Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 4 [sierpień-wrzesień 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona

Leszek Karlik

Wojna orbitalna

Kule ogniste spadające z nieba na niewiernych, słupy oczyszczającego światła palące świątynie fałszywych bożków, uderzające we wroga pioruny - w niedalekiej przyszłości może okazać się, że wizje religijne stały się faktem.

Wojska na Ziemi (czy na innych planetach) znajdują się na dnie głębokiej studni grawitacyjnej, z której trudno wyjść. Ale w każdej wojnie międzyplanetarnej, czy nawet w przypadku wojen na naszej starej matce Ziemi, panowanie nad szczytem studni grawitacyjnej bardzo ułatwia działania na jej dnie.

10.gif (67580 bytes)Najbardziej oczywistym zastosowaniem dla satelitów, baz orbitalnych czy statków kosmicznych jest rozpoznanie i łączność - zmysły i układ nerwowy współczesnego wojska. Już teraz dookoła Ziemi krąży mnóstwo satelitów rozpoznawczych, a badaniem zdjęć satelitarnych zajmują się sztaby analityków. Niestety, możliwości rozpoznania z orbity są ograniczone fizycznie przez zniekształcenia obrazu wprowadzane przez atmosferę, problemem jest również pogoda - pokrywa chmur może ochronić całe zgrupowania pancerne przed czujnym okiem satelity. O ile konflikt nie toczy się na równiku, kłopotliwe staje się również utrzymanie stałej obserwacji teatru strategicznego - satelita nie może przebywać cały czas nad jednym punktem z powodów, które omówię w dalszej części artykułu.

Pod rozpoznanie podpada również system nawigacji satelitarnej, taki jak GPS, pozwalający wojskom na znalezienie swojej dokładnej pozycji przez jedno naciśnięcie przycisku. Zalety takiego systemu dostrzeże każdy żołnierz - jedno z żołnierskich praw Murphy'ego głosi, że nie ma na świecie nic niebezpieczniejszego od podporucznika z mapą i kompasem, a wezwanie wsparcia artyleryjskiego sto metrów w złą stronę może okazać się ostatnią pomyłką nawigacyjną w życiu biednego sołdata...

Łączność jest raczej oczywistym zastosowaniem dla satelity - fale radiowe mają ograniczony zasięg, a komunikacja laserowa jest ograniczona przeszkodami terenowymi (w najlepszym przypadku przeszkodą terenową jest horyzont), więc umieszczenie na orbicie przekaźnika ułatwia komunikację.

I naraża ją na ryzyko.

Aktualnie Stany Zjednoczone mogą spokojnie prowadzić wojnę ze słabszymi technologicznie przeciwnikami. Ale w momencie rozpoczęcia walki z kimś o podobnym potencjale technologiczno-militarnym (Chiny przyszłości?) wszystkie satelity rozpoznawcze, komunikacyjne i nawigacyjne stają się celem. I to, bez osłony satelitów bojowych, łatwym celem. Fakt, wyjście ze studni grawitacyjnej wymaga dużej ilości energii, ale orbitujący nad kulą ziemską satelita rozpoznawczy czy komunikacyjny jest praktycznie bezbronny. Rakieta niszcząca satelity nie musi nawet posiadać żadnej głowicy wybuchowej - energia kinetyczna zderzenia z prędkością orbitalną jest w zupełności wystarczająca do zniszczenia delikatnych, lekkich satelitów (każdy kilogram wynoszony na orbitę kosztuje duże pieniądze, więc nie ma mowy o opancerzeniu satelity). Zaś naprowadzana głowica kinetyczna będzie znacznie mniejsza i lżejsza od satelity obserwacyjnego / komunikacyjnego / etc., więc wyniesienie jej na orbitę będzie znacznie tańsze.

Tutaj zaczyna się kosmiczny wyścig zbrojeń. I zatrzymuje na pierwszym i podstawowym problemie.

