sądząc po opóźnieniu echa.

Clifton nie odpowiedział, poszukując w świetle odebranej szturmowcowi latarki czegoś na ścianie.

- Tu gdzieś powinien być włącznik zasilania - mruknął raczej do siebie. - O, jest.

Wysoko nad głowami rozbłysły fontanny światła z zamontowanych poczwórnie lamp argonowych, wyłuskując z ciemności wielki obiekt znajdujący się przed i częściowo poniżej ich galerii. Galvin rozpoznał go natychmiast, podobnie jak pozostali. Był to wahadłowiec ogólnego przeznaczenia typu Lambda. Takich maszyn używano często do transportu drobnych przesyłek lub małych grup żołnierzy. Przeciętny wahadłowiec tego typu mógł zabrać do pięćdziesięciu ludzi lub dziesięć ton ładunku.

- Czy jest zdatny do lotu ? - zapytał Galvin.

- Wkrótce się dowiemy - odparł Fuertian, ogarniając spojrzeniem statek i resztę sali. - Zewnętrznie nie wygląda na uszkodzony. Gdyby były jakieś kłopoty, to tam jest sekcja narzędziowa - wskazał odległy kąt. - Damy radę uruchomić go w ciągu jednego dnia. Chyba, że jest poważnie uszkodzony, ale nie sądzę, aby tak było. - Spojrzał na Cliftona. - Potrzebuję pomocy przy przeglądzie. Jeden z tych co przeżyli, Vanth, zna się trochę na elektronice. Niech się tu zgłosi jak najszybciej.

- A kto to będzie pilotował ? - mruknął Galvin.

- Ja, oczywiście - odparł Fuertian, schodząc z galerii na dno sali.

- Wracamy, Galvin - powiedział Clifton, wykonując gest w stronę korytarza, którym się tutaj dostali. - Trzeba zawiadomić resztę.

Kiedy dotarli z powrotem do reszty szturmowców większość z nich spała, a w jednym z kątów piętrzyły się przyniesione pojemniki ze sprzętem. Clifton obudził ich wszystkich gromkim okrzykiem i obwieścił swoją dobrą nowinę, powitaną natychmiastowym polepszeniem nastroju. Nikt nie odważył się krzyknąć ani zaklaskać wobec surowego napomnienia Stacy'ego, ale nastrój klęski prysł i zapał na nowo rozgorzał w miejscu zajmowanym dotąd przez apatię. Korzystając z tego Clifton z Vanthem i jeszcze jednym znającym się na sprzęcie szturmowcem, niejakim Paadtem, zaczął przeglądać zawartość przyniesionych pojemników. Do wieczora panował spokój.

Następnego dnia rano, wobec niezmienionej intensywności patrolowania okolic obozu przez rebeliantów, Clifton rozkazał rozmieścić sensory wokół obozu, tak, aby ostrzegały o zbliżających się przeciwnikach. Paadt tymczasem zmontował z konsoli komputera i paru znalezionych modułów rodzaj polowego analizatora, wyświetlającego dane odebrane z przekaźników sensorów. Po kilku godzinach ryzykownego penetrowania okolicy czujniki zostały rozmieszczone, pozostało tylko wprowadzić je do systemu. Galvin obserwował Paadta pracującego nad konsolą, ale jego umysł pochłonęło coś innego. Odnalezienie wahadłowca w zasadzie było pomyślną okolicznością, było jednak jedno ale. Martine. Stawała się w ten sposób zbędna. Clifton nie wyglądał na kogoś, kto tolerowałby rzeczy zbędne. Byłby raczej skłonny je usunąć. Dziś podpisaliśmy na ciebie wyrok śmierci, pomyślał Keith, przenosząc wzrok na Martine. Nawet nie jesteś tego świadoma.

Nagły pisk dobiegający z konsoli oderwał go od tych myśli i przyciągnął jego uwagę. Akurat, gdy Paadt ze zdumieniem wpatrzył się w klawiaturę. Zmarszczył na moment brwi wystukując kilka rozkazów, po czym znów zdumiał go pisk sygnalizujący najwyraźniej jakiś błąd.

- Aaa... Sir - zwrócił się do Cliftona .- Mam pewne kłopoty.

Kapitan podszedł do niego, zaraz dołączył też Stacy.

