Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 5 [październik-listopad 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona


The Phantom Menace
Garść wrażeń, część 1

Postanowiliśmy otworzyć dyskusję na temat pierwszej części Gwiezdnych Wojen, która we wrześniu zawitała na nasze ekrany, wzbudzając bardzo zróżnicowane reakcje widzów (obszerną recenzję opublikowaliśmy w trzecim numerze Framzet). Przedstawiamy Wam obszerną garść wrażeń miłośników fantastyki. W przyszłym numerze będziemy kontynuować temat. Jeśli chcielibyście podzielić się z nami Waszymi uwagami na temat Mrocznego widma piszcie do nas. Opublikujemy najciekawsze wypowiedzi.


Przez jakiś czas musiałem znosić utrudnienia spowodowane ciągłą atywnością bariery antyspoilerowej - zatykanie uszu i przymykanie oczu na wszystko, co mogłoby zepsuć odbiór filmu było niesłychanie uciążliwe, tym bardziej że sam film wciskał się wszędzie, jak w tym starym dowcipie o Gierku. Kiedy wreszcie moja udręka się skończyła, spostrzegłem, że nie warto było. Mogłem spokojnie się wczytywać, wsłuchiwać i podglądać, aby potem kompletnie "zaspoilowany" pójść do kina i wyjść z niego równie usatysfakcjonowany - dlaczego?

W części I GW nie ma żadnej zagadki, nie ma tajemnicy, brak jest iskrzenia na lini widz-dzieło. Dostajemy po prostu łagodnie przyprawione, łatwe do strawienia danie, które można przełknąć bez popijania. Treść filmu całkowicie wypełnia przygoda - taka, o jakiej zapewne marzą rówieśnicy (i rówieśniczki, bądźmy p.p.) małego Anniego tłumnie zgromadzeni przed ekranem. Jest to po prostu dobry film dla dzieci w każdym wieku - moim i Twoim również. Kto oczekuje więcej popełni błąd jak ja, który z uwagą wpatrywałem się w ekran pochłaniając to danie przyrządzone przez Lucasa w każdej chwili oczekując, że zazgrzyta mi w zębach ziarenko pieprzu. Patrząc na przykład na małego Anakina o cherubinkowatym wyglądzie cały czas widziałem na jego miejscu posępnego Lorda Sith - aż do momentu, kiedy ten czymś uradowany podskoczył z okrzykiem "Jupiiii". (Spróbujcie sobie wyobrazić Vadera na jego miejscu :-) Od tego miejsca kontynuowałem konsumpcję już całkowicie zrelaksowany.

Smacznego!

Robert Osowiecki


Nie wymagam od filmu, żeby fabuła była logiczna i sensowna. Wystarczy, żeby na dwie godziny zapewnił mi godziwą rozrywkę. Niestety The Phantom Menace (w wersji Die Dunkle Bedrohung :-) nie tylko nie jest wciągający, ale wręcz denerwujący. Jest kilka powodów takiego stanu rzeczy.

08a.jpg (15811 bytes)Po pierwsze - Jar Jar Binks. Stworzony według wzorca disneyowskiego sidekicka, po to aby dzieci miały kogo lubić Taki słodki, taki milutki, taki rozkosznie niezdarny. W połowie filmu zacząłem marzyć o zabłąkanym strzale z lasera trafiającym go miedzy uszy. Uświadomiłem sobie jednak, ze to by oznaczało konieczność oglądania jego pięciominutowej łabędziej pieśni, i zacząłem w zamian marzyć o kinie interaktywnym, gdzie sam mógłbym się zaczaić na JJB i ozdobić jego uszami moje drzwi.

Po drugie - Samuel Jackson, czyli wielkie rozczarowanie. Cala jego gra to zdumione miny i retoryczne (względnie głupie) pytania. A ja tak lubię tego aktora! Cieszyłem się, że wystąpi i miałem nadzieję obejrzeć ciekawą rolę. Nic z tego. A propos gry aktorskiej - Liama Neesona nie widziałem nigdy wcześniej, ale nie mogłem się oprzeć wrażeniu, ze cały czas podczas kręcenia filmu cos go bolało Minę miał taka jakąś krzywa.

