|
|
|
Bardzo rzadko zdarzają się takie kreacje SF, które nie wywołują u mnie owego irytującego, a jednak spowitego zarazem w mgiełkę złej satysfakcji uczucia: że mianowicie autor poszedł na łatwiznę, że ugrzązł w uproszczeniach dla uatrakcyjnienia fabuły, że zatrzymał się w pół drogi i nie domyślał wszystkiego do końca, nie zaskoczył mnie, nie zadziwił; słowem: nie zamieszał w mojej wyobraźni. Takie utwory są przynajmniej o tyle pożyteczne, że pobudzają czytelniczą imaginację na zasadzie katalizy. Natomiast owe perełki SF "skończonej", "kompletnej" - pozostawiają człowieka w stanie lekkiego otumanienia, niezdolnego już do dodania do kreacji czegokolwiek. Wrażenie jest jeszcze większe, gdy autor porusza się po dziedzinach i nas interesujących i na dodatek rozumuje w podobny sposób. Wówczas, w zależności od nastroju, czyta się rzecz z wypiekami na twarzy lub klnie zawistnie (ewentualnie jedno i drugie równocześnie). Że u mnie podobne pokrewieństwo algorytmów zdumienia zachodzi w przypadku Grega Egana, przekonałem się już po lekturze pierwszego spolszczonego jego kawałka, Dywanów Wanga. Wcześniej o Eganie nie wiedziałem literalnie nic. Dywany jednak rąbnęły mnie jak żadne opowiadanie SF od ładnych paru lat, i kiedy usłyszałem, iż stanowią one zaledwie wycinek większej całości, Diaspory mianowicie - skusiłem się na tę powieść momentalnie. No i oczekiwania wobec niej miałem mniej więcej takie: niech to będą Dywany razy dziesięć. Cóż - by nie trzymać dłużej w niepewności - to SĄ Dywany razy dziesięć. Od otwierającego rozdziału, w którym Egan daje pierwszy w SF tak szczegółowy i technicznie wiarygodny opis "od wewnątrz" powstania i rozwoju bytu zerojedynkowego aż po uzyskanie przezeń samoświadomości - do końcowych partii powieści, kiedy to zabiera czytelnika na taki rajd przez wszechświaty cztero- i sześciowymiarowe, ekosystemy oparte o obce fizyki, itp., że w porównaniu owa schematyczna, "przygodowa" SF ze szczyt list bestsellerów zdaje się zgoła kreskówką dla dzieci; od początku do końca jest Diaspora przykładem inteligentnej, oryginalnej i rzetelnie przemyślanej fantastyki naukowej, jakiej od czasu zamilknięcia Lema nie pisze się już prawie wcale. Oczywiście porównanie nie może iść zbyt daleko, bo sporo brakuje Eganowi do biegłości językowej i narracyjnej Lema. Jest Egan przedstawicielem owych zawodowych naukowców, którzy uderzyli w SF w ciągu ostatnich kilkunastu lat; w latach 70-tych most ponad Nową Falą przerzucali m. in. Niven i Pournelle - teraz mamy tu wcale liczną grupę, z Vinge'em, Baxterem i właśnie Australijczykiem Eganem na czele. Diaspora, posiadając wszystkie charakterystyczne dla ich utworów cechy - także wady - musi być uznana za jedno z najlepszych osiągnięć tej konwencji. Zresztą trudno powiedzieć, co dla kogo jest tu wadą. Jeśli się bowiem ktoś spodziewa szybkiej akcji, sensacyjnych intryg, sympatycznych postaci, wartkich dialogów, lektury łatwej i przyjemnej - no to przepraszam, drzwi obok. Akcja jest szybka: lecz mówię tu o akcji intelektualnej, na poziomie idei. Intrygi sensacyjne: lecz nie jest ich autorem żaden zbrodniarz, a sam wszechświat, zaś ich rozwikłanie nie wymaga byjamniej mrożących krew w żyłach pościgów ulicznych i strzelanin, raczej czegoś wręcz przeciwnego: zatrzymać się, zastanowić, wyobrazić