|
|
Wieża była coraz bliżej. Las powoli się przerzedzał. Był pełen nadziei, jego wiara niespożyta, lecz siły na wykończeniu. Zbroja wisiała w strzępach, broń popękana, hełm wyrzucony już dawno temu. Gdy rozpoczynał swą wędrówkę, pewien był, że jego ukochana czeka tam na niego. Nadal był pewien. Wyszedł na polanę. Przed nim piętrzyła się niebotyczna Wieża. Choć obszedł ją wokół, nie znalazł wejścia. Obłędnie zaczął tłuc w mur. Nie zwracał uwagi, że okruchy cegieł i odłamki miecza kaleczą jego dłonie i twarz. Nie potrafił określić, ile czasu minęło, zanim wypadła pierwsza cegła. Gdy dziura była już na tyle spora, aby mógł przez nią przejść, odrzucił już niepotrzebny ułomek miecza i wkroczył do środka. Nie liczył stopni. Może były ich setki, może tysiące. Nie było to ważne. Przecież na końcu czekało jego marzenie. Jego miłość. Gdy dostał się do komnaty na szczycie, wiedział, że to kres. - Witaj, ukochana! - Witaj. - Oto wreszcie, po trudach, dotarłem! Rządź mną i mym królestwem, o miłości moja. - To wielce szlachetne i miłe z twej strony. Też cię miłuję, ale lubię swe życie takim, jakie jest. Stworzyłam ten las pełen potworów i tę wieżę chroniącą mnie przed światem. Odejdź więc. Poczuł nagle spokój. Spokój, którego nie zaznał od lat, a może i wieków. - Twe życzenie jest dla mnie rozkazem. Otworzył okiennice i wyszedł w ciemność. Ziemia na dole już na niego czekała.
Wczoraj dostaliśmy oficjalne pismo od Lucyfera. Nie wywiązaliśmy się z ilości potępionych, jaką mieliśmy dostarczyć do nich na Dół. Tutaj, w Niebie, mamy dobre serca i w większości wybaczamy grzechy, więc taka sytuacja powtarza się zwykle co roku. Piekło zastosuje zwyczajowe restrykcje. Ciekawe, czy ludzie się do tego przyzwyczaili? ... W tym roku zima znów zaskoczyła drogowców.
"Oto wzór do naśladowania. Człowiek, który do końca dobro swej załogi miał ponad swoje życie. Świadczy o tym jego postępowanie w trakcie całej jego służby. Od momentu ukończenia szkoły oficerskiej kierował się honorem i Regulaminem. Choć był surowym dowódcą, to jednak nie pozwalał skrzywdzić tych, którzy pod nim służyli. Zawsze wybierał wyjście z sytuacji, które przynosiło jak najmniejsze straty wśród żołnierzy. Był świetnym strategiem i wspaniałym dowódcą. Chwałę jego imieniu przynoszą zwłaszcza okoliczności jego śmierci. Zginął z rąk zdrajcy - Vadera. Było to w trakcie pościgu za rebelianckimi bandytami w kwadrancie LV-426. Statek bandytów pokazał się na radarach i zaraz potem zniknął. Mimo, iż kapitan Needa wiedział, że informacja o zgubieniu przez załogę śladu przeciwnika może sprowokować Vadera, który był wtedy dowodzącym, wziął całą odpowiedzialność za to zdarzenie na siebie. Miał szansę uratować swe życie zrzucając winę na obsługę radarów, na swoich podwładnych. Był jednak wierny swym zasadom, nie zrobił tego. Nie zastanawiał się ani chwili. Udał się do mego ojca i zdał mu relację obarczając siebie całą winą. Choć sam zginął z jego rąk, uratował życie swej załodze. Chciałbym, aby imię jego było zawsze przykładem dla wszystkich dowódców naszej niezwyciężonej floty. Dlatego też stacja bojowa, na której się teraz znajdujemy, od dziś będzie nosiła nazwę 'Kapitan Needa' i pod Jego imieniem ruszy w bój." Z przemówienia Imperatora przed tzw. Ostateczną Bitwą. Od historyka - zwycięstwo w tej bitwie Imperator zawdzięcza determinacji i dzielności obsługi stacji "Kapitan Needa". Pomimo ciężkich uszkodzeń i rozkazu ewakuacji, załoga pozostała na stanowiskach i prowadziła dalej walkę. Udało im się zniszczyć m.in. statek dowodzenia rebeliantów. Straty wśród obsługi stacji sięgnęły 68%, straty wśród oficerów - 100%. Ich ofiarności zawdzięczamy pokój.
