Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 4 [sierpień-wrzesień 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona

Grzegorz Wiśniewski

19.gif (10642 bytes)Wirus
Szczepionka?

Właściwie trudno powiedzieć od jak długiego czasu przemysł filmowy trawiony jest chorobą - a że jest nikogo chyba nie trzeba przekonywać. Symptomy widoczne były zapewne już za pierwszego Meliesa czy Griffitha, ale nikt pewnie nie zdawał sobie sprawy, jaka zbliża się epidemia. O czym mowa? Oczywiście o plagiacie, czasem przez co łagodniej nastawionych krytyków nazywanym "pożyczaniem pomysłów" lub "cytowaniem". Oczywiście zjawisko to nie jest niczym nowym, ale tak się jakoś składa, że w filmie jest ono najlepiej widoczne i właściwie od lat usankcjonowane.

Nikogo nie dziwi - nawet nie gorszy - fakt, że pojawia się jakiś Chuck Pfarrer ze scenariuszem złożonym w całości z wyeksploatowanych - przepraszam, zacytowanych - pomysłów i wrzuca na biurko decydenta. Jakiś John Bruno dostaje zatem scenariusz jakiegoś Chucka Pfarrera i postanawia wziąć się do realizacji. Zbierają kasę, wynajmują obsadę - najlepiej gwiazdorską, oczywiście - i kręcą. A potem my musimy to oglądać na ekranie, wrobieni reklamówkami.

Pfarrer niespecjalnie zmęczył się przy pracy. Pół roku lub rok temu wszedł na ekrany film "Deep rising" (po naszemu: " Śmiertelny rejs";-), którego linię fabularną "Virus" powiela jak dobrej klasy kserokopiarka. Mamy oto rosyjski statek badawczy (nie jestem pewien tej klasyfikacji), unoszący się na Pacyfiku jako platforma komunikacyjna stacji "Mir". Na orbicie pojawia się nagle dzika plątanina energetycznych wyładowań, która antenami przedostaje się na ziemię - a ściślej, na wodę - do statku badawczego. Tyle wstępu. Potem pojawia się niewielki holownik oceaniczny, którego nieliczna (a jakżeżby inaczej) załoga przegrywa walkę z tajfunem. Zgadnijcie, dokąd zagnają ich wrogie wiatry i fale... Macie rację - do statku badawczego, który tymczasem przemienił się w statek-widmo. Z licznej załogi ocalała jedynie Nadia Vinogradiya (Joanna Pacuła), w której przerażające opowieści nikt nie uwierzy. Później wszystko pójdzie już łatwo. Holownik zatonie, statek ożyje, a bohaterowie zaczną ginąc jeden po drugim. Aż zostanie końcowa para, która wszystko wysadzi i ucieknie. Nie oszczędzałem na spoilerach, prawda? I nie bez powodu - film naprawdę jest niestety tak przewidywalny jak tabliczka mnożenia.

A dlaczego jestem taki zjadliwy? Bo "Virus", oprócz oczywistej wtórności, posiada też wiele cech, które mogły uczynić z niego film zupełnie dobry. Głównie chodzi mi o aktorów - w głównych rolach zaangażowano Jamie Lee Curtis (Kit Foster) i Donalda Sutherlanda (kapitan Everton). Sam początek, gdy na pokładzie holownika należącego do Evertona trwa próba sił między dwiema kreowanymi przez nich postaciami, jest zdecydowanie najlepsza w całym filmie. Od razu widać kto tu jest naprawdę dobrym aktorem. Oszczędność środków technicznych (i amunicji) wychodzi Johnowi Bruno na dobre. Później niestety obie postacie zostają wtłoczone w sztywne ramy oklepanej historyjki i scenariusz amputuje im możliwości pokazania czegokolwiek. Joanna Pacuła również nieźle sobie radzi, dając przejmujący spektakl człowieka zaszczutego przez strach. Reszta obsady wypada raczej blado - winy za ten stan rzeczy szukałbym jednak w scenariuszu.

