Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 4 [sierpień-wrzesień 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona

Jarosław Loretz

14.gif (48514 bytes)Mirek Saski
"Kamienie Zapomnianego Boga"

Powiem szczerze - książka naprawdę mnie zaskoczyła. Pierwsze wrażenia były zdecydowanie negatywne - nieumiejętne prowadzenie fabuły, drętwe opisy, marne, wymuszone dialogi, odczuwalny brak redakcji (zły szyk wyrazów), jakiś taki pompatyzm ("jesteś ojcem moich dzieci", "córko, mówisz o zmarłym") i imponująca komplikacja życia rodzinnego ("spojrzał twardo na swą ciotkę, siostrę jego ojca"). Mankamentem też jest dziwny dobór słów - wszystko zdaje się być w porządku, jednak mimo to podczas lektury odnosi się niepokojące wrażenie, że autor używa niedokładnie tego akurat słowa, które powinno się w tym miejscu znajdować, bądź wręcz jest o jedno za dużo. Niby drobiazg, a wytrąca z rytmu. Nie zachęca również okładka książki (wspaniałe zdanie "promieniowanie mutuje świat istot żywych") i nic nie mówiące nazwisko autora (na miłość boską, rozumiem, że zdrobnił swoje imię, ale czemu zdrabniał również nazwisko?). Osobliwy był też sposób wydania książki - zupełnie bez rozgłosu, bez żadnej reklamy, mimo iż ostatnimi czasy bardzo łaskawym okiem spogląda się na produkcje polskich pisarzy.

Nieszczęśliwy tak czytałem, czytałem i nagle, mniej więcej koło 40-tej strony, akcja zaczęła być zrozumiała. Zrozumiała i intrygująca. Początkowo tylko dlatego, że w świecie mieczy, koni i uzdrowicielskiej magii pojawił się plaston - niemal niezniszczalny materiał, z którego jest zrobiony miejski wodociąg, ulice są zaś oświetlone normalnymi żarówkami - a to wyraźnie burzy konwencję fantasy, do jakiej Amber łaskawie raczył zaliczyć tę książkę. A żeby do końca wyjaśnić sytuację - to w powieści tak na dobrą sprawę wcale nie ma magii...

Z czasem większe zaciekawienie zaczęły budzić we mnie realia przedstawionego świata (a konkretnie naszej Ziemi). Historia świata mówi, że kiedyś tam (autor przezornie unika jakichkolwiek dat) nastąpiła "katastrofa w jednym z ośrodków techniki". Stosowana przez stechnicyzowane społeczeństwo wieczna energia (prawdopodobnie jądrowa) wymknęła się spod kontroli i spowodowała naruszenie struktury Ziemi. To doprowadziło do kolejnych eksplozji (zapewne chodzi tu o wojnę atomową), które zmasakrowały Ziemię. Część lądów zapadła się w morza (obie Ameryki?), inne dla odmiany z nich się wynurzyły, a np. Europa, Azja i Afryka (choć wcale nie jestem tego taki pewien, tak mgliste są te wywody) zlały się w jedną całość. Wówczas ludzie zaczęli czcić jednego Boga (na religię tę złożyły się ocalałe strzępy innych wierzeń) pod postacią Ziemi, odrzucając hołubioną dotychczas technikę (zostawili sobie tylko te wynalazki, które były użyteczne i nieszkodliwe dla środowiska - czyli np. oświetlenie, wodociągi). Większy jednak nacisk położono na wykorzystanie naturalnej energii ziemi i ludzi. Krótko mówiąc - do łask wróciły siły psychiczne - telekineza, telepatia, empatia, bioprądy, pamięć genetyczna (też uznawana przez autora za taką siłę) i inne im podobne.

Jednak 1214 lat temu komuś (konkretnie kapłanom Czarnego Słońca) nie spodobało się życie w wiecznej szczęśliwości i wywołali wojnę. W jej efekcie ołtarze Ziemi zostały zniszczone, kapłani zabici (jak się okazało - nie wszyscy), Bóg zapomniany (stąd tytuł książki), a ludność (w większości) zapędzona do ośmiu wielkich miast, gdzie sprawowano nad nimi kontrolę za pomocą promieni posłuszeństwa.

I teraz, właśnie 1214 lat po triumfie sił zła, w Szarym Mieście zaczyna się dziać coś dziwnego. Ktoś obudził energię Ziemi. A ta zaczęła niwelować działanie promieni posłuszeństwa i ludzie przestali ślepo wykonywać polecenia wiecznego króla miasta - Nahadana. (Polecam uwadze sposób, w jaki pozyskuje on nowych kapłanów. Który mężczyzna o tym nie marzy...)

