Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 5 [październik-listopad 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona


Zbójecki wywiad
z Anną Brzezińską

Framzeta: Może tradycyjnie zaczniemy od początku. Jak to się wszystko zaczęło?

Anna Brzezińska: Pierwszym dziełem literackim, jakie sobie przypominam, jest, hmm, opowieść stworzona na kanwie jakiejś rosyjskiej baśni - podejrzewam, że czegoś z Puszkina. Napisana na przednówku podstawówki. Moi rodzice zasypywali mnie różnego rodzaju baśniami i sporo było tam też literatury rosyjskojęzycznej, która - nie wiem, czy to ktokolwiek pamięta - była tania i ładnie ilustrowana. Ja rosyjskiego jeszcze nie znałam, więc próbowałam sobie te opowieści rekonstruować z obrazków.

F: I co się stało z tym dziełem?

AB: Użyłam tam słynnego dziś w rodzinie porównania, że jakaś kobieta była piękna "jak hurysa rajska" - co lekko moją rodzinę skonsternowało, ponieważ nie podejrzewano, że wiem, czym jest hurysa. Zresztą nie wiedziałam, a znaczenie tej sztuczki z dziewictwem też zrozumiałam dużo później. Oops, wyszło nam niezamierzone świństwo. W każdym razie kajet z opowieścią publicznie odczytano na jakimś spędzie rodzinnym, co mnie literacko zablokowało na parę długich lat. Miałam wrażenie, że oni wszyscy się ze mnie straszliwie naśmiewają. Tyle o posępnym wpływie krytyki na początkującego autora...

F: Czy krytyka nadal wpływa na Ciebie w tak dobitny sposób?

AB: Dobitny owszem, ale niezupełnie taki sam. Po tym, jak Nowa Fantastyka odrzuciła moje opowiadanie, zarzucając mu, hmm, niepoprawność polityczną - w amoku dopisałam mniej więcej 1/3 Zbójeckiego gościńca, między innymi bez miłosierdzia pastwiąc się nad ruchami milenijnymi, co naturalnie było jeszcze miej poprawne politycznie. Można powiedzieć, że najlepiej mi się pisze, gdy jestem zła - czyli niewątpliwie krytyka mnie dopinguje. Brawa dla krytyki.

F: ...i po owej dziecięcej opowieści pojawił się Zbójecki gościniec, Twoja pierwsza książka?

AB: No, nie.. w międzyczasie kilka lat jednak minęło.

F: Więc powstało coś jeszcze po drodze?

AB: Rozumiem, że nie interesują Was moje młodzieńcze wiersze? [śmiech]

F: Szczerze mówiąc, średnio... bez obrazy ;-D. Czy było coś prozą?

AB: Owszem. W późnej podstawówce spłodziłam całkiem serio kilka romansideł, chociaż może lepiej się do tego nie przyznawać? Natomiast pierwsze fantasy napisałam jakoś tak na przełomie ogólniaka i studiów. Zresztą nie zdawałam sobie wtedy sprawy, że to, co piszę, to fantasy.

F: A skąd wziął się Zbójecki gościniec?

AB: Z głowy, jak cała reszta.

F: Ale był pierwszą Twoją wydaną książką?

AB: Uhm. Jednak trzeba chyba wspomnieć, że rok wcześniej wydawnictwo NOWA odrzuciło inną moją książkę. Pokój jej pamięci.

F: Jak rozumiem, nie jesteś o niej najlepszego zdania?

AB: Trudno oceniać własne książki. Popełniłam tam sporo błędów, natomiast sam pomysł wydaje mi się ciekawy. Może kiedyś do niego wrócę.

F: Klimat panujący ZG trudno raczej określić jako optymistyczny i wesoły - czy to znaczy, że jej wymowa jest pesymistyczna?

AB: Kein spoiler. Chyba powinno się to okazać po lekturze ostatniego tomu? Zgoda na posępny klimat, ale to jeszcze nie jest tożsame z wymową książki.

