O fatalnym stanie kina fantastycznego końca XX
stulecia pisał już Konrad Wągrowski w tekście zatytułowanym "Upadek kina fantastycznego"
zamieszczonego w inauguracyjnym numerze "Framzety", usypując na truchle, jak
się już wydaje, ambitnego filmu tego gatunku, całkiem sporej wielkości kurhanik. Nie
bardzo sobie potrafię wyobrazić film, który umiałby spod tej kupy kamieni się
wygrzebać, może poza "The Matrix", ale jeden film to stanowczo za mało, aby
zakończyło się to sukcesem. W każdym bądź razie, nie jest takim filmem
"Soldier", obejrzany przeze mnie ostatnio na DVD.
Zabawne jest to, że w zasadzie polowałem na ten film, od kiedy dowiedziałem się,
że ukazał się na DVD. Jakoś tak się złożyło, że wcześniej o "Galaktycznym
wojowniku" nie czytałem praktycznie nic, a jako że lubię holowoodzkie aktorstwo
Kurta Russela, spodziewałem się przynajmniej częściowej satysfakcji z faktu zapłaty
za wypożyczenie filmu. Nie było warto, o czym przekonałem się po kwadransie
oglądania. Muszę też przyznać się w tym miejscu, że fragmenty filmu obejrzałem na
szybkim przewijaniu, ale nie przesadzałem - zwykle z prędkością dwukrotną, czasami
trzykrotną, ale ani razu pięciokrotną.
Tytułowy bohater, ów niefortunny galaktyczny wojownik, jest weteranem kosmicznych
starć. Nieskomplikowanie brzmiące imię Todd łatwo wpada w ucho, przywodząc
jednocześnie na myśl jeden z grzechów polskiej fantastyki. Widać nie tylko naszej.
Kalejdoskopowo poznajemy metody szkolenia żołnierzy przyszłości, od dziecka
przyzwyczajanych do okrucieństwa, posłuszeństwa i bezwzględności. Tak wyszkoleni
żołnierze sprawdzają się w warunkach bojowych doskonale, nawet poza obrzeżami naszego
macierzystego układu, a wojny przyszłości, jak można było się przekonać, niewiele
mają wspólnych wątków z cyklem tekstów poświęconych temu zagadnieniu z poprzedniej
"Framzety". Najwyraźniej zawiodła wyobraźnia. Może prekognicja obrazu wojny
przyszłości nie była celem filmu, choć tak się nie wydaje, skoro fabuła opiera się
na życiu jednego z jej narzędzi.
Nie byłoby filmu, gdyby militarne środowiska nie poszły dalej w udoskonalaniu swych
żołnierzy. Oto bowiem pojawia się nowa generacja galaktycznych wojowników, w zasadzie
stworzona, bowiem o ile Todd był zwykłym dzieckiem przyuczonym do żołnierskiego
rzemiosła niczym Geralt do swego wiedźminowania, o tyle jego następcy to już dzieci
genetycznych zabiegów mających zapewnić im wyższą wytrzymałość i w ogóle lepsze
parametry bojowe, że się tak wyrażę. Fabuła, jak dotąd nieskomplikowana, jak można
się spodziewać doprowadzi nas zapewne do ostatecznego starcia przedstawicieli obu tych
generacji. Zanim jednak do tego dojdzie, mamy spotkanie wstępne, w efekcie którego jeden
żołnierz ze spreparowanym DNA pokonuje kosztem utraty perspektywy (nasz bohater Todd
wydrapał mu oko) trzech weteranów. W tej sytuacji starsza generacja żołnierzy idzie w
odstawkę, a Todd uważany za martwego ląduję w śmieciarce, która zabiera go wraz ze
zwłokami dwóch innych żołnierzy na planetarne wysypisko.
Zgodnie
z oczekiwaniami pośród śmieci istnieje życie i to nie byle jakie, bo ludzkie. Todd,
przyjęty do tej madmaxowej społeczności, uczy się sadzić roślinki i służy za
lokalną atrakcję, której jednak należy się obawiać, ze swym kamiennym obliczem,
pomagając głównie swą krzepą. Pojawia się, oczywiście, zgrabna blondynka, zresztą
zajęta, a na dodatek z dzieckiem, ale gdzie tam Toddowi takie rzeczy w głowie. W sumie
starano się o nadanie głębi psychologicznej, zarówno postaci głównego bohatera, jak
i wysypiskowej cywilizacji. Kto wie, może i ten proces by się udał, ale zostaje on
brutalnie przerwany pojawieniem się na planecie żołnierzy i to tych genetycznie do
wojaczki przygotowanych, co prowadzi nas już do samego finału. Również z góry
wiadomego.
Prostota scenariusza nie jest jedyną wadą filmu, ale odpowiedzialną w głównej
mierze za płytkość tej pozycji. W sumie z każdego pomysłu można zrobić rzecz
ciekawą, przydając mu stosowną oprawę, nawet jeśli ów pomysł nie należy do
odkrywczych. Twórcy "Soldiera" nie posunęli się poza sztampowe wyobrażenia,
jakie najwidoczniej wynieśli z obejrzanych do tej pory filmów i może przeczytanych
książek, otrzymując tym samym marnej jakości efekt końcowy. Brak tu choćby jakichś
zapierających dech w piersiach perspektyw, znanych dobrze z fantastycznych filmów Kevina
Costnera, fabularne tło opowieści w ogóle nie istnieje, a to jest ów element, który
fikcyjnym opowieściom przydaje realności, scenografia do złudzenia przypomina
postkatastroficznego Mad Maxa, a gadżety to mało innowacyjne przeróbki współczesnych
przedmiotów. Rozbawiły mnie stroje (bo trudno tu użyć słowa rynsztunek) żołnierzy
przyszłości, a wiszące błyszczące krążki w siedlisku śmieciarzy... Wybaczcie, ale
na to mogli wpaść tylko Amerykanie.
Od strony technicznej również mamy do czynienia z typowymi holywoodzkimi przywarami.
Prymitywna kamera, nie potrafiąca wydobyć walorów scen, infantylne oświetlenie,
ujmujące ujęciom kolorystyki, brak polotu nawet w szczątkowych ilościach podczas
przejść. Słowem, produkcja masowa.