|
|
|
Pamiętam jak sam osobiście, na Nordconie'97, wierciłem Tomkowi Kołodziejczakowi dziurę w brzuchu, dopytując się kiedy na półki dotrze wreszcie wielokrotnie obiecywany kolejny tom cyklu Dominium Solarne. Jak rzeczywistość pokazała, szacunki samego autora okazały się nazbyt optymistyczne. Cieszę się jednak szczerze, że ten z dawna obiecywany dzień wreszcie nadszedł i oto trzymam w ręku Schwytanego w światła, cyklu Dominium Solarne tom drugi. I jak się zdaje - ostatni, jeśli wierzyć kategorycznemu słówku Koniec, widniejącemu po ostatnim akapicie. Zarówno Dominium Solarne jak i jego twórca to, jak mi się zdaje, ewenementy w obecnej - i dawnej - polskiej literaturze SF. W długiej historii naszej rodzimej fantastyki gatunek znany jako space opera nigdy nie był specjalnie silnie reprezentowany. Po wygaśnięciu boomu lat sześćdziesiątych na przygodowo-problemową eksplorację kosmosu, z której mistrz Lem wycisnął właściwie wszystko co się dało, niewielu autorów pozwalało sobie na wycieczki w te rejony. Jeżeli już, to zwykle w historiach tych zalegały hałdy paranaukowo dętego klimatu, który nie tylko nie uatrakcyjniał historii, ale wręcz odrzucał czytelnika trwale i na dużą odległość. Sprawnie napisana i interesująca SF dziejąca się w przestrzeni kosmicznej pojawiała się w nielicznych utworach zaledwie kilku twórców, pozostawiając zarówno jakościowy jak i ilościowy prymat całkowicie w rękach zagranicznych autorów. Lata siedemdziesiąte, zdominowane (przynajmniej w moich wspomnieniach) przez czarną serię KAWu pod redakcją Andrzeja Wójcika, wytworzyły w zniechęconym czytelniku i - przede wszystkim - w przeciętnym autorze atrofię apetytu na podobnie rozumianą fantastykę. Utwory zdolne odwrócić ten trend (z mojej subiektywnej listy: Planeta zielonych widm Zbigniewa Prostaka, Prawo do powrotu Janusza A. Zajdla, książki Bohdana Peteckiego czy wspominane z nostalgią i do dziś okupujące u mnie półkę Dalekie szlaki Siergieja Sniegowa) były zbyt nieliczne. Trudno się zatem dziwić, że w momencie wykształcenia się prężnego nurtu fantastyki socjologicznej, fantastyka polska odwróciła się od gwiazd i zajęła się raczej tematami bardziej przyziemnymi - co bynajmniej nie oznacza, że nieinteresującymi. Powieści o akcji rozgrywającej się w kosmosie, a zwłaszcza napisanych sprawnie i z rozmachem, zniknęły na dobre z panoramy polskiej SF na dobre kilka lat, aż do początku lat dziewięćdziesiątych. Wtedy to (darujcie, ale daty nie pomnę, a sprawdzić nie mam gdzie) pojawia się książka Tomasza Bochińskiego Kurierzy galaktycznych szlaków. To była już space opera pełną gębą. Lasery, pociski, wojna na wielką skalę i ...hmm... szczątkowo zarysowane postacie. Wydawało się, że oto nareszcie pojawia się szansa na powrót polskiej literatury w kosmos, w który ongi tak chlubnie została wprowadzona. Niestety nic z tego nie wyszło - z powodów oczywistych. Polski czytelnik masowy nie okazał się wycieczkami w kosmos zainteresowany, wybierając raczej fantasy jako podstawę literatury popularnej. Te niewesołe dla space opery okoliczności nie przeszkodziły jednak Kolorom sztandarów otrzymać nagrody im. Janusza A. Zajdla na Polconie'98 w Białymstoku. I co ważniejsze nie zablokowały pracy nad kolejnym tomem cyklu Dominium Solarnego - i dobrze, bo przecież cykl ten, stworzony przez Tomka Kołodziejczaka od podstaw, jest naprawdę czymś zupełnie nowym jakościowo na naszym podwórku. W Kolorach sztandarów, tomie pierwszym, opowiedziano już o tragicznych losach Daniela Bondaree, tanatora z planety Gladius, który