Po trzecie - Wyścigi na Tatooine. Reklamowane jako scena pełna akcji i napięcia. Akurat. Neeson stawia tyle rzeczy w zakład, że od razu wiadomo kto wygra. Jednak w wyścigi wmontowano parę scen zwiększających napięcie, które we mnie osobiście wzbudziły atak ziewania. Nie szkodzi, ze kupy się to nie trzyma (nie widziałem, żeby ktoś przymocował z powrotem cześć odłamaną przez Sebulbę), ważne żeby "momenty były".

Będąc już przy wyścigach - handlarz nie przyjmuje pieniędzy Republiki. (Nie handluje z nią ? Ani on, ani nikt inny?) Okazuje się odporny na siły Jedi, a co więcej, jest jedynym, który może sprzedać potrzebny sprzęt. Wszystko to w pierwszym sklepie, do którego bohaterowie weszli.

Sceny końcowe (bitwa itp.). Takie sterowanie droidow, to ... Można by ich rozjechać husarią Żółkiewskiego. Okazuje się tez, ze Federacja Handlowa ma dość żołnierzy na opanowanie całej planety, ale nie dość, żeby jednocześnie obsadzić pałac i zniszczyć _dwie_ kopuły chronione polem siłowym

Krotko mówiąc, zamiast filmu z dusza i myślą dostajemy starannie opakowany produkt marketingowy. Aż się chce spytać - widział kto Blade Runnera?

Eryk Remiezowicz


Muszę przyznać, że kiedy w końcu udałem się obejrzeć TPM, nie byłem tym już tak przejęty, jak pójściem do kina na Edycję Specjalną czy nawet oglądaniem trailera do TPM. Ale kiedy już wygodnie usiadłem w fotelu i zobaczyłem początkowe napisy...

08b.jpg (8621 bytes)Film jest świetny i MSZ wszelkie narzekania, że odstaje w dół od Epizodów 4-6, są bezzasadne i naciągane. :-) Nie rozumiem narzekań na płytkość scenariusza, na przykład - wiele osób najwyraźniej nie do końca pojęło polityczne zawiłości fabuły (która faktycznie nie jest skomplikowana, ale to w końcu Gwiezdne Wojny). Narzekań na kiepską grę aktorów też nie - Liam Neeson, według mnie, świetnie pokazał to, jak zachowuje się Mistrz Jedi. Spokój i opanowanie. Co według krytyków miałby robić, śpiewać i tańczyć?

Ale najlepszą stroną filmu są zawarte w nim niespodzianki - dlatego jestem strasznie zdenerwowany na to, że w trailerach pokazano dwustronny miecz Darth Maula. Z konstrukcji filmu wynika, że to miała być niespodzianka.

A więc krótko, co mi się w filmie podobało, a co nie: do pozytywnych stron zaliczę postać Darth Maula (podobną do jakże lubianej postaci Boby Fetta - tajemniczy, mało się odzywa i jest świetnym wojownikiem), postacie Qui-Gon Jinna i Obi-Wana (rycerze Jedi jak się patrzy, świetni wojownicy i zarazem negocjatorzy), Shmi Skywalker (aż się łza w oku kręci...), armię droidów Federacji, Coruscant, budynek w którym zbiera się rada Jedi (popatrzcie na niego - czy nie przypomina wam czegoś z oryginalnej trylogii? ;-)), sugestywne ukazanie rozpadu Republiki poprzez pokazanie Senatu oraz wspaniałego Senatora Palpatine. No i oczywiście nagłą śmierć Maula - spodziewałem się, że będzie kimś w rodzaju Vadera, głównym przeciwnikiem aż do trzeciego epizodu, a tu... ciach! :-)) Bardzo odświeżające i niehollywoodzkie podejście.

