Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 4 [sierpień-wrzesień 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona

Leszek Karlik

21a.gif (27336 bytes)"Wing Commander"

'No cóż, czego można spodziewać się po filmie opartym na grze komputerowej ?' Z takim nastawieniem poszedłem obejrzeć kolejne hollywoodzkie 'arcydzieło SF'. Muszę przyznać, że przyjemnie się rozczarowałem.

Film Chrisa Robertsa nie jest totalnie, okropnie, straszliwie fatalny. Jest zaledwie kiepski. Fakt, spotykamy w nim znane z gier postacie: Christophera Blaira, Todda "Maniaca" Marshalla, Jeanette "Angel" Deveraux, Paladina, gen. Tolwyna... ale, jak łatwo się domyślić po budżecie filmu, nie grają ich Hamill, Walken czy inni znani z gier komputerowych aktorzy. Jedynym ciekawym akcentem jest obsadzenie w roli dowódcy TCS 'Tiger Claw' Jurgena Prochnowa (który grał rolę kapitana w 'Das Boot').

Intryga w filmie jest prosta i nieskomplikowana: Kilrathi atakują bazę sił ziemskich i dzięki tajemniczej awarii systemu samozniszczenia uzyskują NavCom, komputer nawigacyjny, dzięki któremu mogą dostać się na Ziemię w 24 godziny. Główne siły kosmicznej floty Ziemi są oddalone od Ziemi o 25 godzin - brakująca godzina może przesądzić o losach wojny. Generał Tolwyn postanawia więc rozkazać TCS 'Tiger Claw' związanie walką sił Kilrathi na wystarczająco długo, by siły Ziemi zdążyły na ostateczną bitwę.

Dalej intryga rozwija się dość przewidywalnie. Blair i Maniac przywiozą wiadomość na pokład 'Tiger Claw', nawiążą się dwa wątki romansowe, ktoś zginie, a ktoś inny będzie miał z tego powodu wyrzuty, ktoś będzie musiał zostać porzucony w kosmosie dla dobra sprawy, a na końcu nadnaturalne zdolności Blaira, który jest pół-Pielgrzymem (Pielgrzymi to ludzie, którzy wędrowali po kosmosie, mieli wrodzony szósty zmysł nawigacji kosmicznej i toczyli ostatnio wojnę z Federacją - za co nikt na pokładzie Tiger's Claw ich nie lubi), uratują mu (i milionom ludzi na Ziemi) życie. Ot, norma.

21b.gif (45249 bytes)Ale to nie dla intrygi przyszedłem na ten film. Dla gry aktorskiej też nie. Efekty specjalne - no cóż, efekty są niezłe pomimo niskiego budżetu filmu, ale jedna rzecz woła o pomstę do nieba - Kilrathi. Przyszedłem na ten film chcąc zobaczyć 'kotki' i pamiętając jeszcze z gry, jak były fajnie zrobione. Niestety, Kilrathi w filmie to jakaś inna rasa, wielkie, łyse, nieruchawe, plastikowe zielone figurki wywołujące we mnie odruchy repulsywne. Jedynym punktem, który odrobinę ratuje film jest to, że Kilrathi mówią w języku Kilrathich, a pojawiające się na dole ekranu napisy są robione ichnimi znaczkami, które dopiero po momencie transformują się w angielskie litery. Miły akcent, ale nie zmywa fatalnego niesmaku, który zostaje po zobaczeniu sprofanowanych 'kotków'...

Podsumowując - na ten film można się wybrać, jeżeli grało się w serię Wing Commander, chociaż laicy też mogą go obejrzeć. To typowa space opera (z eterem etc.), ale ze straszliwym miszmaszem konwencji. Mnie osobiście bawiło śledzenie zmian w konwencji filmu (w jednym momencie walki powietrzne z Korei - szybkostrzelne działko i rakiety, w drugim momencie bitwy okrętów podwodnych, jeszcze w trzecim - czasy potężnych żaglowców wojennych i pełnych salw burtowych...), ale innych może to irytować.

Na dodatkową wzmiankę zasługuje tłumaczenie, które jest na znacznie niższym poziomie niż film. Tak, naprawdę jest tak złe. Fatalne. Jeżeli już mamy tę kretyńską ustawę o ochronie języka polskiego, czemu nie zajmie się ona dystrybutorami filmowymi? Najwyraźniej zlecają oni tłumaczenia filmów kuzynowi cioci siostry dyrektora, który to kuzyn uczył się kiedyś w podstawówce języka polskiego - nic innego nie przychodzi mi do głowy. Osobom bez znajomości języka angielskiego zalecam omijanie tego filmu - w przeciwnym wypadku będą musiały czytać pojawiające się na dole ekranu napisy mające uchodzić za tłumaczenie dialogów...


Poprzednia strona Spis treści Następna strona