Po bardzo udanym debiucie na polskim rynku
"Księgą Sądu Ostatecznego", zbiorem opowiadań "Zaćmienie" oraz
"Przewodnikiem stada" z niecierpliwością oczekiwałam na nową powieść
Connie Willis. I nie zawiodłam się. "Nie licząc psa" co najmniej dorównuje
poprzednim utworom pisarki wydanym w Polsce.
Grube tomiszcze na pierwszy rzut oka wygląda odstraszająco. Ponad 500 stron i
nietypowa jak na science fiction okładka nie zachęcają do lektury. Nic bardziej
błędnego. Książka jest świetna. Nie mogłam się powstrzymać i przeczytałam ją w
jeden wieczór.
Powieść jest luźną kontynuacją "Księgi Sądu Ostatecznego". Znów
znajdujemy się w Oksfordzie XXI wieku. Tym razem towarzyszymy młodemu historykowi,
Nedowi Henry, w poszukiwaniach pewnego dziwnego przedmiotu na zlecenie ekscentrycznej
"dobrodziejki" Wydziału Historycznego. Znerwicowany młody człowiek dostaje
pozornie proste zadanie w wiktoriańskiej Anglii. Niestety, sytuacja nieco się
komplikuje. Zamiast spędzenia spokojnych wakacji będzie musiał naprawić powstałe
błędy. A wszystko przez zbieg okoliczności i kota (oraz psa).
W powieści nie należy doszukiwać się jakiś głębokich treści czy filozoficznej
zadumy jak w przypadku "Księgi Sądu Ostatecznego". To na co warto zwrócić
uwagę to moim zdaniem zderzenie dwóch typów mentalności. Ned Henry przeszedł jedynie
bardzo pobieżne przeszkolenie, a wiktoriańską Anglię oglądamy właśnie jego oczyma.
Dość powierzchowna wiedza nie chroni go przed popełnianiem gaf towarzyskich w świecie,
którym rządzą konwenanse. Pozwala dostrzec za to absurdy codziennego życia.
Pod względem konstrukcji narracji książka przypomina komedię omyłek. Zawrotne
tempo, nieprzewidziane zwroty akcji, bogactwo ekscentrycznych i wyrazistych postaci
okraszone absurdalnym humorem, to główne zalety tej książki. Doskonała rozrywka.
Connie Willis, "Nie licząc psa", Prószyński i S-ka, Warszawa 1999