Do negatywnych zaś: pokazanie dwustronnego "miecza" Maula w trailerach, kiepską bitwę w kosmosie (gdzie jej tam do bitwy w Powrocie Jedi!), no i zakończenie problemu droidów bojowych w stylu deus-ex-machina (chociaż wytłumaczenie, że droidy były _zasilane_ ze statku kontrolnego jest odrobinę lepsze, no i tłumaczy, dlaczego cały statek był po brzegi napchany generatorami mocy, które tak ładnie, łańcuchowo wybuchały, kiedy Anakin zniszczył pierwszy z nich). Osobiście wolałbym, żeby rozwiązaniem problemu armii droidów i floty Federacji Handlowej okazała się wychodząca z nadprzestrzeni siła uderzeniowa Republiki, pod dowództwem nikogo innego, niż naszego Dobrego Kanclerza Palpatine... :-)))

Natomiast za niesłuszne i chybione uważam zarzuty co do plastikowości otoczenia - na Tatooine wszystko jest brudne i podniszczone, tak jak powinno być, natomiast w Epizodach 4-6 na statkach Imperialnych było czysto i porządnie, więc trudno spodziewać się, żeby w Theed lub na Coruscant było inaczej. Osoby gardłujące za śmiercią, rozczłonkowaniem, zabiciem i rozszarpaniem Jar-Jar Binksa wprawdzie rozumiem (bo mam podobny stosunek do Ewoków), ale uważam, że nie mają racji twierdząc, że został tam wpakowany tylko dla merchandisingu. To co, fajtłapa C3PO też został wstawiony do Gwiezdnych Wojen jako narzędzie Złego I Niedobrego Marketingu?

No, i to by chyba było na tyle.

Leszek Karlik

Star Wars Junkie; member of POEE, LDD, ZUKiH, OHOMSA and KDSM. Hail Eris!

CAUTION: JEDI DUELLING AREA
Narrow Walkways and Large Bottomless Pits with No Railings Ahead
No One Without A Lightsaber Beyond This Point.


Mimo iż wyszedłem z kina niespecjalnie poruszony tym filmem, nie zgadzam się z opinią, że jest zły. Oczywiście, w pewnym momencie traci impet (choć doprawdy nie jest to specjalnie odczuwalne), występuje w nim toksyczna dawka political corectness w postaci dziecka jako głównego bohatera, Murzynów jako decydentów (po jednym w Radzie Jedi i u boku Amidali, podczas gdy cała reszta postaci to biali), czy "wspaniałego" akcentu z równouprawnieniem dyskryminowanej dotąd rasy Gungów (plus wiwaty i ogólnie Flower-Power w ostatniej scenie). Denerwujące jest także strywializowanie pochodzenia Mocy, czy zrobienie z Rady Jedi zoo raczej, niż statecznego zgromadzenia. Że nie wspomnę o Jar-Jar Binksie. Takie obsuwy zdarzają się w każdym filmie, który z założenia ma dotrzeć do zbyt wielu pokoleń naraz, i ma odpowiadać zbyt wielu gustom jednocześnie.

Mimo to ta wielokierunkowość jest bardzo sprytnie skonstruowana. Każde pokolenie, jakie potencjalnie może zjawić się w kinie, ma swojego bohatera. I to bohatera, który zdaje się stanowić główną oś fabuły. Dla dzieciaków jest latający na wymarzonych maszynach Anakin, dla młodzieży zarówno Obi-Wan przeżywający romantyczną wyprawę w obronie pięknej księżniczki, jak i Amidala, ważna, pławiąca się w luksusach młoda osóbka, która ratuje ludzi i łączy rasy. Trochę starsi dostają Qui-Gona, poświęcającego życie w imię szczytnych ideałów. Dla jeszcze trochę starszych, z niespełnionymi ambicjami jest wikłający się w polityczne intrygi Palpatine, wzorzec człowieka sukcesu. A i dziadkowie nie będą zawiedzeni - przecież ten zielony staruch, Yoda, jest przez wszystkich poważany. I jak dobrze się trzyma, jak na swoje lata! I każdy z widzów nagle jest zadowolony. Bo miło jest patrzeć na bohaterów, bez których na pewno Naboo nie udałoby się ocalić. Jednak, co by nie mówić o bohaterach, prawdziwą osią filmu jest, wbrew przekonaniu wielu, nie Anakin, a pozornie nie rzucający się w oczy Palpatine. To wykonany na jego polecenie najazd na Naboo otwiera film, to on przez cały czas splata sieć intryg, wreszcie to jego nominacja jest w scenie finałowej Mrocznego widma.