Jarosław Loretz Planeta była ogromna. Idiotycznie, niezrozumiale wprost monstrualna. Ale miała tlen. Dużo tlenu. I dużo wody. Oraz żywych organizmów. A gdzie żywe organizmy, i to tak różnorodne jak tam, w dole, tam i znośne warunki życia. Tylko to potworne ciążenie... Silniki wytrzymały. Statek w miarę łagodnie runął na grunt i znieruchomiał. Teren, na którym wylądował, generalnie był płaski, ale przecinające go w regularnych odstępach rowy, a także niewysokie, brzydkie krzywizny i chropowatości czyniły zeń coś na wzór zrytej meteorytami bazaltowej powierzchni. We wszystkich zakamarkach płaskowyżu tętniło zaś życie - od zwierząt rozmiaru ołówka po czarne, sympatycznie wyglądające istoty, dorównujące wzrostem niewielkiemu dziecku. Nie było jednak żadnych roślin. Chyba że roślinami należało nazywać te długie, brązowe, pozwijane w ogromne kręgi pnie. Na zewnątrz wyszedł wyłoniony drogą ciągnienia losów instruktor-psycholog - w razie gdyby okazało się, że w okolicy są jakieś rozumne formy życia. Ciągle mieli nadzieję, że spotkają obcą inteligencję, zwłaszcza po odebraniu tajemniczych transmisji z rejonu Nici Pajęczej. Kosmonauta odszedł kawałek od statku i przywołał w myśli wyuczony na szkoleniu tekst. Potem stanął na dwóch nogach, wysuwając tak na wszelki wypadek przed siebie dezintegrator, po czym wrzasnął co tchu: - Przepraszam! Jest tu kto?! Przybywamy w pokoju! Ły kamin piss! Stłoczeni przy wizjerze kosmonauci zamachali pytająco czułkami, ale tylko jeden odważył się bąknąć: - Kto uczył tego idiotę języka? Ziemia zatrzęsła się. Rozległ się niski pomruk, wzbudzający nieprzyjemne wibracje w pancerzu kosmonauty. Spłoszony rozejrzał się na boki i nagle spostrzegł źródło pomruku. Nogi się pod nim ugięły. Przerażony rzucił się do ucieczki. Za późno. Kierowany stopą kapeć opadł na obcego, miażdżąc z chrzęstem jego niewielkie ciałko. Pan Ryszard szurnął dla bezpieczństwa kapciem, rozmazując po podłodze obcą inteligencję. Pokręcił głową i mruknął pod nosem: - Cholerne prusaki... Odstawił na stół trzymaną w rękach miskę z popcornem i podszedł do półki z kasetami. Miał dzisiaj ochotę na jakiś film. Po chwili zdecydował, że obejrzy E.T.
