|
|
|
Zielone miasto jest drugą książką wydaną w serii Polska fantastyka prowadzonej przez wydawnictwo Prószyński i Ska. Drugą, ale zdecydowanie lepszą od swojej poprzedniczki - Sekretu Olsteriona. Przede wszystkim nie jest to powieść (o ile tego cienkusza można nazwać powieścią) infantylna. Jest rzeczywista, namacalna aż do bólu. Skonstruowana w formie pamiętnika buduje mocny, wyrazisty klimat. Inna sprawa, że klimat ten jest na wskroś przesiąknięty przygnębiającym pesymizmem. Przeświadczeniem, że w życiu czekają nas prawie same złe rzeczy, i nic na to nie można poradzić. Całość jest pomyślana jako opis przeżyć Maisie, rudowłosej dziewczyny z Plexi Bayou, zapadłej w pustyni dziury, jakich pełno na położonej na krańcach galaktyki planecie Vessel. Ponad 500 lat wcześniej planeta została drogą podboju odebrana tubylcom - dziwnej, kotowatej rasie Yahoo (hm, gdzież się ten internet nie wciśnie :), a następnie zasiedlona kolonistami - hołotą kryminalistów. Od tamtego czasu ludzie w pocie czoła mordują łażące po pustyni szklaki i lustrzaki (a bezbronne to one nie są - wyposażony w soczewki ogon bardzo ładnie skupia słońce na wybranych częściach ciała), wyciskając z nich po długim procesie rafinacji i czegoś tam jeszcze niewielkie ilości tytanitu. Tytanit zaś, niesłychanie drogi na Ziemi, dodany do innych substancji (metal, szkło, plastik) czyni je praktycznie niezniszczalnymi. Problem w tym, że wiele pieniędzy proceder ten tubylcom nie przynosi, dzięki czemu żyją oni w rozpaczliwej nędzy, zasypywani wiecznym pyłem, chłostani ciskanymi przez wichury ziarnami piasku, traktowani przez Ziemian jak podrzędne zwierzęta. W końcu decydują się sprzeciwić Ziemi. I właśnie w momencie ogłoszenia niepodległości Vesselu wraca Maisie. Po wielu przejściach, sprzedawaniu ciała, żebraniu, po utracie kochanka, ale z pieniędzmi przybywa do domu niczym córka marnotrawna. Mało kto wita ją tu z otwartymi ramionami. W dodatku okazuje się, że jej sny są prorocze i sprawdzają się co do jednego, a do miłych na pewno one nie należą. Na dokładkę wkrótce dowiadujemy się, że tylko ona może pomóc wymierającej rasie Yahoo znaleźć ich wymarzone Zielone Miasto, którego wyczekują od ponad tysiąca lat. A Maisie z nieznanej mi bliżej przyczyny w rezultacie wszystkim chce zrobić dobrze... Książka wzbudziła we mnie bardzo, ale to bardzo mieszane uczucia. Nie wiem, czy podobała mi się, czy nie. Z jednej strony fabuła jest ciekawa, idzie kilkutorowo, ale z drugiej strony wypchana jest licznymi retrospekcjami, a wyjaśnienia zagadek przyjmowałem bez nadmiernych emocji. No i to wrażenie zlepienia w jeden organizm fabularny paru odrębnych opowiadań... Opowieść jest prowadzona suchym, oszczędnym tonem. Forma prowadzenia akcji, opisy, wszystko to wywołuje u czytelnika wrażenie przygnębienia, jakiejś niemocy, stwarza nieodparte wrażenie nieuchronności fatum. Fatum, które czy tak, czy inaczej obróci w proch piaszczystą planetkę, które zetrze w ogromnych żarnach każdego z bohaterów i wypluje zniszczoną, obojętną na swój los istotę. W dodatku ta wszechobecna pustynia, bury pył, bezlitosne słońce i szalejące wichry. Naprawdę czuje się ten żółty, suchy świat. Jego marazm i gnuśność, niemożność wyrwania się z pułapki istnienia. To książka, jakiej z pewnością nie należy czytać w dni deszczowe. W dni, kiedy dopada nas przygnębienie. Ona nie niesie radości. Jest smutna, okrutna miejscami, bez cienia nadziei. Bo zakończenia nadzieją nie nazywam. Tak jak za nadzieję nie uważam finału Limes Inferior Zajdla. Alicja nie jest lekiem na wszelkie zło. Tak jak i lekiem nie może być Zielone Miasto - miejsce nie istniejące w normalnej rzeczywistości. Będące raczej pułapką umysłów, projekcją. Po rozłożeniu na poszczególne elementy książka okazuje się wcale błaha. Zostaje w ręku wątek niespełnionej miłości, osiągnięcia pewnego sukcesu, męczeństwa, marzeń o niepodległości. Niepodległości, która jest tylko mrzonką. Bo któż porywałby się z kuszą na gwiezdne okręty Ziemi i tajemnicze bomby pływowe? Ano, mieszkańcy Vassal. To bardzo ładna forma samobójstwa. No i jest jeszcze opis obcej rasy, która potrzebuje ludzi, by dotrzeć do swych rojeń. Która nie wtrąca się do świata i spokojnie wymiera, nie potrafiąc dotrzeć do Zielonefgo Miasta. Szaleństwo, po tysiąckroć szaleństwo zaprawione goryczą i zdradą aż do samego końca. Optymistyczny jest jedynie ostatni akapit. A i to przy założeniu, że wzmiankowane miasto istnieje faktycznie. Maisie zaś wygląda na alter ego autorki. Na siedzącą w jej sercu zadziorną, ciskającą się po świecie dziewczynkę, której los co i rusz daje po tyłku, i która mimo to nie poddaje się, dąży do czegoś, czego ona sama nawet nie potrafi nazwać. Dąży na przekór i na wskroś ludzkiej bezwzględności i obojętności, hienactwa i podejrzliwości. I sama nie wie, co jest jej celem, błąkając się po tym Bożym świecie, gdzie nie ma już nawet prawdziwego Boga. Jedno jest pewne - książka na pewno nie pozostawia obojętnym. Ale czy jest to akurat ten typ nieobojętności, o jaki chodzi czytelnikowi, to już całkiem inna sprawa.
|