z prostego żołnierza sił specjalnych stał się buntownikiem. Opowiedziano o jego dramatycznym udziale w próbie zaatakowania Korgardów, istot nieznanego pochodzenia, które bez powodu pojawiły się na Gladiusie szerząc tam śmierć i zniszczenie. Mimo powodzenia misji, Bondaree wpadł w łapy nowego skorumpowanego rządu i poniósł karę za nieposłuszeństwo. Teraz jednak, w kilka miesięcy później - które jemu mocą wirtualnego więzienia przemieniono w piętnaście lat - postanawia dokończyć swoją misję. Zamierza wykorzystać wszczepione mu w nogę dane, co do których żywi nadzieję, że pomogą w uwolnieniu Gladiusa od złowrogich Korgardów. Niestety Gladius ma już inny problem. Przyzwana spoza systemu pomoc Dominim Solarnego zaczyna z wolna przybierać charakter iście "braterskiej". Nowy rząd wykorzystuje rebelię do umotywowania daleko idących zmiany w aparacie urzędniczym oraz wojsku. Pojawia się kontyngent sił solarnych oraz wysocy urzędnicy spoza systemu. Ludzie ci, oficjalnie pełniący rolę konsultantów, są jednak sieciowcami - obywatelami solarnymi trwale podłączonymi do sieci - i faktycznymi dyrygentami polityki wewnętrznej Gladiusa. Tankred Salerno, najbardziej znaczący z nich, wykazuje zainteresowanie zwłaszcza dwiema kwestiami - Diną Tivoli, niedawną kochanką Daniela Bondaree, oraz ocalałymi żołnierzami sił specjalnych, którzy przebywali w bazie Korgardów. Jak się okazuje, kwestie te tylko pozornie są rozłączne. Poważny wypadek na stacji hiperprzestrzennej zarówno powoduje wzrost jego zainteresowania w obu powyższych kwestiach, jak i zmienia plany Daniela Bondaree, przebywającego w tym czasie w odległej części systemu planetarnego. Z łańcucha spuszczone zostają gladiańskie służby bezpieczeństwa oraz solarni komandosi - co, jak się wkrótce okazuje, bynajmniej nie wyczerpuje listy istot zainteresowanych Danielem. Podczas, gdy te liczne zastępy zajęte są pogonią, Dina poznaje niesamowitego Verdexa De Verdexa, człowieka, który nie tylko przeżył atak Korgardów, ale został także przez nich wypuszczony... Chyba starczy spoilerów. Kto chce, niech przekona się sam co jest dalej. A kto nie chce - postępuje głupio. Schwytany w światła to przede wszystkim kapitalnie odrobiony świat. Autor kreuje rzeczywistość na modłę cyberpunkową, przeskakując uwagą od jednego frapującego szczegółu do drugiego, pokazując działaniem bohaterów realia życia codziennego w stechnicyzowanym społeczeństwie nieledwie pangalaktycznym, gdzie otoczenie zmienia się bardzo szybko w mozaikę różnorodnych detali i zaskakujących idei. Łatwe do odnalezienia są tropy łączące świat Dominium Solarnego z wcześniejszymi opowiadaniami Tomka Kołodziejaczka oraz ze światem wykreowanym przez niego w Sferze, cyberpunkowym systemie RPG, publikowanym ongiś w Magii i Mieczu. W swoich pomysłach autor nie idzie w sztampę, posługuje się obmyślonymi do szczegółu - wolę nie myśleć ile mu to zajęło - elementami, z iście cyberpunkową rozrzutnością. Co charakterystyczne jednak - ilość i jakość szczegółów nie wpływa ujemnie na płynność narracji. Przeciwnie, zręczność w korzystaniu z ich zasobu wzmacnia klimat tekstu. I naprawdę wrażenia obierane przez czytelnika poprawia powtykana w opisy wydarzeń wielka rozmaitość drobiazgów. A mimo to książkę czyta się łatwo i z przyjemnością. Jednak nie samymi szczegółami człowiek żyje. Dopracowanie nie koncentruje się wyłącznie na detalach świata przedstawionego. W książce można znaleźć dłuższe fragmenty dotyczące wojen międzygwiezdnych, teorii hiperprzestrzeni, ksenobiologii, a nawet ksenofilozofii. I