Leszek Karlik Pilot UNSC Forward, Tomasz Blythe po raz kolejny sprawdził wskazania na ekranie komputera. Był jedynym człowiekiem w okolicy najbliższych kilku milionów kilometrów. Tylko ten głupi komputer twierdził inaczej. Wskazania zużycia tlenu oraz ilość dwutlenku węgla na pokładzie wskazywały na obecność na pokładzie drugiego człowieka. Kogoś małego i drobnego. Komputer musiał się mylić - pomyślał ze złością Tomasz - bo prześlizgnięcie się przez zabezpieczenia jest praktycznie niemożliwe dla przygodnego pasażera na gapę skuszonego romantyzmem podróży międzyplanetarnych. Do tego potrzebna jest szeroka wiedza techniczna, a osoba o wystarczających kompetencjach dobrze wie, że podróż na gapę w metalowej puszce z przestrzenią mieszkalną wielkości małego kontenera, oddzielonej od napędzającego ją miniaturowego słońca mnóstwem zasobników z maszynami i zapasami dla rozwijającej się kolonii na Marsie to fatalny pomysł. Nawet z termojądrowym napędęm ilość masy reakcyjnej dla silnika była ograniczona, i dlatego konstruktorzy zdecydowali na zrezygnowanie z pełnego, zamkniętego systemu odzyskiwania tlenu, wody i biomasy na rzecz ograniczonego zapasu żywności, systemu regeneracji powietrza oraz systemu odzyskiwania wody. Komputer musiał się mylić. Ale... nie zaszkodzi sprawdzić, prawda? Odpiął się od fotela i chwyciwszy się zamontwanych w ścianie uchwytów poszybował w kierunku przejścia do reszty pomieszczeń. * * * Komputer się nie mylił. Znalazł ją w sekcji z narzędziami. Była drobną, smukłą blondynką. Nie była piękna, ale była ponadprzeciętnie ładna. Miała niezłą figurę i szaroniebieskie oczy, których spojrzenie sprawiło, że zaczął się pocić. Oraz twarz, która wydawała mu się bardzo znajoma. - Nie spodziewałeś się tego, co? Musiałam się nieźle namęczyć, żeby obejść te wszystkie zabezpieczenia. Pewnie jesteś ciekaw, gdzie się schowałam, co? Wybebeszyłam jedną z trzech skrzyń z częściami zapasowymi. Teraz masz tylko po dwie sztuki ważniejszych elementów które mogą się zepsuć - ale to jedynie oznacza, że prawdopodobieństwo nienaprawialnej awarii wzrosło o 0.025%. Więc powinno się nam udać. - uśmiechnęła się i mówiła dalej - Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zły? Masy reakcyjnej nie zabraknie, bo wyrzuciłam w sumie 36 kilogramów sprzętu, a ważę 49. Policzyłam to, i dodatkowe 13 kg to utrata niecałej jednej dziesiątej promila awaryjnej rezerwy delta-v. Tomasz był przerażony. Chyba to zauważyła, bo przestała się uśmiechać. - Coś się stało? - Tak. Naprawdę nie zdajesz sobie sprawy z tego, co zrobiłaś? Przecież systemy podtrzymywania życia... - nie zdążył dokończyć. - Zaraz! Przecież Forward to transportowiec klasy IV B, z 250% redundancji w systemach regeneracji tlenu i wody. Klasa IV C, z tańszymi w eksploatacji systemami z 50% redundancji, głównie w odzyskiwaniu tlenu, to Brin, Sagan, a także nowo przerobiony Asimov. - Asimov miał awarię. Zamiast niego przerobiono Forwarda. Zbladła. - Nie możesz mieć do siebie pretensji. Informacje o awarii Asimova nie poszły do mediów. Mało kto o tym wie. - Teraz to już i tak nie ma znaczenia, prawda? - Thomas stwierdził, że jest nadzwyczaj opanowana jak na sytuację w której się znalazła - Czasu lotu nie skrócimy w wystarczającym stopniu, bo musimy trzymać się orbity transferowej. Ja