sobie od A do B. Postaci sympatyczne; mhm, lecz cóż to za postaci, które nie posiadają nawet ciała? Rzecz cała zaczyna się bowiem pod koniec trzeciego millenium, gdy ludzkość zdywergowała w mocno różniące się od siebie formy biologiczne i postbiologiczne, w tym świadome programy procesujące na ukrytych głęboko pod powierzchnią Ziemi maszynach - polis. To z punktu widzenia obywateli owych polis, z punktu widzenia programów i z wnętrza ich digitalnych światów śledzimy zdarzenia. Na upartego można za głównego bohatera uznać Yatimę, bezpłciową istotę postludzką wygenerowaną w czeluściach polis Konishi z randomicznego ciągu zer i jedynek, tzw. zarodni umysłu. Jednak Egan swobodnie przeskakuje między historiami różnych postludzi, jeśli tylko ma mu to pomóc w prezentacji świata, teorii naukowych czy poszczególnych rozwiązań technicznych. A ma co prezentować! Trudno, żebym wyliczał tu wszystkie atrakcje (do tego by się bowiem sprowadziła każda próba ścisłego streszczania), mogę tylko zachęcić przykładami. U podstaw Eganowej fizyki pozwalającej na podróżowanie pomiędzy różnymi - i różnowymiarowymi - poziomami wszechświata (ale jakie to podróżowanie - właściwie jedynie w postaci informacji, do której ostatecznie sprowadza się wszystko) leży teoria Renaty Kozuch, dwudziestopierwszowiecznej polskiej fizyczki, która zhybrydyzowała (tzn.: zhybrydyzuje :-)) teorie superstrun i wormholi w model, w którym cząstki elementarne są w istocie wylotami przyplanckowych miniwormholi, a długość, szerokość, wzajemne połączenie i "obrót" takiego wormhola określają właściwości cząstki. Stąd wyprowadza cywilizacja software'owych obywateli kolejne eksperymenty potwierdzające, buduje dla ich przeprowadzenia stosowne urządzenia (akceleratory większe od Układu Słonecznego), rozwija użytkowe technologie podróży między poszczególnymi pakietami wymiarów, tzw. makrosferami (3D1T -> 5D1T -> 3D1T -> 5D1T, etc., ad infinitum), teoria Kozuch uogólnia się bowiem dopiero w 10 (a właściwie 16) wymiarach... A przecież to zaledwie podstawa, jeden z elementów Eganowej kreacji. Czytając zgrzytałem zębami. Wiele, bardzo wiele jest tu patentów, które sam zastosowałem w tekstach już skończonych lub właśnie pisanych - chociażby idea "tłumaczy pomostowych", hodowanych/wychowywanych do postaci pośredników międzykulturowych, dla wypełnienia idiomatycznej luki. Egan wyraźnie nie oszczędza na pomysłach. Oszczędza natomiast na mięsie fabularnym, Diaspora bez szkody dla literackiej wartości (a właściwie - z korzyścią) mogłaby zostać wypełniona do swej dwukrotnej objętości. Egan stara się spiąć poszczególne części i rozdziały na różne sposoby, faktem jest jednak, iż czyta się to bardziej jak zbiór powiązanych światem opowiadań, aniżeli powieść. Spójną opowieścią jest Diaspora dopiero na planie ponadfabularnym: opowieścią o wędrówce po dzikim ogrodzie nauki i wyobraźni w poszukiwaniu prawdy o wszechświecie. I o tym, jak można się podczas niej zgubić. P.S. Warto zajrzeć na domową stronę Grega Egana: http://www.netspace.net.au/~gregegan/index.html gdzie znajdują się m. in. szczegółowe wyjaśnienia koncepcji zawartych w Diasporze, także pomoce dla zobrazowania sobie operacji w przestrzeniach ponadtrzywymiarowych; no i np. pełny tekst Oceanic, zdobywcy Hugo za 1998 rok.
|