Aby dysponować satelitami bojowymi na orbicie, trzeba je tam umieścić. A to kosztuje. I dopóki będziemy stosować do tego chemiczne rakiety o słabych osiągach, będzie kosztować.

Cena wyniesienia na orbitę jednego funta wynosi na razie 5 do 6 _tysięcy_ dolarów (w przypadku amerykańskich wahadłowców). Dlatego podstawą wojny orbitalnej jest tani dostęp do orbity (logiczne, prawda?).

Wyniesienie satelitów (bojowych czy nie)

Kule ogniste spadające z nieba na niewiernych, słupy oczyszczającego światła palące świątynie fałszywych bożków, uderzające we wroga pioruny - w niedalekiej przyszłości może okazać się, że wizje religijne stały się faktem.

Wojska na Ziemi (czy na innych planetach) znajdują się na dnie głębokiej studni grawitacyjnej, z której trudno wyjść. Ale w każdej wojnie międzyplanetarnej, czy nawet w przypadku wojen na naszej starej matce Ziemi, panowanie nad szczytem studni grawitacyjnej bardzo ułatwia działania na jej dnie.

Najbardziej oczywistym zastosowaniem dla satelitów, baz orbitalnych czy statków kosmicznych jest rozpoznanie i łączność - zmysły i układ nerwowy współczesnego wojska. Już teraz dookoła Ziemi krąży mnóstwo satelitów rozpoznawczych, a badaniem zdjęć satelitarnych zajmują się sztaby analityków. Niestety, możliwości rozpoznania z orbity są ograniczone fizycznie przez zniekształcenia obrazu wprowadzane przez atmosferę, problemem jest również pogoda - pokrywa chmur może ochronić całe zgrupowania pancerne przed czujnym okiem satelity. O ile konflikt nie toczy się na równiku, kłopotliwe staje się również utrzymanie stałej obserwacji teatru strategicznego - satelita nie może przebywać cały czas nad jednym punktem z powodów, które omówię w dalszej części artykułu.

Pod rozpoznanie podpada również system nawigacji satelitarnej, taki jak GPS, pozwalający wojskom na znalezienie swojej dokładnej pozycji przez jedno naciśnięcie przycisku. Zalety takiego systemu dostrzeże każdy żołnierz - jedno z żołnierskich praw Murphy'ego głosi, że nie ma na świecie nic niebezpieczniejszego od podporucznika z mapą i kompasem, a wezwanie wsparcia artyleryjskiego sto metrów w złą stronę może okazać się ostatnią pomyłką nawigacyjną w życiu biednego sołdata...

Łączność jest raczej oczywistym zastosowaniem dla satelity - fale radiowe mają ograniczony zasięg, a komunikacja laserowa jest ograniczona przeszkodami terenowymi (w najlepszym przypadku przeszkodą terenową jest horyzont), więc umieszczenie na orbicie przekaźnika ułatwia komunikację.

I naraża ją na ryzyko.

Aktualnie Stany Zjednoczone mogą spokojnie prowadzić wojnę ze słabszymi technologicznie przeciwnikami. Ale w momencie rozpoczęcia walki z kimś o podobnym potencjale technologiczno-militarnym (Chiny przyszłości?) wszystkie satelity rozpoznawcze, komunikacyjne i nawigacyjne stają się celem. I to, bez osłony satelitów bojowych, łatwym celem. Fakt, wyjście ze studni grawitacyjnej wymaga dużej ilości energii, ale orbitujący nad kulą ziemską satelita rozpoznawczy czy komunikacyjny jest praktycznie bezbronny. Rakieta niszcząca satelity nie musi nawet posiadać żadnej głowicy wybuchowej - energia kinetyczna zderzenia z prędkością orbitalną jest w zupełności wystarczająca do zniszczenia delikatnych, lekkich satelitów (każdy kilogram wynoszony na orbitę kosztuje duże pieniądze, więc nie ma mowy o opancerzeniu satelity). Zaś naprowadzana głowica kinetyczna będzie znacznie mniejsza i lżejsza od satelity obserwacyjnego / komunikacyjnego / etc., więc wyniesienie jej na orbitę będzie znacznie tańsze.