- O co chodzi?

- System jest dobrze zamontowany, nie ma wątpliwości - wyjaśnił nerwowo Paadt - ale są jakieś wewnętrzne zakłócenia. Jakiś sygnał wewnątrz kręgu sensorów, gdzieś blisko. Modulowany, impulsowy. Mała częstotliwość.

- Czy któryś z was ma aktywny komunikator? - zapytał Stacy szturmowców. Pokręcili głowami. Pozbyli się ich przed atakiem, aby nie dać się namierzyć detektorom rebeliantów.

- Może to Fuertian bawi się łącznością?

- To nie jest przekaz. Raczej powtarzający się w dwusekundowych odstępach sygnał. Zupełnie jak boja nawigacyjna albo radiolatarnia.

Nim dokończył tego zdania wzrok Cliftona spoczął na Martine, a jego twarz wykrzywił leki grymas. Galvin w ułamku sekundy połączył fakty. To musiała być ona. O, kurwa, przemknęło mu przez głowę, O, kurwa. Zerwał się z miejsca, ale Clifton był szybszy. Dopadł dziewczyny w trzech skokach i poderwał do góry szarpnięciem za ramię.

- O co chodzi? - wykrztusiła zaskoczona nagłą napaścią.

Clifton nic nie mówiąc obrócił ją następnym szarpnięciem twarzą do ściany, oparł o nią i zaczął fachowo przeszukiwać, błądząc dłońmi po jej ciele.

- Za kogo się pan uważa? - wrzasnęła kiedy dotarł do jej piersi. Część szturmowców podniosła głowy. Ktoś zaczął gwizdać z aplauzem, ale ten gwizd szybko zamarł mu w gardle, gdy Clifton odwrócił się do nich twarzą rzucając na podłogę niewielki, błyskający kontrolkami walec.

- To jest źródło tych zakłóceń, Paadt - oznajmił dobitnie. W pomieszczeniu zapadła cisza. Galvin zatrzymał się przed Cliftonem czując nieomal jak za plecami wzbiera mu fala nienawiści. Wzrok kapitana spoczął na nim.

- To twoja wina, Galvin. Dlaczego jej nie obszukałeś? - rzucił z tłumioną wściekłością w głosie.

- Nie przyszło mi do głowy, że może mieć lokalizator - odparł Keith najspokojniej jak umiał. Coś złego wisiało w powietrzu.

Paadt podniósł przyrząd.

- Trzeba to jak najszybciej zniszczyć - powiedział sięgając po broń.

- Gdyby odbierali jego sygnał, dawno byłoby po nas - mruknął ostro Clifton - Ma pewnie mały zasięg i jest łatwy do zakłócenia. Gdyby korzystała z naszego sprzętu... - zawiesił głos.

Martine za jego plecami odwróciła się wreszcie i bez strachu zmierzyła ich wzrokiem.

- Biedne osaczone szczury.

Clifton obejrzał się.

- Doprawdy, zastanawiam się czy bardziej podziwiać pani odwagę, czy głupotę - rzucił cierpko. - Być może to pierwsze bierze się z drugiego.

Pokręciła głową.

- Pan jest równie żałosny - odcięła się. - Kapitanie, - dodała wyzywająco - chce pan, aby ci ludzie uwierzyli, że jest pan w stanie przedrzeć się przez blokującą Endor flotę.

- Jeśli próbuje ich pani rozdrażnić, to idzie pani świetnie.

- Bestie zawsze łatwo rozdrażnić.

- Ale trudno uspokoić.

Spojrzała na szturmowców z grymasem na twarzy.

- Chyba po raz pierwszy ktoś dał wam powód, aby go zabić - wycedziła. - Dlaczego tego po prostu nie wykorzystacie?

Clifton zmierzył ją ciężkim wzrokiem.

- Chce pani być męczennicą, tak? - wydobył z kabury blaster i wycelował w jej czoło. - Mogę to pani umożliwić.

Wyprostowała się.

W panującej nadal ciszy szczęk nienaładowanego blastera rozbrzmiał niczym huk startującego statku kosmicznego. Kilku żołnierzy drgnęło, ale nie Martine. Nawet nie mrugnęła.