umrę, prawda? Wiedziała to równie dobrze jak on. Mechaniki orbitalnej nie da się przebłagać. - W skafandrze i w apteczce pokładowej mam pastylkę bardzo silnego środka usypiającego, na wypadek gdyby nastąpiła jakaś bardzo poważna awaria. Nie musiałbym wtedy umierać powoli. Spojrzała na niego. Zauważył, że jej oczy są dziwnie wilgotne. - Nawet gdybym chciał, nie mogę nic zrobić. Potrafisz pilotować transportowiec klasy IV? - spojrzał na nią ponuro. Jego ręka przesunęła się w okolice kieszeni na udzie, gdzie trzymał uniwersalny nóż monterski. Nie sądził, żeby chciała stawiać opór, ale gdyby transportowiec nie doleciał, tysiące ludzi na Marsie zginęło by z powodu braku lekarstw i części do maszyn, a przede wszystkim helu-3, paliwa do reaktorów termojądrowych. - Nie. Chciałam zostać pilotem, ale mnie odrzucili. - Cholera, ona mu kogoś bardzo wyraźnie przypominała. Nie wiedział tylko kogo, ale wiedza ta kołatała się gdzieś na krawędzi jego świadomości. - Wiesz, czemu mnie nie przyjęli? - Wbiła wzrok w swoje stopy. - Mam genetyczne predyspozycje do posiadania niskiej odporności na stres. Genetyczne predyspozycje. Jej tożsamość uderzyła go jak rozpędzona do dwustu kilometrów na godzinę automatyczna ciężarówka. Wiedział, kim jest. Ewa de Lorain, dziewczyna z równoległej klasy w liceum, która razem z nim zdawała egzaminy do Akademii UNSF. Podkochiwał się w niej przez ostatnie dwa lata liceum, ale nigdy nie udało mu się przełamać na tyle, żeby się do niej zbliżyć. Bardzo się zmieniła - w szkole farbowała włosy na błękitno, nosiła rozjaśniające szkła kontaktowe które nadawały jej oczom kolor lazurowego błękitu, i generalnie ubierała się bardzo wystrzałowo. Teraz nie miała makijażu, a ubrana była w jednoczęściowy, wielokieszeniowy strój z czarnego, wytrzymałego arachnowłókna. Strój mechanika - lub pilota statku kosmicznego. Spojrzała na niego, i zobaczył jak wzdłuż nosa zaczęły spływać jej łzy. Wróciły do niego wspomnienia szkolnych lat. Poczuł nagłą potrzebę, żeby ją przytulić i pocieszyć, ale co mógł jej powiedzieć? Przygarnął ją do piersi, objął, a w tym czasie jego umysł zaczął pracować na zwiększonych obrotach. Odczuwał dotkliwą pustkę w głowie, usiłująć znaleźć jakieś rozwiązanie tej cholernej sytuacji. Przez dłuższą chwilę stali tak, milcząc. W końcu Tomasz zdecydował się odezwać. - Pomieszczenie medyczne jest po prawej stronie. * * * Wyszedł z niskiego baraku z prefabrykatów. Czerwony, niesiony wiatrem pył wciskał się w każdą szczelinę ubrania, a maska tlenowa uwierała go w twarz. Spojrzał w dół, na swoje nogi. Szkieletowa, metalowa konstrukcja którą zamontowali mu w lokalnym szpitalu na Marsie Jeden nie wyglądała najlepiej, ale działała. Spojrzał w prawo. Ewa spojrzała na niego, uśmiechnęła się i objęła go swoją metalową, szkieletową cyberręką. Jej zgrabne, opalone nogi również zniknęły, zastąpione przez zamontowane w szpitalu protezy. Za jakiś rok powinni już mieć pieniądze na w pełni sprawne protezy pokryte klonowaną skórą, nie do odróżnienia od prawdziwych nóg. * * * Udało im się. Żyli. * * * Nogi stanowią circa 30 do 40 procent masy ciała dorosłego człowieka. Ręce - około 20. Zużycie wody, tlenu i pokarmu zależy w dużym stopniu od masy ciała. Nogi nie są specjalnie potrzebne do pilotowania statku kosmicznego. |