Tutaj zaczyna się kosmiczny wyścig zbrojeń. I zatrzymuje na pierwszym i podstawowym problemie.

Aby dysponować satelitami bojowymi na orbicie, trzeba je tam umieścić. A to kosztuje. I dopóki będziemy stosować do tego chemiczne rakiety o słabych osiągach, będzie kosztować.

Cena wyniesienia na orbitę jednego funta wynosi na razie 5 do 6 _tysięcy_ dolarów (w przypadku amerykańskich wahadłowców). Dlatego podstawą wojny orbitalnej jest tani dostęp do orbity (logiczne, prawda?).

Wyniesienie satelitów (bojowych czy nie) Rotonem  ma kosztować 1000 dolarów za funt, Scorpiusem  - około 500 dolarów za funt, natomiast skorzystanie ze zdecydowanie nieekologicznego statku Orion powinno zredukować koszt wyniesienia jednego funta na orbitę do około 250 dolarów za funt. Niestety, w naszym świecie jakiekolwiek silniki jądrowe i termojądrowe nie wchodzą na razie w grę, pomimo ich znacznie wyższego potencjału - układ o zakazie prób jądrowych w przestrzeni kosmicznej powoduje, że jedyny kraj, który mógłby coś takiego zrobić, to chyba tylko Chiny.

Tak więc, dopóki nie będziemy mieli taniego dostępu do kosmosu, możemy zapomnieć o orbitalnych stacjach bojowych i sieciach satelitów laserowych. Ale tani dostęp do kosmosu jest możliwy. I kiedyś go będziemy mieli.

Co wtedy?

Historia walki w powietrzu zaczęła się od samolotów rozpoznawczych i montowania na nich broni w celu zestrzelenia wrogich samolotów rozpoznawczych. Historia lubi się powtarzać - w kosmosie najprawdopodobniej będzie tak samo. Już teraz opracowano broń antysatelitarną (ASAT) w celu niszczenia satelitów rozpoznawczych / łącznościowych wroga. I będzie się to rozwijać do stacji bojowych i statków kosmicznych...

Najprostszym rodzajem satelity bojowego jest kinetyczny ASAT - satelita naprowadzający się na satelity wroga i niszczący je energią kinetyczną zderzenia. Odmianą ASATa jest koncepcja systemu THOR. W skrócie, miał to być system wielu samonaprowadzających się 'łomów' zrzucanych z orbity, wyposażonych w silniczki rakietowe do zmiany orbity i system naprowadzania, przeznaczony w zamyśle pomysłodawców do zwalczania czołgów. Chmura THORów porusza się po wydłużonej, elipsoidalnej orbicie dookoła planety tak, aby nad teatrem działań orbita była najbardziej zbliżona do powierzchni. W ten sposób mały silniczek zainstalowany na naszym przeciwpancernym łomie musi go tylko lekko popchnąć. I już orbita zamiast przebiegać 150 km nad powierzchnią Ziemi, przebiega 15 km POD powierzchnią Ziemi. A że akurat na skrzyżowaniu trasy lotu pocisku kinetycznego i powierzchni Ziemi znajduje się obszar, na którym są czołgi? No cóż, to smutne - dla czołgów. Taki pocisk będzie poruszać się z prędkością niewiele poniżej prędkości orbitalnej (7,7 kilometra na sekundę), podczas kiedy - na razie - pociski przeciwpancerne wystrzeliwane z armat czołgów osiągają prędkości rzędu 1,2 km/s.

Niestety, istnieje jeden poważny problem. Wchodzący w atmosferę pocisk tworzy dookoła siebie powłokę plazmową, która jest prawie nieprzeźroczysta dla promieniowania elektromagnetycznego. A zatem jest ślepy i głuchy - i trafienie w manewrujący cel (taki jak czołg) staje się, hmm, problematyczne.