F: Wszystkie postacie, jakie pojawiają się w tej historii, wydają się być mocno dwuznaczne - nawet bardziej dwuznaczne niż u Andrzeja Sapkowskiego. Czy jest wśród nich ktokolwiek, kogo można by określić jako postać pozytywną?

AB: [radosny śmiech] Według mnie zbój Twardokęsek, mój ideał mężczyzny...

[GULP! - przyp. red.]

F: Na ile tomów zaplanowałaś tę historię?

AB: Na trzy. I koniec. Z zasady sama nie kupuję cyklów dłuższych niż trzy tomy. Aczkolwiek byłoby miłe doczekać się w Fenixie recenzji zaczynającej się od słów: "W jubileuszowym czterdziestym czwartym tomie Twardokęsek, zbój, pirat, uzurpator, obieżyświat, najeźdźca i na jeźdźca, a oprócz tego leśny głupek...".

F: Kiedy możemy spodziewać się kolejnej części?

AB: Jak mnie nie będą rozpraszać czynniki niepowołane, to na początku przyszłego roku. A tak całkiem poważnie, odstęp roczny między poszczególnymi tomami wydaje mi się chyba najbardziej rozsądny. Jednak w pewnym momencie pisanie fantasy może zacząć kolidować z moją pracą. Zresztą już teraz koliduje.

F: A jaka jest geneza tak niewątpliwie pokrętnej postaci jak Babunia Jagódka? Skąd się wzięła?

AB: Genezy samej postaci nie pamiętam. A jak powiem, że wyskoczyła mi z głowy jak Atena Zeusowi, to wyjdę na megalomankę...

F: Pytanie, czyja ręka trzymała topór?

AB: W przypadku pierwszego opowiadania - trudno powiedzieć. Wszystkie następne zawdzięczamy Maćkowi Parowskiemu. Całuski dla Maćka.

F: Przygody babuni, jak się wydaje, mają miejsce w świecie Zbójeckiego gościńca? Czy łączy ją coś z Twardokęskiem i innymi?

06.jpg (21742 bytes)AB: Nic, o czym bym wiedziała. Połączenie zostało stworzone trochę sztucznie, niejako na zamówienie mojego wydawnictwa. Opowiadanie napisałam wcześniej, ale w wersji pierwotnej rozgrywało się na bliżej niesprecyzowanym magicznym zadupiu. Jest to jedno z wielu opowiadań-humoresek, które tworzyłam gwoli rozrywki moich przyjaciółek z Lublina. Większość z tych opowieści po jednorazowym odczytaniu na naszych sabatach (bo od czasów ogólniaka tradycją są wspólne sobotnie spotkania) lądowała w koszu. Natomiast A kochał ją, że strach zupełnie przypadkowo dałam do przeczytania Ani Kubik z NOWEJ. Przy czym nie przyświecało mi bynajmniej pragnienie opublikowania tekstu, chciałam zwyczajnie, żeby się pośmiała. Ania stwierdziła, że opowiadanie wybitnie poprawiło jej humor i pokazała je Mirkowi Kowalskiemu, który zaniósł je do Nowej Fantastyki. W pewnym sensie wszystko potoczyło się troszeczkę obok mnie. Na końcu zaś Mirek Kowalski z NOWEJ uznał, że byłoby dobrze, gdyby opowiadanie w pewnym sensie zapowiadało Zbójecki gościniec i rozgrywało się w tym samym świecie. Kazali, to zmieniłam.

F: Czy właśnie to opowiadanie odrzuciła zarówno Nowa Fantastyka jak i Fenix?

AB: Nowa Fantastyka owszem, natomiast nie mam pojęcia, skąd wzięła się plotka, jakoby odrzucił je Fenix. Z tego, co wiem, a wydaje mi się, że potrafię prześledzić losy własnego tekstu, nigdy nie zaproponowano go Fenixowi.

F: Lubisz tę postać?

AB: Którą? Redaktora, który mi tekst odrzucił? A jak powiem, że darzę go nieustającą czułością, to mi uwierzycie?