fragmenty te są naprawdę świetne. A filozofia parksów po prostu genialna. Sugestywny jest zwłaszcza sposób, w jaki z Daniel wyprowadza z podstaw nauki parksan to, kim są Korgardzi. Tak dobre rzeczy rzadko ogląda się w fantastyce ogólnie, a w naszej szczególnie, Brawo! Schwytany w światła to także rozmach. Wielkie konstrukcje kosmiczne, stacja hiperprzestrzenna, baza parksów. Kreślone oszczędnie (szczerze mówiąc za oszczędnie jak na mój gust..) na kartach powieści robią wrażenie. Nie przypominam sobie, aby jakikolwiek tekst innego polskiego autora - wliczając Mistrza - dawał podobne wrażenie. Poza szafarzem świata Schwytany w światła nadal pozostaje jednak dość standardową space operą, w której jest miejsce na pogoń, strzelaninę i dramatyczne wydarzenia. Całości dopełnia dobrze oddane tło polityczne, które co prawda wydaje mi się nazbyt nasycone negatywnym dydaktyzmem, ale jest spójne i prawdopodobne. Uwierają mnie w tym wszystkim tylko dwie rzeczy, pośrednio wynikające z siebie. Po pierwsze - powieść jest zbyt krótka. I nie mam tutaj na myśli zawodzeń wyposzczonego czytelnika, który zawsze chciałby więcej tego, co mu się podoba. Każda książka składa się z ciała i kości. Kość zdefiniowałem sobie jako elementy fabularne niezbędne do opowiedzenia danej historii, natomiast ciało to reszta, poboczne wątki, opisy przyrody, panoramy, słowem elementy, których nieobecność nie ma wpływu na spójność historii. Książki Roberta Jordana (Koło czasu) na ten przykład składają się właściwie wyłącznie z ciała, natomiast shorty - to czysta kość. Chciałbym zatem powiedzieć, że niestety w Schwytanym w światła kość tekstu nie została zaopatrzona w wystarczającą ilość ciała. Chwilami tekst jest tak zwięzły, że odnosi się wrażenie czytania jakiegoś konspektu. Tam gdzie czytelnik z zadowoleniem przyjąłby dłuższy opis, autor raczy go kilkoma zaledwie słowami - ze szkodą dla unikalnego klimatu. Jest to niechybnie efekt ograniczeń objętościowych bądź czasowych jakie autora na siebie nałożył, jednak jak na mój gust poszedł w tym nieco za daleko. Po drugie - po lekturze powieści w oczy rzucił mi się rozłam w jej konstrukcji. O ile bowiem w pierwszej połowie powieści dominuje akcja - o tyle pozostałą jej część zapełniają głównie rozważania na rozmaite tematy. Zgoda, rozważania nader interesujące (ksenofilozofia!!!), ale stanowiące bardzo wyraźną zmianę środka ciężkości. Czytelnika, który podobnie jak ja będzie oczekiwał pokrewności fabularnej z poprzednim tomem, zaskoczy dość wyraźny i nieoczekiwany zwrot w samym środku Schwytanego w światła. Wada ta jednak, według mnie, wynika z tej wymienionej jako pierwsza - ze zbyt małej objętości. Brakło miejsca na pokazanie przemiany bohaterów, dlatego zmiana wymowy powieści wydaje się tak nieoczekiwana i zgrzytająca. Wbrew pozorom oba wymienione powyżej niedostatki mają całkiem spory wpływ na zawarty w książce klimat i niestety bynajmniej nie dodatni. Kolory sztandarów zapowiadały, że Schwytany w światła będzie rzeczą unikalną - i myślę, że nikt się nie zawiedzie. Niestety spełnić oczekiwań (przynajmniej moich) tym razem jeszcze się Tomkowi Kołodziejczakowi nie udało. Stworzył powieść z genialnymi fragmentami i świetnym szczegółami - ale jednak tylko dobrą. Nie zaniża ona w żadnym razie poziomu nagrodzonych Zajdlem Kolorów sztandarów, ale także jako całość nie stanowi jakiegoś znacznego postępu. Daje jednak spore nadzieje na przyszłość, gdy z nowymi pomysłami i kolejną wizją autor siądzie do pisania następnej książki. Słowem: będzie dobrze.
|