Troje mieszkańców miasta (Inomir - nieśmiertelny, ocalały z pogromu kapłan Ziemi, uzdrawiacz Donvadon, potomek królewskiego rodu oraz cieśla Gydieon, jego bliski kuzyn), którym nagle grunt zaczyna się palić pod nogami, wyrusza poza miasto (a trzeba tu zaznaczyć, że nikt dotąd tego nie czynił) szukać przeznaczenia. Spotyka ich wiele przygód, a śmierć się nie ima ani ich samych, ani ich przyjaciół (pod koniec autor chyba się zorientował, że przesadził w tej materii, i sumiennie naprawia niedoróbkę).

Co ciekawe, im dalej w książkę, tym styl jest gładszy i czytanie sprawia większą przyjemność. Pojawia się niewymuszony humor, a kolorytu dodają góralskie dialogi (całkiem udatne). Całość trochę przypomina prozę Turtledove'a ("Zaginiony legion") - te sielskie rozmowy, spotkania, sojusze, wspólne walki... - ale nie widzę w tym ujmy dla książki. Trudno mi oczywiście wyrokować, z czego czerpał inspiracje autor, jednak pokuszę się o wypunktowanie pozycji, których wpływ moim zdaniem jest tu dość odczuwalny. Są to: "Belgariada" Eddingsa (motyw młodego chłopaka, który nagle odkrywa, że jest w tym świecie kimś bardzo ważnym; podobny zresztą jest styl narracji; istnieje też analogia między Belgarathem a Inomirem), "Wyzwolenie Ziemi" Hubbarda (świat po zagładzie, gdzie ludzkość jednoczy się przeciw tyranom), książki traktujące o zamkniętych miastach (np. "Klaustropolis" Nemerego), czy nawet "Stare jest piękne" Brina. Bo trzeba wam wiedzieć, że występują tu latające maszyny (ale silnikowe!). I też początkowo nie służą słusznej sprawie.

Podstawową jednak zaletą tej książki jest umysłowa gra, jaką autor prowadzi z czytelnikiem. Pojawiają się tu na przykład nazwiska Ludwiga Van Mozzara (znanego muzyka :) ), czy pary fizyków Mariecure i Alberto Einsteinów. Interesujące są również występujące tu plemiona - przykładowo, prócz w miarę normalnych, parających się przemytnictwem Talów (to bodaj Włosi) oraz zabawnie przedstawionych Górali (te ich rozmowy...), są mówiący po rosyjsku (to znaczy jest to łamany rosyjski :) ) Bohowojowie (zorganizowani na wzór Kozaków), małomówni Obrońcy (to akurat Niemcy) oraz clou programu: bronieni przez nich Kupcy. Kim jednak są Kupcy (a zaznaczę, że notowania książki poszły u mnie w tym momencie o kilkadziesiąt punktów do góry), zmilczę - bowiem ich narodowość jest tak absurdalna, ale jednocześnie tak oczywista, że doczytawszy do tego fragmentu śmiałem się długo i serdecznie. Naprawdę.

No i okazało się, że chwalę książkę zupełnie nieznaną, którą pierwotnie miałem za gniot. Oczywiście, nie jest ona bez wad (wielu nawet), ma sporo irytujących infantylnością fragmentów, do wielu rzeczy można się tam przyczepić, ale...

No właśnie. Jeśli zdecydujecie się przebrnąć przez pierwsze 40-50 stron, to wasza cierpliwość będzie wynagrodzona - świat jest skonstruowany dość dowcipnie (uwaga, zastosuję to magiczne słowo: POSTMODERNISTYCZNIE). Jest tu miejsce i na miłość, i na bohaterstwo (niestety, niekiedy sztucznawe), i na feminizm (ale nie wojujący). Są nawet pojedynki myśliwskie w przestworzach, jest artyleria przeciwlotnicza, są wielkie bitwy (oczywiście kudy tym opisom do Sapkowskiego...), no i jest ciekawy miecz o bardzo wielorakim zastosowaniu. Jedno ostrzeżenie - nie wolno tej lektury brać strasznie serio. To taka space opera, tylko na Ziemi i z mieczami. Jeśli ktoś czytał Hubbarda, to wie, co mam na myśli.

Zakończenie sugeruje część dalszą (tych, co zaglądali na ostatnią stronę i przerazili się dostrzeżoną tam informacją, że do bohaterom znalezienia zostały jeszcze trzy/cztery kamienie, pocieszam - w książce znaleziono trzy, więc nie znaczy to, że na książkę przypada jeden kamień). Wygląda jednak na to, że prócz rozmachu, jaki przybierze akcja oswobadzania świata, nic tam nowego nie będzie. Same jednak "Kamienie Zapomnianego Boga" warto przeczytać. Choćby dla świata.

PS. Może ktoś mi powie, czemu odnoszę wrażenie, że topaz niekoniecznie jest czerwony?

Mirek Saski (Mirosław Sałasiński), "Kamienie Zapomnianego Boga", Amber 1999, stron 384, cena 24.80.


Poprzednia strona Spis treści Następna strona