- Gratuluję opanowania - powiedział Clifton, chowając broń i kierując się do konsoli komputerowej. - Kehr i Laetch, zaprowadźcie ją w ustronne miejsce i pozbądźcie się jej. Żadnej strzelaniny. Macie noże. Ciało zakopcie.

- Chwileczkę, kapitanie - odezwał się Galvin spokojnym głosem. - Czy nie uważa pan tej decyzji za pochopną? Fuertian nie zakończył jeszcze sprawdzania wahadłowca. Jeśli statek nie będzie sprawny, ona może być naszą jedyną szansą.

- Statek jest w porządku, Galvin - powiedział Clifton odwracając się do niego. - Jest w porządku.

- Kapitanie, czy możemy przedtem trochę z nią... no, tego... pofiglować? - zapytał Laetch, podnosząc się na nogi.

- Zamknij się - rzucił mu w twarz Keith, unosząc ostrzegawczo palec. Potem spojrzał znów na Cliftona. - Niech mi pan nie wciska takiego gówna. Zakładając nawet, że jest sprawny to czy Fuertian zdoła wyprowadzić go z hangaru? Tam jest wąsko. Wszystko może się zdarzyć.

- Chcesz powiedzieć, że się nie uda?

- Chcę powiedzieć, że nie należy bez namysłu pozbywać się atutów. Ona może nam się jeszcze przydać.

- O, tak. Może - wtrącił Laetch oblizując wargi.

- Powiedziałem ci, żebyś się zamknął - krzyknął do niego Galvin.

- Zapominasz Galvin, że ja tu dowodzę - złość błysnęła w oczach Cliftona - Może to przez nią dostali nas nad rzeką. To nie może się powtórzyć.

- Może pan mieć rację, sir, ale ...

- Ja mam rację, Galvin.

- ... ale proszę na to spojrzeć z innego punktu widzenia. Jeżeli się stąd wydostaniemy okup za nią pozwoli nam ukryć się gdzieś na rok, czy dłużej.

- Keith, ty podła świnio - wycedziła Martine.

Tylko tak dalej, w myślach mruknął do siebie ignorując tę odzywkę, Mała, jak na razie idzie ci świetnie. Potrafiłabyś wkopać nas oboje do grobu praktycznie w każdych okolicznościach. Kątem oka dostrzegł zdumienie rozkwitające na twarzach kilku szturmowców, Clifton spojrzał na niego z zastanowieniem.

- Jest z toba po imieniu?

- Próbuje pogrążyć tylu złych szturmowców, ilu się da - mruknął Galvin rozkładając ręce. - Mimo to sądzę...

- Kehr, Laetch. Mam powtórzyć rozkaz? - przerwał mu Clifton odwracając się do Paadta zajmującego miejsce przy konsoli. Dwaj szturmowcy podnieśli się i podeszli do Martine. Galvin starał się zachować spokój, ale coś w nim wciąż fermentowało, jakaś myśl czy wrażenie. Coś dawno temu zapomnianego. Coś odległego i innego. Zupełnie jakby...

Podszedł do swojego śpiwora, podniósł leżący obok karabin i odbezpieczył go.

- Nie ruszać się - powiedział, spokojnie pozwalając lufie omieść pomieszczenie. - Pierwszy, który dotknie broni, zostanie tu na zawsze.

Zaskoczenie odnalezieniem przez Cliftona nadajnika było niczym wobec konsternacji, która teraz zapanowała. Szturmowcy spoglądali to jeden na drugiego, to na Keitha, jakby nie dowierzając temu, co się działo.

- O co chodzi, Galvin? - odezwał się Clifton wstając. Na twarzy odbijał mu się chłód.

- Laetch i Kehr, odsuńcie się od niej - rozkazał Galvin, a po chwili dodał - Próbowałem się z panem dogadać, kapitanie, ale nie zdołałem. Nie pozwolę jej zabić i dlatego zabieram ją ze sobą. Wy możecie sobie lecieć, dokąd chcecie.

- Chcesz stąd wyjść? - wykrztusił Stacy z niedowierzaniem. - Tam na zewnątrz roi się od rebelianckich patroli. Jeśli was złapią, ona wyda naszą kryjówkę!