F: Nie, chodzi o Babunię Jagódkę.

AB: Owszem. I to nawet bardzo, aczkolwiek zamierzam stawiać zdecydowany odpór posądzeniom, że jest to moje porte parole. Babunia jest wredna, cyniczna i obrzydliwie aheroiczna. To miła odmiana po literaturze zasiedlonej klonami Conana.

F: Czy Babunia pojawi się jeszcze na łamach?

AB: Najprawdopodobniej. Obiecałam Joe Annie, że napiszę dla niej i na jej stronę kolejną opowieść o Babuni. Sprawa się trochę przeciąga, bo pochłonęła mnie praca nad Żmijową harfą, ale prędzej czy później Jagódka się pojawi - i najprawdopodobniej zostanie także opublikowana w Fenixie.

F: I to wszystko? Nie będzie więcej Babuni?

AB: Znów muszę powtórzyć: trudno powiedzieć. Na razie koncentruję się na kontynuacji Zbójeckiego gościńca. Chciałabym kiedyś wydać cykl opowiadań o Babuni, ale chwilowo nie mam na to czasu.

F: Czy pisanie to dla Ciebie bardziej przyjemność czy misja?

AB: Przyjemność. Nie mam zwyczaju katować się w czasie wolnym. Skąpo opłacanym, że tak bezwzględnie dodam...

F: Czyli spór na linii fantastyka rozrywkowa - fantastyka problemowa nie ma na Ciebie wpływu?

AB: No, powiedzmy niewielki. To się jakby niezupełnie łączy - przyjemność z pisania niekoniecznie musi łączyć się z uprawianiem Muzy frywolnej i podkasanej. Ja akurat tę ostatnią wybieram całkiem świadomie, ponieważ zaczęłam czytać fantastykę dość późno. Już po tym, jak otarłam się o klasyczny kanon literatury i dokładnie wiedziałam, czego od fantastyki oczekuję. Rozrywki.

F: Czy to znaczy, że nie jesteś zwolennikiem odrabiania w fantastyce tego, co zostało już zrobione w mainstreamie?

AB: Nie jestem zwolennikiem odrabiania czegokolwiek. Czasami odnoszę wrażenie, że ewidentna wśród części krytyków-fantastów tęsknota za uznaniem mainstreamu jest przejawem utajonych kompleksów. Nomina sund odiosa, więc użyję porównania muzycznego: nikt o zdrowych zmysłach nie będzie porównywał Corelliego z Sex Pistols. A kwestii gustu i tak nie rozstrzygniemy. Osobiście słucham jednego i drugiego, z równą przyjemnością, choć w różnych nastrojach. Uważam, że po ogrodach literatury należy przechadzać się swobodnie, bez schlebiania cudzym gustom.

F: Co możesz powiedzieć na temat swoich inspiracji?

AB: Może na początku anegdota. Otóż od skończenia ogólniaka nie zdarzyło mi się wziąć w łapki Lalki Bolesława Prusa. Natomiast z pewnej recenzji ZG dowiedziałam się, że początek mojej książki jest pastiszem początku tejże Lalki. Zasmuciło mnie to o tyle, że jako żywo nie przypominam sobie, jak się książka Prusa zaczyna. Tyle o ryzyku nadgorliwego krytyka, który wszędzie dopatruje się nawiązań. Moje inspiracje wywodzą się głównie z historii i przez to, siłą rzeczy, są trudniejsze do wyśledzenia. Przykładowo, kiedy piszę o konflikcie między bodajże świątynią a opactwem, czyli wielkiej wojnie o gacie - nawiązuję do dwunastowiecznej debaty o istotę monastycyzmu. Ale pisma Bernarda z Claivaux nigdy nie trafiły do zestawu lektur szkolnych, toteż są mniej znane niż Lalka Bolesława Prusa. I tutaj chyba powinnam się odrobinę wytłumaczyć. Doskonale wiem, że wiele z tych nawiązań może pozostać niezauważone. Ponieważ jednak wyśmienicie się przy tym bawię i nie uważam, że czytanie książki sprowadza się do erudycyjnej gry między autorem i czytelnikiem, nie robię sobie nadmiernych wyrzutów. Mam nadzieję, że nawet bez znajomości kontekstu historycznego niektóre z tych sytuacji pozostają śmieszne. A jeśli ktoś zna kontekst historyczny - to tym lepsza zabawa. Przynajmniej tak twierdzą moi przyjaciele, historycy.