Co do samego filmu jednak - przede wszystkim zachwyciło mnie utrzymanie klimatu obecnego w poprzednich częściach Gwiezdnej Sagi. Mimo zmiany mentalności pokoleń, mimo zupełnie nowej obsady aktorskiej, mimo nieporównanie bardziej wyrafinowanej techniki kręcenia filmów, obraz utrzymał dawną stylistykę. Dzięki temu ci, którzy w latach młodości oglądali epizody IV, V i VI mają wrażenie powrotu do starej, dobrze znanej piaskownicy.

Podstawowa jednak siła filmu drzemie w fabule. Jeśli dobrze oceniam zamysł, jakim kierował się Lucas przy budowaniu tej części sagi, a także jeśli dobrze rozumiem wydarzenia przedstawione w filmie, to mylą się bardzo ci, co wybrzydzają na błahość fabuły. Na absurdalność i nieciekawość akcji opartej na zatargu o taksy celne. Mylą się, ponieważ wojna oparta na tak błahej przyczynie autentycznie jest osią filmu. I to osią niesłychanie ważną dla dalszych części sagi. Naturalnie - może się okazać, że fatalnie błądzę przypisując Lucasowi zbyt wielkie walory umysłowe, że nadinterpretowuję w tym momencie film, przypisując mu nieistniejące głębie i znaczenia, ale...

Sytuacja przedstawiona w filmie jest bardzo prawdopodobna nawet w dzisiejszych czasach. Wystarczy popatrzeć na niedawną wojne NATO z Jugosławią - dobro Albańczyków nie było raczej prawdziwym powodem jej wybuchu. W tylu państwach są zabijani w wojnach domowych ludzie, a NATO zdecydowało się uderzyć akurat w Jugosławię. Można tylko domniemywać rzeczywistych powodów takiej wojny. Sięgnijmy zresztą pół wieku wstecz, do naszej własnej historii - oficjalną przyczyną wybuchu II wojny światowej był przecież atak "polskich" żołnierzy na nadajnik w Gliwicach. Historia świata zna wiele takich sytuacji, gdy wojna był już nieunikniona, ale brakło powodu do jej wywołania. Trzeba wówczas było wymyśleć coś, co było bliskie prawdy - i można było najeżdżać sąsiada w pełni prawa (swojego oczywiście). Najstarszą i najbardziej chyba znaną wojną rozpętaną z dziwacznego powodu była wojna trojańska. Żeby dla jednej kobiety równać z ziemią całe miasto...

W przypadku Mrocznego Widma prawdziwa przyczyna wojny Federacji Handlowej z Naboo wyjdze w praniu - czyli objawi się po drugiej i trzeciej części sagi. Jednak już w tej chwili można się pokusić o jej naświetlenie.

Jak większość uważnych widzów spostrzegła, cała chryja z blokadą Naboo była zasługą Darth Sidous, czyli senatora Palpatine'a przebranego w ciemny płaszcz. Dlaczego jednak tak bardzo zależało mu na zdobyciu Naboo? I czy rzeczywiście zdobycie tej niewielkiej planetki i wzmocnienie Federacji Handlowej było jego rzeczywistym celem?