- Nie złapią nas - stwierdził zimno Galvin, chociaż sam w to nie wierzył. - Martine, weź ten zasobnik z jedzeniem i koc.

- Nie zrobisz tego, Galvin - wycedził Clifton ostro. - Będziecie ścigani jak psy.

- Zaryzykuję ...

Drzwi otworzyły się i do wnętrza wszedł jeden z wartowników. Znieruchomiał, kiedy Galvin skierował na niego broń, ale wówczas ożył Clifton. Błyskawicznie dobył miotacza, wycelował i nacisnął spust. Ale jego broń, wyłączona wcześniej, nie zadziałała. Kiedy zaczął przy niej manipulować, zza jego pleców wychylił się Paadt z odbezpieczonym karabinem. Galvin zmiótł ich obu ciągłym strzałem i wymierzył do pozostałych.

- Do drzwi - nakazał Martine, a czując wbity w siebie pełen nienawiści wzrok niedawnych kolegów, dodał - Nie chciałem, aby tak się stało. Naprawdę.

Dziewczyna wyskoczyła na zewnątrz, więc Galvin podążył w jej ślady cofając się ostrożnie i nie spuszczając lufy ze szturmowców. Wreszcie szarpnięciem zasłonił wejście drzwiami i pobiegł za dziewczyną.

- Martine! - krzyknął.

Bez skutku.

Przyspieszył biegu, klnąc w myślach. Dziewczyna zamiast skręcić w zarośla biegła po odkrytym terenie. W sytuacji, gdy lada sekunda za jej plecami pojawi się chmara spragnionych krwi strzelców, nie była to najmądrzejsza taktyka.

- Padnij, do cholery!

Pierwsze ładunki przeszyły ze świstem powietrze, gdy miał ją na wyciągnięcie ręki. Powalił ją nagłym skokiem, tak, że oboje przetoczyli się parę metrów po trawie. Ona zgubiła zasobnik, a Galvin karabin - na szczęście tylko na chwilę. Opodal w ziemi był wykrot pozostały po wyrwanym z korzeniami drzewie. Galvin nakazał jej gestem odczołgać się tam, po czym sam podążył w jej ślady. Szturmowcy nie zdążyli się jeszcze wstrzelać, ale trafiali raz po raz w brzeg dołu, osypując Keitha i dziewczynę piaskiem. Galvin wygarnął do nich na ślepo, w rezultacie jednak rozproszyli się i zaczęli lepiej mierzyć. Rozpętała się silna kanonada.

Przyklęknął na dnie i dotknął twarzy Martine.

- Nic ci się nie stało ? - zapytał spokojnie.

Wyglądała przez chwilę jakby chciała się rozpłakać, ale zapanowała nad sobą i sztywno pokręciła głową.

- To dobrze.

Jeden z ładunków trafił w ścianę dołu, wyrzucając fontannę nadtopionych bryłek. Galvin wyjrzał ostrożnie. Czterech szturmowców nacierało. Ostrzelał ich, zmuszając do wycofania, a potem wdał się w pojedynek ogniowy ze schowanym na drzewie strzelcem. Kiedy udało mu się trafić tamtego w nogę, został ostrzelany z prawej, z dużej grupy krzaków.

- Obchodzą nas z prawej - rzucił do Martine siedzącej apatycznie na dnie - Musimy stąd jak najszybciej wiać. Ja cię osłonię, a ty wskoczysz za to powalone drzewo i przeczołgasz się do końca, O.K?

- A co z tobą?

Zaskoczyła go tą troską, musiał przyznać.

- Dołączę do ciebie za chwilę. Ruszaj.

Kiwnęła głową i wyskoczyła z dołu wprost pod osłonę pnia powalonego drzewa. Trzy czy cztery ładunki pogoniły za nią, ale chybiły. Pozostałe Galvin ściągnął na siebie wychylając się i otwierając chaotyczny, bezcelowy ogień. Po kilkunastu sekundach zgrabnym susem dotarł do pnia i zaczął się czołgać w ślad za dziewczyną.

Dwadzieścia metrów dalej ugrzęźli za osłoną pnia. Dalej nie było już nic, tylko pusta polana. Próba dotarcia stąd do najbliższych zarośli oznaczała samobójstwo. Galvin coraz rzadziej wychylał się, aby odpowiadać na ogień wrogich strzelców. Tamci wstrzelali się już i odpieranie tyraliery stało się trudne. Na tyle trudne, żeby Galvin zrozumiał wreszcie, iż oboje nie mają szans. Żadnych.