Pozytywnie można wypowiedzieć się też o scenografii, kompetentnej i odpowiednio klaustrofobicznej. Jedyną rzeczą, którą można by jej zarzucić to pewne podobieństwo do plątanin korytarzy znanych z "Obcego". I z "Deep rising".

W tym akapicie pozwolę sobie pochwalić pewną "pomysłowość" twórców przy kreacji połączeń ciała z elementami mechanicznymi u cyborgów, którzy nękają bohaterów. Szczerze mówiąc nie lubię gore i trudno mi taką tematykę obiektywnie pochwalić - ale to co pokazano w filmie wydaje się być zrobione porządnie.

Całą reszta jest w najlepszym razie zerżnięta. Lub kiepska. Najbardziej grzeszy scenariusz - i to zarówno pod względem logiki, jak i oryginalności. Właściwie słowo 'oryginalność' nie powinno paść w tym miejscu, bo miałem poważne trudności z wyróżnieniem w "Virusie" elementu zupełnie nowego. I w chwili pisania tej recenzji nie przypominam sobie żadnego. Scenarzysta dokonał pewnej wolty, podmieniając poprzednich, sztandarowych wrogów w takich produkcjach (obce istoty, wampiry, wilkołaki, potwory z puszcz, facetów z siekierami czy stwory z głębin) na rodzaj inteligentnej elektryczności. Pomysł to może i jeszcze nieużywany, ale jakby głupszy od wszystkich poprzednich. Bo co ja, wykształcony na politechnice osobnik mam sądzić o uporządkowanym ruchu elektronów, który jest świadomy? (toż to nawet brzmi idiotycznie). W dodatku elektryczność ta jest odporna na zwarcia, przepalenia i elektryczne łuki, wykazując za to zdecydowaną wrażliwość na pełnopłaszczowe pociski wystrzeliwane z AK, tudzież granaty fragmentacyjne. Wrażliwość tę rekompensuje sobie wyjątkową zręcznością w wykorzystywaniu różnych elementów statków badawczych do budowy rozmaitych, dość nieprzyjaznych cyborgów. Przez pół filmu zmagałem się z wieloma natrętnymi pytaniami. Czy gdyby jeden czy drugi z ekranowych bohaterów rzucił w cholerę tego swojego AK, złapał zamiast tego wiadro morskiej wody i chlapnął nią takiego cyborga - to nie poszłoby mu lepiej? Skąd na pokładzie statku badawczego laboratorium robotyki? Z czego robione były siłowniki cyborgów, skoro paroma ciosami potrafiły one giąć stal grodzi? Lepiej chyba, żeby pozostały bez odpowiedzi...

O muzyce też niewiele dobrego można powiedzieć. Jest zupełnie niezauważalna - i to nie jest pochwała. Czasem pisuje się w ten sposób, chcąc podkreślić świetne zgranie melodii z akcją. Tutaj tak nie jest. Równie dobrze muzyki mogłoby tam nie być, efekt byłby ten sam.

Niestety, "Virus" to nie to co tygryski lubią najbardziej. Zachwyci co najwyżej zagorzałych fanów gore i posiadaczy wysokiej jakości zestawów kina domowego. Nie ma tam nic, co mogłoby wzbudzić jakieś głębsze zainteresowanie. Nawet obecność dobrych aktorów raczej drażni, bo po pierwszym kwadransie widać jak reżyser do spółki ze scenarzystą marnują ich. "Virus" to kolejny dowód na to, że X Muza od dłuższego czasu pożera własny ogon - co widocznej jest szczególnie na polu horroru (i niestety sf). Można by nawet pokusić się o nadzieję, że stężona dawka plagiatu, którą ostatnimi laty otrzymujemy, zadziała zgodnie z zasadami odkrytymi przez Pasteura. I może jeszcze nie ten "Virus", ale jakiś następny okażą się skuteczną szczepionką.

Virus, reż. John Bruno, 1999


Poprzednia strona Spis treści Następna strona