Na przeszkodzie jednoznacznej interpretacji jego poczynań stoi podstawowa przeszkoda - Palpatine był Jedi. A ci, w zależności od swej siły, potrafią przewidywać przyszłość. W związku z tym trudno jest tak do końca odgadnąć motywacje Palpatine'a - widz nie wie, w którym momencie sytuacja rzeczywiście zaskakuje mrocznego Jedi, a w którym jedynie udaje on zaskoczenie. Wydaje się jednak, że jeśli nawet potrafi przewidzieć poczynania zwykłych ludzi (pozwólcie, że wszystkie rasy będę pakował do worka z napisem "ludzie"), o tyle nie jest w stanie przewidzieć poczynań samych Jedi. Prawdopodobnie dlatego też usiłował pozbyć się Qui-Gona i Obi-Wana, gdyż jako Jedi mogli niebezpiecznie zakłócić jego plany. Co też zresztą zrobili.

Na atak na Naboo złożyło się kilka kwestii (i nie mówię tu o tych nieszczęsnych taksach celnych). Podstawową było prawdopodobnie skonfrontowanie dwóch potęg - rosnącej w siły, dysponującej własnym wojskiem Federacji Handlowej, z obumierającą i grzęznącą w biurokratyźmie i korupcji Republiką. Palpatine chciał wybadać, na ile silna jest jeszcze Republika. Na ile bezkarnie może się czuć intruz zagrażający jednej z republikańskich planet (przypominają się Niemcy hitlerowskie badające, na ile można drażnić Anglię - po Austrii i Czechach tą granicą tolerancji stała się Polska). I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie mały Anakin, który w stylu dowolnym rozwala orbitalny generator i niweczy wszelkie szanse na oparcie przyszłego Imperium o Federację Handlową. Palpatine jednak jest nie w ciemię bity i jako szczwany polityk zabezpieczył się na dwa fronty - nie tylko przewodzi Federacji Handlowej, ale też stara się o fotel senatorski z ramienia Amidali. I skoro siły Federacji zostały złamane, pozostaje oficjalna droga kariery - od senatora do imperatora (ciekawe hasło kampanii wyborczej : )). Palpatine nie musi się już więc głowić nad podbojem Republiki, skoro owce same wpuściły wilka do owczarni jako pasterza.

W tym momencie Federacja Handlowa jest już niepotrzebna jako narzędzie przetargowe - ba! Staje się zawadą. Jako konkurent mogący zagrozić budowanemu przez Palpatine'a Imperium, musi zostać upokorzona tak, by nigdy więcej nie stanowiła zagrożenia. Chyba że od początku to, a nie co innego właśnie, było celem Palpatine'a. Że od początku chodziło wyłącznie o zniszczenie Federacji Handlowej, wyposażonej w nowoczesną broń, wyrastającej na liczącą się potęgę republikańskiego świata. Potęgę, której nikt nie chce, ani nie ma czasu się przeciwstawić. Której nawet senat boi się powiedzieć "nie". Zwłaszcza, że to właśnie Palpatine zmusił członków Federacji do przedsiębrania kroków nie zawsze zgodnych z ich zamiarami. To on spowodował, że posunęli się stanowczo dalej, niż chcieli, i niż musieli, w związku z czym nie mogli się już w żaden sposób wycofać. Mogli iść tylko do przodu. Aż do smutnego dla nich końca.

Drugorzędnym powodem inwazji jest zbudowanie kariery politycznej przez Palpatine'a. Z której strony by nie patrzeć, czy wygrałaby Federacja Handlowa, czy Republika, on i tak zyskiwał mocne stanowisko. Takie rozgrywki polityczne znane są zresztą od wieków. Wygrywanie jednych przeciwko drugim, podczas gdy samemu siedzi się na stołku wyłożonym ciepłym termoforem czekając na rozwój wydarzeń. Wystarczy popatrzeć, jak ingerowały w światową politykę Wielka Brytania (popierająca raz tę, raz drugą stronę czy to w Wojnach Napoleońskich, czy to w okresie międzywojennym w XX wieku), czy Rosja (wystarczy popatrzeć na Polskę XVIII wieku). A że wytrawny polityk, jakim jest Palpatine, wysługuje się do swych celów siłami zła, to żadna nowość. Nie raz przecież za takie mroczne siły robiły pieniądze obcego mocarstwa...