- Chyba lepiej pomódl się do swoich bogów, Martine - odezwał się ze znużeniem Keith. Czuł ten rodzaj spokoju co zwykle, gdy miał wrażenie, że idzie na pewną śmierć. - Bo już chyba tylko oni mogą nas ocalić.

W tej samej sekundzie, jakby w odpowiedzi na to powietrze wypełnił szum silników gravskuterów i kanonada w lesie zgęstniała. Dołączył do tego ryk, ryk atakujących rebeliantów. Galvin wychylił się i zaklął w myślach. Z przeciwległego końca polany wyłoniła się tyraliera postaci w maskujących mundurach koloru khaki, otwierając ogień ku stanowiskom szturmowców. Co najmniej drugie tyle żołnierzy osłaniało natarcie z zarośli.

- Znaleźli nas - wykrztusił pobladły Keith unosząc karabin i otwierając ogień. Wróg, błysnęła myśl, Wróg.

- Co robisz? - Martine podbiła lufę jego broni. - Strzelasz do swoich przyjaciół!?

- Do twoich przyjaciół - odwarknął ze złością, ale przestał strzelać. - Mnie z radością posłaliby pod mur. Pamiętasz to? - wskazał na swój totem. - Pamiętasz? Ilu spośród nich jest takich jak Gerter?

Przez jej twarz przemknął błysk zmieszania.

- Kilkakrotnie ocaliłeś mnie przed śmiercią - stwierdziła gorączkowo. - To może być okoliczność łagodząca.

- Uśpią mnie przed rozstrzelaniem? - rzucił cynicznie. - Zapominasz, że byłem już raz w niewoli. Widziałem i poczułem jak to wygląda. I pozwól, że coś ci powiem: nigdy więcej na to nie pójdę.

Trafiony pień bryznął popalonymi drzazgami wprost na ich głowy. Galvin wychylił się zza osłony i zlokalizował przeciwnika - postać w mundurze szturmowca uciekającą w kierunku jednego z namiotów obozu. Starannie wycelował naprowadzając krąg celownika na biegnącego. I nic. Nie mógł. Po prostu nie mógł strzelić mu w plecy. Schronił się z powrotem za pień. Dostrzegł, że Martine podniosła się do przyklęku i śledzi toczącą się walkę.

- Nie wychylaj się ani nie próbuj pokazać - ostrzegł ją. - Podczas walki ktokolwiek nieznany jest traktowany jak przeciwnik. Kropną cię bez namysłu, nie zdążysz się nawet zdziwić.

Po grymasie na jej twarzy odgadł, że trafił w sedno.

Ponownie wychylił się zza osłony. Rebelianci odepchnęli już niedobitki oddziałku Cliftona głębiej w las i ścigali ich teraz niczym psy gończe. Kilku żołnierzy w towarzystwie trzech czy czterech ewoków badało właśnie wejście do świeżo odkrytego kontenera.

- Hej! Tutaj! Jestem żołnierzem Rebelii! - usłyszał Galvin niemal nad uchem. Spojrzał w lewo i zaklął dosadnie.

Martine wyskoczyła zza osłony wbrew ostrzeżeniu i stała teraz jakieś trzy metry od niego wymachując rozpaczliwie rękami. Rebelianci trwali przez chwile zdumieni, szybko jednak zareagowali unosząc karabiny do ramion. Keith ponownie zaklął i spojrzał na Martine, której początkowy uśmiech radości zaczął zastygać w grymas niedowierzania i przerażenia.

Pchnął ją na ułamek sekundy przed naciśnięciem przez tamtych spustów. Był szybki, ale nie dość. Poczuł nagle silne tąpnięcie w boku, jak uderzenie taranem, które odrzuciło go wstecz, na plecy. Upadek wyrwał mu powietrze z płuc, a w oczy uderzyła go czarna ściana, rozmywając się w gasnące czerwone kręgi. Fala bólu, wgryzającego się lodowatymi zębami w bok, przywróciła mu wzrok. Zmusiła do otwarcia oczu. Kierowany siłą woli, zdołał przewrócić się na brzuch. Dostrzegł, że rebelianci biegną w jego kierunku, a karabin leży przed nim, o metr zaledwie, który wydawał się być milą. Prawa dłoń Keitha popełzła w kierunku broni poruszana niemal wyłącznie wysiłkiem woli, ale po dotknięciu kolby osłabła i zamarła.