Nic to. Istnieją inne zastosowania dla takiej broni - na przykład atak na bunkry i inne stałe instalacje. Precyzyjny system nawigacji inercyjnej połączony z odbiornikiem radiowym pozwoli pociskowi kinetycznemu na odebranie koordynatów celu i zniszczenie go. W przypadku dużych, głęboko zakopanych w ziemi i zalanych warstwami betonu i stali pancernej instalacji stosujemy po prostu większy pocisk kinetyczny - na przykład rozmiarów słupa telefonicznego.

Ale to nie koniec problemów. Cel nadal może się bronić. Wprawdzie powłoka plazmowa plus termoizolujaca ceramika powinny zabezpieczyć pocisk przed promieniem lasera, trafienie z broni kinetycznej (na przykład odłamkiem głowicy samonaprowadzającego pocisku przeciwlotniczego) spowoduje zniszczenie izolacji termicznej - czyli przekształcenie THORa w chmurę roztopionego metalu, która zatrzyma się, schłodzi i spadnie na ziemię w deszczu ceramiki i zastygłych metalowych kropel. Widowiskowe, ale nie zniszczy celu. Czyli trzeba zapewnić pociskowi eskortę.

I tu wchodzi do akcji drugi rodzaj satelitów bojowych. Bronie energetyczne - lasery i akceleratory cząsteczkowe - są niesamowicie celne, ale bardzo energochłonne, a ich skuteczność przy niskich poziomach energii jest dyskusyjna. Lasery emitują spójną wiązkę światła o bardzo wysokiej energii, która uszkadza cel albo przez nagrzewanie jego powierzchni (słabe lasery bojowe, takie jak aktualnie testowany ABL), albo przez przekazanie dużej ilości energii niewielkiemu kawałkowi jego powierzchni, co powoduje eksplozję trafionego fragmentu i uszkadza cel poprzez przenoszącą się w nim falę uderzeniową. Akceleratory cząsteczkowe są lepsze, jeżeli chodzi o uszkadzanie celu - przyspieszone do prędkości relatywistycznych neutralne cząsteczki (na przykład atomy helu) penetrują cel i destruktywnie przekazują mu swoją energię na znacznie większym obszarze. Jaka jest zaleta laserów? No cóż, podstawową zaletą lasera jest jego celność - aktualnie jesteśmy w stanie wykonywać optykę opartą na lustrach (a właśnie specjalnych, bardzo dobrze odbijających i kriogenicznie chłodzonych luster będzie używać się do naprowadzania laserów bojowych), która ma czas reakcji pozwalający na korygowanie poruszeń gwiazdy wynikających z _drgań atmosfery_ i błąd kątowy rzędu nanoradianów. Oznacza to, że dwa główne sposoby na obronę przed laserem to albo pancerz, albo uniki, a te drugie możliwe są dopiero na odległościach, na których opóźnienie wynikające z prędkości światła zaczyna wchodzić w grę. Czyli nie podczas walki na orbicie.

A zatem pozostaje pancerz. Przy laserach pierwszego typu, wymagających dłuższego oświetlenia celu, można stosować pancerz-lustro, rotację celu i inne tego typu triki. Przy laserach drugiego typu rozwiązania te są niepraktyczne - lustro, nawet odbijające 90% (bardzo dobre lustro), po zaabsorbowaniu dziesięciu procent z jednego megadżula już nie będzie lustrem i chwilę potem zaabsorbuje resztę energii impulsu laserowego. Dodatkowo przy strzelaniu do celów atmosferycznych krótki impuls może pozwolić na obejście problemu przemiany powietrza znajdującego się na drodze impulsu w plazmę, która zaabsorbuje dużą część jego energii. Niestety, lasery o krótkim czasie impulsu są trudniejsze do skonstruowania, niż lasery oświetlające cel przez dłuższy czas...

