Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 4 [sierpień-wrzesień 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona

Artur Długosz

18a.gif (32334 bytes)Galaktyczny wojownik (Soldier)

O fatalnym stanie kina fantastycznego końca XX stulecia pisał już Konrad Wągrowski w tekście zatytułowanym "Upadek kina fantastycznego" zamieszczonego w inauguracyjnym numerze "Framzety", usypując na truchle, jak się już wydaje, ambitnego filmu tego gatunku, całkiem sporej wielkości kurhanik. Nie bardzo sobie potrafię wyobrazić film, który umiałby spod tej kupy kamieni się wygrzebać, może poza "The Matrix", ale jeden film to stanowczo za mało, aby zakończyło się to sukcesem. W każdym bądź razie, nie jest takim filmem "Soldier", obejrzany przeze mnie ostatnio na DVD.

Zabawne jest to, że w zasadzie polowałem na ten film, od kiedy dowiedziałem się, że ukazał się na DVD. Jakoś tak się złożyło, że wcześniej o "Galaktycznym wojowniku" nie czytałem praktycznie nic, a jako że lubię holowoodzkie aktorstwo Kurta Russela, spodziewałem się przynajmniej częściowej satysfakcji z faktu zapłaty za wypożyczenie filmu. Nie było warto, o czym przekonałem się po kwadransie oglądania. Muszę też przyznać się w tym miejscu, że fragmenty filmu obejrzałem na szybkim przewijaniu, ale nie przesadzałem - zwykle z prędkością dwukrotną, czasami trzykrotną, ale ani razu pięciokrotną.

Tytułowy bohater, ów niefortunny galaktyczny wojownik, jest weteranem kosmicznych starć. Nieskomplikowanie brzmiące imię Todd łatwo wpada w ucho, przywodząc jednocześnie na myśl jeden z grzechów polskiej fantastyki. Widać nie tylko naszej. Kalejdoskopowo poznajemy metody szkolenia żołnierzy przyszłości, od dziecka przyzwyczajanych do okrucieństwa, posłuszeństwa i bezwzględności. Tak wyszkoleni żołnierze sprawdzają się w warunkach bojowych doskonale, nawet poza obrzeżami naszego macierzystego układu, a wojny przyszłości, jak można było się przekonać, niewiele mają wspólnych wątków z cyklem tekstów poświęconych temu zagadnieniu z poprzedniej "Framzety". Najwyraźniej zawiodła wyobraźnia. Może prekognicja obrazu wojny przyszłości nie była celem filmu, choć tak się nie wydaje, skoro fabuła opiera się na życiu jednego z jej narzędzi.

Nie byłoby filmu, gdyby militarne środowiska nie poszły dalej w udoskonalaniu swych żołnierzy. Oto bowiem pojawia się nowa generacja galaktycznych wojowników, w zasadzie stworzona, bowiem o ile Todd był zwykłym dzieckiem przyuczonym do żołnierskiego rzemiosła niczym Geralt do swego wiedźminowania, o tyle jego następcy to już dzieci genetycznych zabiegów mających zapewnić im wyższą wytrzymałość i w ogóle lepsze parametry bojowe, że się tak wyrażę. Fabuła, jak dotąd nieskomplikowana, jak można się spodziewać doprowadzi nas zapewne do ostatecznego starcia przedstawicieli obu tych generacji. Zanim jednak do tego dojdzie, mamy spotkanie wstępne, w efekcie którego jeden żołnierz ze spreparowanym DNA pokonuje kosztem utraty perspektywy (nasz bohater Todd wydrapał mu oko) trzech weteranów. W tej sytuacji starsza generacja żołnierzy idzie w odstawkę, a Todd uważany za martwego ląduję w śmieciarce, która zabiera go wraz ze zwłokami dwóch innych żołnierzy na planetarne wysypisko.

18b.gif (42076 bytes)Zgodnie z oczekiwaniami pośród śmieci istnieje życie i to nie byle jakie, bo ludzkie. Todd, przyjęty do tej madmaxowej społeczności, uczy się sadzić roślinki i służy za lokalną atrakcję, której jednak należy się obawiać, ze swym kamiennym obliczem, pomagając głównie swą krzepą. Pojawia się, oczywiście, zgrabna blondynka, zresztą zajęta, a na dodatek z dzieckiem, ale gdzie tam Toddowi takie rzeczy w głowie. W sumie starano się o nadanie głębi psychologicznej, zarówno postaci głównego bohatera, jak i wysypiskowej cywilizacji. Kto wie, może i ten proces by się udał, ale zostaje on brutalnie przerwany pojawieniem się na planecie żołnierzy i to tych genetycznie do wojaczki przygotowanych, co prowadzi nas już do samego finału. Również z góry wiadomego.

Prostota scenariusza nie jest jedyną wadą filmu, ale odpowiedzialną w głównej mierze za płytkość tej pozycji. W sumie z każdego pomysłu można zrobić rzecz ciekawą, przydając mu stosowną oprawę, nawet jeśli ów pomysł nie należy do odkrywczych. Twórcy "Soldiera" nie posunęli się poza sztampowe wyobrażenia, jakie najwidoczniej wynieśli z obejrzanych do tej pory filmów i może przeczytanych książek, otrzymując tym samym marnej jakości efekt końcowy. Brak tu choćby jakichś zapierających dech w piersiach perspektyw, znanych dobrze z fantastycznych filmów Kevina Costnera, fabularne tło opowieści w ogóle nie istnieje, a to jest ów element, który fikcyjnym opowieściom przydaje realności, scenografia do złudzenia przypomina postkatastroficznego Mad Maxa, a gadżety to mało innowacyjne przeróbki współczesnych przedmiotów. Rozbawiły mnie stroje (bo trudno tu użyć słowa rynsztunek) żołnierzy przyszłości, a wiszące błyszczące krążki w siedlisku śmieciarzy... Wybaczcie, ale na to mogli wpaść tylko Amerykanie.

Od strony technicznej również mamy do czynienia z typowymi holywoodzkimi przywarami. Prymitywna kamera, nie potrafiąca wydobyć walorów scen, infantylne oświetlenie, ujmujące ujęciom kolorystyki, brak polotu nawet w szczątkowych ilościach podczas przejść. Słowem, produkcja masowa.


Poprzednia strona Spis treści Następna strona