Czerwone kręgi przed oczami wróciły, wyraźniejsze niż poprzednio. Oddech Galvina stał się płytszy, znaczony krwawą pianą w kącikach ust. Ktoś dotknął go i nie bez wysiłku obrócił ponownie na plecy. Martine. Starała się odnaleźć puls na jego szyi, nie zważając na zbryzgany krwią pancerz szturmowy.

- Keith! Słyszysz mnie? Keith! - odwróciła głowę w kierunku rebeliantów, podchodzących ostrożnie z bronią gotową do strzału. - Dlaczego to zrobiliście?! Nie widzieliście, do kogo strzelacie?!

Galvin spróbował nabrać powietrza w przedziurawione płuca, ale paroksyzm bólu eksplodował mu wśród żeber, a z ust popłynął strumień jasnej krwi. Zimno przeniknęło go na wskroś. Sapnął ciężko, przymykając oczy. Martine nachyliła się nad nim, dłonią delikatnie unosząc jego głowę.

- Dajcie mi medpakiet, szybko! - rozkazała rebeliantom, którzy tymczasem zatrzymali się wokół niej i z mieszanymi uczuciami przyglądali się Galvinowi. - Na co czekacie, on umrze!

- Tak będzie lepiej - oświadczył jeden z żołnierzy, przewieszając karabin przez ramię. - Dla niego i dla nas.

Otwierała usta, by coś dodać, ale ta uwaga zamknęła je na powrót. Na sekundę, może dwie, opadła na kolano, ale zaraz poderwała się ponownie i zerwała z pasa najbliższego podwładnego zasobnik medyczny. Trzęsącymi się dłońmi wydobyła płat opatrunku żelowego oraz antyseptyczny spray i nachyliła się nad rannym.

- Jest pani wolna, poruczniku - powiedział ten sam rebeliant co poprzednio. - O co jeszcze chodzi?

- Boli ... - wykrztusił z wysiłkiem Galvin. - To boli ... - otworzył oczy, ale mignął mu tylko obraz z niedawnej przeszłości. Ciemne włosy. Młodzieńcza twarz. Kerry Dillich. I własny głos pobrzmiewający w uszach: Wszystko będzie dobrze. Musisz tylko w to uwierzyć. Słodki smak krwi w ustach stał się cierpki, niemalże gorzki. Niebo dla honorowych szturmowców. I co z tego, kogo obchodzi, czy to prawda? Koniec już blisko - ... dostałeś już za swoje ... Teraz pójdziesz ... prosto do ... - iskra bólu dźgnęła martwiejący system nerwowy i Keith szarpnął się konwulsyjnie. Z morza czerwieni przed oczami wynurzyła się nagle twarz Martine, spryskującej sprayem ranę w jego boku.

- Keith, nie umieraj, proszę cię - powiedziała widząc, że on otwiera oczy. - Nie umieraj. Nie... nie zostawiaj mnie.

- Co ktoś taki jak ty robi na wojnie? - wyszeptał unosząc nieco zakrwawione kąciki ust - Martine...

- Wszystko będzie dobrze, Keith - odparła gładząc go po twarzy. - Wszystko będzie dobrze.

Jego uśmiech poszerzył się, a dłoń spoczęła na dłoni Martine.

- Jesteśmy kwita... pani porucznik... kwita. Wracaj... do domu.

Ból jeszcze raz targnął jego ciałem i przeszył go jak lodowaty harpun. Galvin spróbował jęknąć, ale zdołał tylko zaskomleć cicho. Jak pies..., zakołatało mu w głowie, Jak pies...

W uszach dźwięk bijącego serca stał się wyraźnie szybszy, mniej równy i jednocześnie Keith wyczuł raczej niż zobaczył jakieś światło przed sobą.

Pozwolił sercu zamilknąć.

sierpień'89 - marzec '97


Poprzednia strona Spis treści Następna strona