Powiem szczerze - książka
naprawdę mnie zaskoczyła. Pierwsze wrażenia były zdecydowanie negatywne -
nieumiejętne prowadzenie fabuły, drętwe opisy, marne, wymuszone dialogi, odczuwalny
brak redakcji (zły szyk wyrazów), jakiś taki pompatyzm ("jesteś ojcem moich
dzieci", "córko, mówisz o zmarłym") i imponująca komplikacja życia
rodzinnego ("spojrzał twardo na swą ciotkę, siostrę jego ojca"). Mankamentem
też jest dziwny dobór słów - wszystko zdaje się być w porządku, jednak mimo to
podczas lektury odnosi się niepokojące wrażenie, że autor używa niedokładnie tego
akurat słowa, które powinno się w tym miejscu znajdować, bądź wręcz jest o jedno za
dużo. Niby drobiazg, a wytrąca z rytmu. Nie zachęca również okładka książki
(wspaniałe zdanie "promieniowanie mutuje świat istot żywych") i nic nie
mówiące nazwisko autora (na miłość boską, rozumiem, że zdrobnił swoje imię, ale
czemu zdrabniał również nazwisko?). Osobliwy był też sposób wydania książki -
zupełnie bez rozgłosu, bez żadnej reklamy, mimo iż ostatnimi czasy bardzo łaskawym
okiem spogląda się na produkcje polskich pisarzy.
Nieszczęśliwy tak czytałem, czytałem i nagle, mniej więcej koło
40-tej strony, akcja zaczęła być zrozumiała. Zrozumiała i intrygująca. Początkowo
tylko dlatego, że w świecie mieczy, koni i uzdrowicielskiej magii pojawił się plaston
- niemal niezniszczalny materiał, z którego jest zrobiony miejski wodociąg, ulice są
zaś oświetlone normalnymi żarówkami - a to wyraźnie burzy konwencję fantasy, do
jakiej Amber łaskawie raczył zaliczyć tę książkę. A żeby do końca wyjaśnić
sytuację - to w powieści tak na dobrą sprawę wcale nie ma magii...
Z czasem większe zaciekawienie zaczęły budzić we mnie realia
przedstawionego świata (a konkretnie naszej Ziemi). Historia świata mówi, że kiedyś
tam (autor przezornie unika jakichkolwiek dat) nastąpiła "katastrofa w jednym z
ośrodków techniki". Stosowana przez stechnicyzowane społeczeństwo wieczna energia
(prawdopodobnie jądrowa) wymknęła się spod kontroli i spowodowała naruszenie
struktury Ziemi. To doprowadziło do kolejnych eksplozji (zapewne chodzi tu o wojnę
atomową), które zmasakrowały Ziemię. Część lądów zapadła się w morza (obie
Ameryki?), inne dla odmiany z nich się wynurzyły, a np. Europa, Azja i Afryka (choć
wcale nie jestem tego taki pewien, tak mgliste są te wywody) zlały się w jedną
całość. Wówczas ludzie zaczęli czcić jednego Boga (na religię tę złożyły się
ocalałe strzępy innych wierzeń) pod postacią Ziemi, odrzucając hołubioną dotychczas
technikę (zostawili sobie tylko te wynalazki, które były użyteczne i nieszkodliwe dla
środowiska - czyli np. oświetlenie, wodociągi). Większy jednak nacisk położono na
wykorzystanie naturalnej energii ziemi i ludzi. Krótko mówiąc - do łask wróciły
siły psychiczne - telekineza, telepatia, empatia, bioprądy, pamięć genetyczna (też
uznawana przez autora za taką siłę) i inne im podobne.
Jednak 1214 lat temu komuś (konkretnie kapłanom Czarnego Słońca)
nie spodobało się życie w wiecznej szczęśliwości i wywołali wojnę. W jej efekcie
ołtarze Ziemi zostały zniszczone, kapłani zabici (jak się okazało - nie wszyscy),
Bóg zapomniany (stąd tytuł książki), a ludność (w większości) zapędzona do
ośmiu wielkich miast, gdzie sprawowano nad nimi kontrolę za pomocą promieni
posłuszeństwa.
I teraz, właśnie 1214 lat po triumfie sił zła, w Szarym Mieście
zaczyna się dziać coś dziwnego. Ktoś obudził energię Ziemi. A ta zaczęła
niwelować działanie promieni posłuszeństwa i ludzie przestali ślepo wykonywać
polecenia wiecznego króla miasta - Nahadana. (Polecam uwadze sposób, w jaki pozyskuje on
nowych kapłanów. Który mężczyzna o tym nie marzy...)