F: Jesteś mediewistką, czyli historykiem zajmującym się sprawami średniowiecza. Czy ten fakt pomaga w pisaniu? Zwłaszcza pisaniu fantasy?

AB: Ogólnie czy w moim przypadku? Refleksji ogólnej się nie podejmuję, nie mam pojęcia, jakie wykształcenie odebrali wszyscy pisarze fantasy. Niewątpliwie wykształcenie historyczne pomaga uniknąć pewnych oczywistych błędów historycznych.

F: Jak na przykład?

AB: Nie dam się podpuścić i przykładów nie będzie - przyjaciele fantaści zabiliby mnie na pniu. Właściwie nie chodzi nawet o błędy w terminologii, znacznie gorsze jest, powiedzmy, tworzenie historii alternatywnej w stylu: "Jak sobie mały Kazio wyobraża...". Jak ładnie napisał Andrzej Sapkowski: studia akademickie uczą korzystania ze źródeł. Oraz pokory.

F: Jaką postać ze średniowiecza lubisz najbardziej, a jaką najmniej?

AB: No nie, nie mam takiej jednej ulubionej. Od dziecka nasiąkałam kulturą antyczną i średniowieczną, dlatego zbyt wiele tych postaci kłębi mi się w głowie, żebym mogła dokonać podobnego wyboru. Gdyby się upierać, wybrałabym pewnie postać z mojej pierwszej książki, którą czytano mi, gdy byłam jeszcze bardzo małą dziewuszką i sama nie umiałam czytać - Odyseusza. To była pierwsza bajka i pierwsza opowieść mojego dzieciństwa, a w każdym razie tak to zapamiętałam.

F: A z tych rzeczywistych postaci?

AB: To znaczy jakich? Bo przecież nie możemy wiedzieć z całą pewnością, że nigdy nie było kogoś takiego jak Odyseusz? Wbrew pozorom to, co współcześnie nazywamy historią, nie jest tym, jak postulował von Ranke, "jak to było naprawdę". Rekonstruujemy historię ze źródeł, pisanych i materialnych - zawsze trzeba pamiętać, że to tylko rekonstrukcja. Nigdy nie będziemy wiedzieć, jaka była naprawdę pasterka, która potem została Dziewicą Orleańską. Mogłabym powiedzieć, że jest to jedna z moich ulubionych postaci, ale zaraz powstaje pytanie, o jakiej właściwie Joannie mówimy - bo przecież nie o tej zrekonstruowanej z akt procesowych.

F: Czy z historią wiążesz jakieś plany na przyszłość?

AB: Zawodowe. Piszę doktorat o wzorcu królowej w szesnastowiecznej Rzeczpospolitej, a co będzie później - zobaczymy. Aha - tutaj jest dobre miejsce, żeby zdementować plotki, jakobym już ten doktorat obroniła. Bodajże Gazeta Wyborcza pisała, że obroniłam doktorat z magii staropolskiej. To nieporozumienie, chodziło o moje magisterium.

F: A jak wyglądają bardziej dalekosiężne plany twórcze?

AB: Skończę trylogię o zbóju Twardokęsku. Poza tym od dawna myślę o współczesnym horrorze osadzonym w realiach Polski lat osiemdziesiątych. Kiedyś zapewne napiszę też opowieść inspirowaną Ksenofontem i jego Wyprawą dziesięciu tysięcy. To daje mi zajęcie na najbliższe pięć lat, prawda?

Chyba starczy. A poza tym wino się kończy...

F: Racja. Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Grzegorz Wiśniewski


Poprzednia strona Spis treści Następna strona