Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 5 [pażdziernik-listopad 1999]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona


21.jpg (62561 bytes) Grzegorz Wiśniewski

John Carpenter's Vampires

Kołki do boju, kusze w dłoń
Mistrza wampirów goń, goń, goń...

- She on her way!
- It's only 48 hours. Telepatic link with master won't hold.
- So what? After that she'll start see these spots, see what he sees!
- Exactly! Like a surveillance camera! So we can find him and put sharp stick right up his ass!

Lubię filmy Johna Carpentera. Przyznaję się do tego bez bicia i ociągania. Gdybym miał do wyboru jednego reżysera, którego kompletną filmotekę mógłbym zabrać ze sobą na bezludną wyspę - po pewnym zastanowieniu wybrałbym właśnie Carpentera. Dlaczego? To już dużo trudniejsze pytanie.

Może dlatego, że pierwszym jego filmem, jaki obejrzałem, było Coś (The Thing, 1982). Obraz pod wieloma względami wyjątkowy, który do dziś uważam za mieszczący się w pierwszej piątce moich faworytów. Później przyszły inne: Ucieczka z Nowego Jorku, Mgła, Książę ciemności czy Oni żyją. Czy wymieniłem jakiś blockbuster? Nie. Bo faktycznie filmy Johna Carpentera nigdy nie należały do tej kategorii. Owszem, często bywały popularne, jednak na ogół publika nie waliła na nie drzwiami i oknami. I dlatego nie są dziś tak popularne jak kolejne sztancowane dzieła Spielberga czy innego Lucasa.

A powiedzmy sobie szczerze - niesłusznie.

Carpenter rzadko pozwala sobie na jakieś populistyczne gesty w kierunku widowni. Zdarza mu się korzystać z wyświechtanych motywów czy banalnych elementów - jednak nigdy nie skupia na nich nadmiernej uwagi. Oprócz demonstracji zupełnie nowego podejścia do pewnych chwytów fabularnych, w swoich filmach potrafi uchwycić klimat, który nazwałbym klimatem niezwykłości. Potrafi pokazać, jak bohaterowie rozwijającej się opowieści reagują na zupełnie zaskakujące okoliczności. Tak, jak przygląda się MacReady'emu w The Thing, gdy pojawia się nieoczekiwane zagrożenie, jak filmuje Nadę w Oni żyją, gdy w jego ręce trafiają tajemnicze okulary - podobnie traktuje Jacka Crowa będącego świadkiem wydarzeń zdolnych zaszokować nawet wytrawnego zabójcę wampirów.

Film zaczyna się zgodnie z regułą Hitchcocka mocnym akcentem - brutalną masakrą wampirzego gniazda. Jack Crow (James Woods) i jego oddział zabójców bez pardonu rozprawiają się z odmienionymi. Po serii spektakularnych zejść pośród przeklętych napięcie i skala spustoszenia zaczynają rosnąć. Po obiecujących pierwszych dwudziestu minutach akcja jednak nieco zwalnia, do końca utrzymując raczej równy i bynajmniej nie nużący rytm. Crow i jego partner Montoya rozdzielają się. Ten pierwszy spotyka się z kardynałem Albą i poznaje szczegóły dotyczące niejakiego Valeka. Razem z przydanym mu do pomocy ojcem Adamem Guiteau rusza ku tajemnicy, która po blisko sześciuset latach znów zagraża rodzajowi ludzkiemu. Gdy ci dwaj dołączą do Montoyi, zajmującego się niejaką Katriną - cała czwórka pozna prawdę o mrocznej tajemnicy Kościoła i stanie do ostatecznej konfrontacji z potworną groźbą. Jak zwykle jednak, Carpenter ma w zapasie sporo goryczy, które będzie mógł przekazać widzowi w końcówce.