Troje mieszkańców miasta (Inomir - nieśmiertelny, ocalały z pogromu
kapłan Ziemi, uzdrawiacz Donvadon, potomek królewskiego rodu oraz cieśla Gydieon, jego
bliski kuzyn), którym nagle grunt zaczyna się palić pod nogami, wyrusza poza miasto (a
trzeba tu zaznaczyć, że nikt dotąd tego nie czynił) szukać przeznaczenia. Spotyka ich
wiele przygód, a śmierć się nie ima ani ich samych, ani ich przyjaciół (pod koniec
autor chyba się zorientował, że przesadził w tej materii, i sumiennie naprawia
niedoróbkę).
Co ciekawe, im dalej w książkę, tym styl jest gładszy i czytanie
sprawia większą przyjemność. Pojawia się niewymuszony humor, a kolorytu dodają
góralskie dialogi (całkiem udatne). Całość trochę przypomina prozę Turtledove'a
("Zaginiony legion") - te sielskie rozmowy, spotkania, sojusze, wspólne
walki... - ale nie widzę w tym ujmy dla książki. Trudno mi oczywiście wyrokować, z
czego czerpał inspiracje autor, jednak pokuszę się o wypunktowanie pozycji, których
wpływ moim zdaniem jest tu dość odczuwalny. Są to: "Belgariada" Eddingsa
(motyw młodego chłopaka, który nagle odkrywa, że jest w tym świecie kimś bardzo
ważnym; podobny zresztą jest styl narracji; istnieje też analogia między Belgarathem a
Inomirem), "Wyzwolenie Ziemi" Hubbarda (świat po zagładzie, gdzie ludzkość
jednoczy się przeciw tyranom), książki traktujące o zamkniętych miastach (np.
"Klaustropolis" Nemerego), czy nawet "Stare jest piękne" Brina. Bo
trzeba wam wiedzieć, że występują tu latające maszyny (ale silnikowe!). I też
początkowo nie służą słusznej sprawie.
Podstawową jednak zaletą tej książki jest umysłowa gra, jaką
autor prowadzi z czytelnikiem. Pojawiają się tu na przykład nazwiska Ludwiga Van
Mozzara (znanego muzyka :) ), czy pary fizyków Mariecure i Alberto Einsteinów.
Interesujące są również występujące tu plemiona - przykładowo, prócz w miarę
normalnych, parających się przemytnictwem Talów (to bodaj Włosi) oraz zabawnie
przedstawionych Górali (te ich rozmowy...), są mówiący po rosyjsku (to znaczy jest to
łamany rosyjski :) ) Bohowojowie (zorganizowani na wzór Kozaków), małomówni Obrońcy
(to akurat Niemcy) oraz clou programu: bronieni przez nich Kupcy. Kim jednak są Kupcy (a
zaznaczę, że notowania książki poszły u mnie w tym momencie o kilkadziesiąt punktów
do góry), zmilczę - bowiem ich narodowość jest tak absurdalna, ale jednocześnie tak
oczywista, że doczytawszy do tego fragmentu śmiałem się długo i serdecznie.
Naprawdę.
No i okazało się, że chwalę książkę zupełnie nieznaną, którą
pierwotnie miałem za gniot. Oczywiście, nie jest ona bez wad (wielu nawet), ma sporo
irytujących infantylnością fragmentów, do wielu rzeczy można się tam przyczepić,
ale...
No właśnie. Jeśli zdecydujecie się przebrnąć przez pierwsze 40-50
stron, to wasza cierpliwość będzie wynagrodzona - świat jest skonstruowany dość
dowcipnie (uwaga, zastosuję to magiczne słowo: POSTMODERNISTYCZNIE). Jest tu miejsce i
na miłość, i na bohaterstwo (niestety, niekiedy sztucznawe), i na feminizm (ale nie
wojujący). Są nawet pojedynki myśliwskie w przestworzach, jest artyleria
przeciwlotnicza, są wielkie bitwy (oczywiście kudy tym opisom do Sapkowskiego...), no i
jest ciekawy miecz o bardzo wielorakim zastosowaniu. Jedno ostrzeżenie - nie wolno tej
lektury brać strasznie serio. To taka space opera, tylko na Ziemi i z mieczami. Jeśli
ktoś czytał Hubbarda, to wie, co mam na myśli.
Zakończenie sugeruje część dalszą (tych, co zaglądali na
ostatnią stronę i przerazili się dostrzeżoną tam informacją, że do bohaterom
znalezienia zostały jeszcze trzy/cztery kamienie, pocieszam - w książce znaleziono
trzy, więc nie znaczy to, że na książkę przypada jeden kamień). Wygląda jednak na
to, że prócz rozmachu, jaki przybierze akcja oswobadzania świata, nic tam nowego nie
będzie. Same jednak "Kamienie Zapomnianego Boga" warto przeczytać. Choćby dla
świata.
PS. Może ktoś mi powie, czemu odnoszę wrażenie, że topaz
niekoniecznie jest czerwony?