Ta książka powoduje, że wierzy się w magię.
Świat z tej opowieści jest nią przepełniony. Jednak nigdy nie odczuwa się potrzeby
szukania przyczyny tej magii, ani celu dla jakiego ona istnieje. Jest to po prostu
naturalne i normalne, tak jak to, że można być naraz zwierzęciem i człowiekiem, a
każdy czarodziej musi umrzeć po długich i starannych przygotowaniach, bo inaczej
wydarzy się nieszczęście.
Jest jednak w "Pieśni karczmarza" jeszcze jeden rodzaj magii. Ten, który
powoduje, że książki się nie czyta - nią się żyje. Bohaterowie nie są obcymi
istotami z kartek, lecz przyjaciółmi i wrogami znanymi całe życie. Każdy z nich jest
inny, każdego wiodą inne drogi. Mają swoją historię, którą Beagle opisuje w co
najwyżej kilku słowach, co jednak w zupełności wystarcza do tego, żeby ich w pełni
poznać.
To jest arcymistrzostwo pisania - kilka szczegółów i z życia postaci, wcale nie
najważniejszych, przybliża ją i czyni pełną. Zamiast sążnistych opisów uczuć
bohatera dostajemy kilka odpowiednio złożonych słów. I to wystarcza.
Niesamowicie działają na czytelnika krajobrazy z tej książki. Wizja autora
pojawiają się dookoła nas. Na nieokreślony czas znikamy ze świata. Idziemy razem z
Lukassą przez tajemniczy i niezwykły świat martwych rozglądając się z
oszołomieniem. Podróżujemy z Tikatem przez Północne Pustkowie czując jego głód i
widząc otaczającą go pustkę.
Niestety, każda opowieść musi się kończyć. Trzeba odejść z tego świata
strasznego i pięknego, świata zupełnie nam obcego, a jednak już bliskiego. Zostaje
tylko pomarzyć od czasu do czasu o Mrocznej Lal.