Następnym problemem laserów jest zasilanie. Aktualne lasery bojowe to lasery chemiczne, stosujące jako źródło energii reakcje chemiczne. W związku z tym mają długie impulsy i są ograniczone ilością przenoszonych reaktantów (pełniących w tym przypadku rolę 'amunicji'). Jeżeli jednak będziemy w stanie umieścić na orbicie stację bojową z reaktorem jądrowym (lub - jeszcze lepiej - termojądrowym), można na niej zainstalować lasery FEL (free-electron laser) z możliwością skupienia kilku promieni w jednym miejscu. Stację możnaby umieścić na geostacjonarnej - wprawdzie to prawie 36 tysięcy kilometrów nad ziemią, ale za to duża część planety będzie w polu rażenia laserów stacji, natomiast jakiekolwiek pociski rakietowe wystrzeliwane z powierzchni Ziemi będą musiały przebyć długą drogę, pod górę studni grawitacyjnej i pod ostrzałem laserów stacji, żeby móc jej w ogóle zagrozić. A te niecałe 40 tysięcy kilometrów jest odległością na tyle małą, aby dyfrakcja promienia lasera nie grała większej roli, zwłaszcza przy zastosowaniu dużych luster optyki skupiającej (na przykład luster o średnicy 10 metrów). Taki laser byłby w stanie zaatakować i zniszczyć cele na powierzchni Ziemi, w razie potrzeby skupiając w jednym miejscu wiązki kilku laserów (w celu ominięcia problemu absorbowania energii promienia przez atmosferę - kilka słabszych promieni, na dodatek nie kolimowanych, tylko skupianych na celu nie spowoduje zmiany powietrza w plazmę, która absorbowałaby energię lasera). Dodatkowo stacja mogłaby być wykorzystana do zapewnienia osłony THORom poprzez niszczenie wyrzutni oraz startujących rakiet przechwytujących. Posiadanie czegoś takiego orbitującego nad powierzchnią Ziemi zapewnia prawie totalną przewagę w powietrzu - żaden samolot nie jest w stanie uniknąć promienia lasera.

Problem leży w kosztach takiego przedsięwzięcia - przez najbliższych kilkanaście (kilkadziesiąt?) lat możemy nie obawiać się Orbitalnych Promieni Śmierci.

Jeszcze jednym rodzajem broni, dzielącym z laserami problem zasilania oraz wysoką (choć najprawdopodobniej nie tak wysoką jak lasery) celność i czas reakcji są akceleratory cząsteczkowe. Problem polega na tym, że strumień naładowanych cząsteczek nie jest w stanie utrzymać się w całości w kosmosie (cząsteczki odpychają się od siebie nawzajem), natomiast strumień neutralnych cząsteczek jest blokowany przez atmosferę - jest to więc broń do stosowania przeciwko innym celom w kosmosie.

Jak widać, kontrola nad orbitą (zwłaszcza w światach SF z efektywną bronią laserową i dobrymi źródłami energii) daje posiadającej ją stronie dużą przewagę - ale jeżeli chcemy zdobyć jakieś terytorium w miarę nieuszkodzone, a nie zasteroidować je do wieku kamienia lizanego, potrzebujemy również sił lądowych. Jak udowodniło kilka ostatnich starć ze Stanami Zjednoczonymi w roli Najeźdźców z Kosmosu (OK, Najeźdźców z Powietrza), samo lotnictwo (czy też w naszym przypadku wojska orbitalne) nie wygrają żadnej wojny.

Prosty trep będzie potrzebny zawsze i wszędzie.

I z tym optymistycznym, militarnym pozdrowieniem...

PS. Dla zainteresowanych: na sieci dostępne są przeznaczone dla Kongresu Stanów Zjednoczonych raporty Office of Technology Assessment na temat SDI:

"Directed Energy Missile Defense in Space" (1984)

"Ballistic Missile Defense Technologies" (1985)

"SDI: Technology, Survivability and Software" (1988)


Poprzednia strona Spis treści Następna strona