Dość luźny rytm i niespieszne tempo narracji jest bardzo charakterystyczne dla wszystkich filmów Carpentera. Stricte hollywoodzkie, wyścigowe tempo następowania kolejnych wydarzeń jest mu obce od zawsze. Dzięki temu widz może łatwiej i lepiej zaznajomić się z bohaterami, wczuć się w ich motywacje i postawić siebie samego na ich miejscu. Jest to tym łatwiejsze, gdy postać głównego zabójcy wampirów, Jacka Crowa, odtwarza James Woods, którego osobiście uwielbiam. Zgadzam się - jest w nim coś nicholsonowskiego - w tym sensie, ze często kreowane przez niego postacie bywają do siebie podobne. Jednak jako nerwowy, nadpobudliwy twardziel jest on po prostu świetny i chociażby dla jego odzywek warto film zobaczyć. A w końcówce, podczas ostatniego pożegnania z przyjacielem - można się wzruszyć. Dobre słowo mam też dla kolejnego Baldwina na ekranie - Daniela (a imię jego Legion). Baldwinowie mnie drażnią, a jedyny, którego dotychczas zdzierżyłem, wystąpił w Backdraft - to był zdaje się William. Jednak Daniel Baldwin jako Montoya, partner Jacka Crowa, nie odrzuca - o dziwo, wydaje się wręcz pasować do swojej roli. Nie szarżuje i nie wybija się ponad przeciętną - dobrze wykonuje swoją pracę. I nieźle wrzeszczy. Również Valek (Thomas Ian Griffith, bliżej mi nieznany), zacięty - z racji statusu - wróg zabójców wampirów, mimo pewnej wtórności fabularnej jest ciekawie zaprezentowany. Chwilami jego zachowanie przywodzi na myśl agenta Smitha z Matrix, bezdyskusyjnie przekonanego o własnej wyższości. Tim Guinee jako ojciec Adam Guiteau również nie rozczarowuje, utrzymując równy - aczkolwiek nie oscarowy - poziom aktorstwa. Nieco gorzej wypada Sheryl Lee jako Katrina, prawdziwa femme fatale, oraz Maximillian Schell - jako kardynał Alba.

Muzyka - także niemal tradycyjnie autorstwa samego Carpentera - towarzyszy krajobrazowym klimatom filmu i łączy akcenty melodii amerykańskiego południa z prostymi, elektronicznymi brzmieniami, w których lubuje się kompozytor, a którym nie można odmówić siły oddziaływania. Nie ma wiele wspólnego z liniami melodycznymi kompozycji Johna Williamsa czy Jamesa Hornera, więc zagorzały fan takowych zapewne się zawiedzie.

Jakby nie dość było pokręconej fabuły, niezłych aktorów i nastrojowej muzyki - reżyser oddaje klimat także poprzez dobór plenerów i innych elementów świata przedstawionego. Akcja dzieje się właściwie wyłącznie na pustych drogach stanowych biegnących przez prerię od jednego horyzontu po drugi, w niewielkich zapuszczonych mieścinach meksykańskiego pogranicza i mrocznych, zagraconych pomieszczeniach. Bohaterowie porozumiewają się - pewnie mocno złagodzonym, bo jednak sporo zrozumiałem, ale jednak koszmarnym - redneckiem, dzięki któremu chwilami miałem wrażenie, że oglądam film zgoła nieanglojęzyczny. Ale ta mieszanka naprawdę robi wrażenie.

Jeszcze słówko o scenariuszu. Vampires nakręcono w oparciu o to, co stworzyli John Steakley i Dan Jacoby na podstawie książki tego pierwszego. I z powodu scenariusza właśnie podczas pierwszej projekcji pozwoliłem sobie wyrazić zdanie, że Vampires nigdy nie wejdą do polskich kin w normalnym rozpowszechnianiu. Przyczyną tego jest sposób, w jaki katoliccy księża są traktowani i pokazywani w filmie oraz rozwiązanie zagadki pojawienia się wampirów na ziemi. Trudno mnie wziąć za jakiegoś fundamentalistę, ale odebrałem te elementy jako nieco nieeleganckie. Najwyraźniej jednak omyliłem się, bo jak wieść niesie, polska premiera tuż. Jestem naprawdę ciekaw, czy doczekamy się jakichś ciepłych słów na ten temat ze strony Radia Maryja albo Stanisława Krajskiego z Niedzieli.

Podsumowując - jestem tym filmem szczerze zachwycony. Oglądałem go kilka razy, ostatni raz tuż przed napisaniem tej recenzji - i za każdym razem podobał mi się bardziej. Nie jest to dzieło wiekopomne, ale bardzo odświeżający, porządnie zrobiony i ciekawy w odbiorze obraz. Jeżeli jest się fanem Johna Carpentera, niewątpliwie należy ten film obejrzeć. Jeżeli się Johna Carpentera nie lubi, cóż - niczego poza tym, w czym jest on najlepszy, w tym filmie nie ma.

Idę obejrzeć jeszcze raz...


John Carpenter's Vampires, reż. John Carpenter, 1998


Poprzednia strona Spis treści Następna strona