'No cóż, czego można spodziewać się po
filmie opartym na grze komputerowej ?' Z takim nastawieniem poszedłem obejrzeć kolejne
hollywoodzkie 'arcydzieło SF'. Muszę przyznać, że przyjemnie się rozczarowałem.
Film Chrisa Robertsa nie jest totalnie, okropnie, straszliwie fatalny. Jest zaledwie
kiepski. Fakt, spotykamy w nim znane z gier postacie: Christophera Blaira, Todda
"Maniaca" Marshalla, Jeanette "Angel" Deveraux, Paladina, gen.
Tolwyna... ale, jak łatwo się domyślić po budżecie filmu, nie grają ich Hamill,
Walken czy inni znani z gier komputerowych aktorzy. Jedynym ciekawym akcentem jest
obsadzenie w roli dowódcy TCS 'Tiger Claw' Jurgena Prochnowa (który grał rolę kapitana
w 'Das Boot').
Intryga w filmie jest prosta i nieskomplikowana: Kilrathi atakują bazę sił ziemskich
i dzięki tajemniczej awarii systemu samozniszczenia uzyskują NavCom, komputer
nawigacyjny, dzięki któremu mogą dostać się na Ziemię w 24 godziny. Główne siły
kosmicznej floty Ziemi są oddalone od Ziemi o 25 godzin - brakująca godzina może
przesądzić o losach wojny. Generał Tolwyn postanawia więc rozkazać TCS 'Tiger Claw'
związanie walką sił Kilrathi na wystarczająco długo, by siły Ziemi zdążyły na
ostateczną bitwę.
Dalej intryga rozwija się dość przewidywalnie. Blair i Maniac przywiozą wiadomość
na pokład 'Tiger Claw', nawiążą się dwa wątki romansowe, ktoś zginie, a ktoś inny
będzie miał z tego powodu wyrzuty, ktoś będzie musiał zostać porzucony w kosmosie
dla dobra sprawy, a na końcu nadnaturalne zdolności Blaira, który jest
pół-Pielgrzymem (Pielgrzymi to ludzie, którzy wędrowali po kosmosie, mieli wrodzony
szósty zmysł nawigacji kosmicznej i toczyli ostatnio wojnę z Federacją - za co nikt na
pokładzie Tiger's Claw ich nie lubi), uratują mu (i milionom ludzi na Ziemi) życie. Ot,
norma.
Ale
to nie dla intrygi przyszedłem na ten film. Dla gry aktorskiej też nie. Efekty specjalne
- no cóż, efekty są niezłe pomimo niskiego budżetu filmu, ale jedna rzecz woła o
pomstę do nieba - Kilrathi. Przyszedłem na ten film chcąc zobaczyć 'kotki' i
pamiętając jeszcze z gry, jak były fajnie zrobione. Niestety, Kilrathi w filmie to
jakaś inna rasa, wielkie, łyse, nieruchawe, plastikowe zielone figurki wywołujące we
mnie odruchy repulsywne. Jedynym punktem, który odrobinę ratuje film jest to, że
Kilrathi mówią w języku Kilrathich, a pojawiające się na dole ekranu napisy są
robione ichnimi znaczkami, które dopiero po momencie transformują się w angielskie
litery. Miły akcent, ale nie zmywa fatalnego niesmaku, który zostaje po zobaczeniu
sprofanowanych 'kotków'...
Podsumowując - na ten film można się wybrać, jeżeli grało się w serię Wing
Commander, chociaż laicy też mogą go obejrzeć. To typowa space opera (z eterem etc.),
ale ze straszliwym miszmaszem konwencji. Mnie osobiście bawiło śledzenie zmian w
konwencji filmu (w jednym momencie walki powietrzne z Korei - szybkostrzelne działko i
rakiety, w drugim momencie bitwy okrętów podwodnych, jeszcze w trzecim - czasy
potężnych żaglowców wojennych i pełnych salw burtowych...), ale innych może to
irytować.
Na dodatkową wzmiankę zasługuje tłumaczenie, które jest na znacznie niższym
poziomie niż film. Tak, naprawdę jest tak złe. Fatalne. Jeżeli już mamy tę
kretyńską ustawę o ochronie języka polskiego, czemu nie zajmie się ona dystrybutorami
filmowymi? Najwyraźniej zlecają oni tłumaczenia filmów kuzynowi cioci siostry
dyrektora, który to kuzyn uczył się kiedyś w podstawówce języka polskiego - nic
innego nie przychodzi mi do głowy. Osobom bez znajomości języka angielskiego zalecam
omijanie tego filmu - w przeciwnym wypadku będą musiały czytać pojawiające się na
dole ekranu napisy mające uchodzić za tłumaczenie dialogów...