Ostatnim, choć bardzo naciąganym powodem zmuszenia przez Darth Sidousa Federacji Handlowej do inwazji na Naboo mogła być sama Amidala. Palpatine, Jedi potrafiący w pewnym stopniu przewidzieć przyszłość, mógł wyczuć, przewidzieć, że z łona Amidali narodzi się kiedyś silny Jedi. Nie potrafił określić, kto będzie jego ojcem, ale wychodząc z założenia, że on sam jest Jedi, i to bardzo potężnym, może zapragnął posiąść Amidalę jako żonę. Dlatego też naciskał na przywódców Federacji, żeby koniecznie zachowali ją przy życiu. A jeśli posunąć się jeszcze dalej, moża zaryzykować stwierdzenie, że Qui-Gon i Obi-Wan byli prześladowani przez Palpatine raczej z zazdrości o Amidalę, a nie z nienawiści do Jedi i mącenia przez nich na Naboo. To już jednak daleko posunięte dywagacje.

Mimo tych wszystkich zalet umysłu, mimo geniuszu politycznego, jakim wykazał się Palpatine przy budowaniu intrygi, nie można się powstrzymać przed uśmieszkiem pobłażania, gdy się wspomni nakręcone dwadzieścia lat temu części sagi. Gdy zwróci się uwagę na to, że ówczesny Imperator ten swój spryt ma już znacznie przytępiony (w sumie mogło się tam nakładać zgubne zjawisko demencji starczej). Bo skoro wyraźnie powiedziane jest, że Adeptów Ciemnej Strony może być tylko dwóch, Palpatine musiał być świadom, że oferowanie przez Vadera przygarnięcia i przekabacenia Luca jest absurdem - bo któryś z nich musiałby odejść ze świata bożego. Pech chciał, że odeszli wszyscy czarni, zamykając tym samym definitywnie pewien okres w dziejach świata.

Śmieszy też nieco dziurawa pamięć Anakina/Vadera. Bo dziwny to człowiek, który nie wynosi z walki żadnej lekcji. Zapomniał biedaczek, że prymitywna rasa (Gungowie/Ewoki) potrafi z Bożą pomocą (czytaj: Rebeliantów/wygnańców prowadzonych przez niedoszłego rycerza Jedi) pokrzyżować wszelkie plany. Znaczy się zniszczyć orbitalny generator/bazę militarną. Przecież historia z dzieciństwa Anakina ordynarnie powtórzyła w okresie, gdy Anakin już jako Vader dowodził całością sił Imperium. Czy może trzeba tu wpleść jakieś wątki okrutnego Fatum, które kieruje nieszczęśliwym żywotami bohaterów? Które powoduje, że Vader świadomie "zapomniał" swoje doświadczenia, starając się tym samym przyśpieszyć upadek Palpatine'a? Chociażby przez upokorzenie go tym samym, co dawniej fortelem? Tego chyba jednak nigdy się nie dowiemy.

Jak więc widać, wojna o taksy celne tylko z pozoru jest błaha i nieciekawa. Zakładam, że następne dwa epizody rozjaśnią sprawę na tyle dokładnie, że pierwszą część trzeba będzie traktować jako fragment dużego filmu, jako swego rodzaju rozbiegówkę, a nie samodzielny film. Że po latach będzie można stwierdzić: "to była dobrze przemyślana i wspaniale zrealizowana część".

Chyba że strasznie się mylę, a Lucas jednak stał się umysłowym impotentem...

Jarosław Loretz


Poprzednia strona Spis treści Następna strona