|
|
Kontynuujemy dyskusję na temat pierwszej części Gwiezdnych Wojen rozpoczętą w piątym numerze Framzety. Nadal zapraszamy do wyrażenia waszego zdania - jeśli chcecie podzielić się z nami Waszymi uwagami - napiszcie. Dawno, dawno temu... George Lucas miał wizję świata, teraz tę wizję przejęły od niego komputery i marketing, w efekcie czego powstało Star Wars I: The Phantom Menace. Na pierwszą cześć Gwiezdnych Wojen wybierałem się bez nadziei na przeżycie czegoś niezwykłego, bo Gwiezdnych Wojen nie da się zobaczyć drugi raz po raz pierwszy, ale z zamiarem dobrej zabawy na dobrym filmie rozrywkowym, mającym jednak wciąż to coś, co przykuwało moją uwagę małolata piętnaście lat temu.
Pozostając przy scenariuszu: nie da się nie zauważyć drętwości większości dialogów. Brak dobrych point czy miłych powiedzonek charakteryzujących poszczególne postacie jest wprost przeraźliwy. O ile oryginalna seria dostarczyła językowi potocznemu masę uniwersalnych zwrotów, które funkcjonują do dzisiaj, to Phantom Menace jest co najwyżej w stanie nauczyć niektórych amerykańskich małolatów pokrzywionego angielskiego w wykonaniu Jar Jar Binksa, a często nawet i tego nie, bo owi mówią w tym języku jeszcze gorzej niż Jar Jar.
Jeden z nielicznych plusów Phantom Menace zawdzięcza oryginalnej serii, a mianowicie świadomość widza, jak to się skończy, co wyrośnie z małego Anakina, jakie role odegrają w przyszłym dramacie poszczególne postacie. To dodaje paru scenom smaku, dodatkowej dwuznaczności, a czasem nawet odrobiny tragizmu. Problem w tym, że te zalety wyglądają jak solidny dach wieńczący rozpadającą się i chyboczącą budowlę, więc zamiast widzieć w nim naturalne jej wykończenie, widz ma wrażenie, że wszystko to zaraz się rozpadnie, bo tak naprawdę nikt z wizją nie panował nad produkcją tego filmu. Na koniec uwaga podsumowująca: ten film nie jest aż tak zły, jak ta mini-recenzja, jest tylko nieznacznie lepszy i to jest najsmutniejsze. Olgierd Moczulski Na The Phantom Menance posypały się gromy, moim zdaniem nie całkiem słusznie. Owszem, gdybym miała dostęp do scenariusza wprowadziłabym kilka zmian (przede wszystkim stonowała postać Jar-Jara i wycięła "naukowe" wyjaśnienie Mocy), jednak (oczywiście moim zdaniem) udanych elementów jest dużo więcej niż tych chybionych. Jednak zamiast sążnistego eseju krótko wymienię Siedem Zalet Głównych Mrocznego Widma (no, zgoda, że polski tytuł do nich nie należy...) Po pierwsze Jedi w ogólności, a Obi-Wan i Qui-Gon w szczególności. Pokazanie, że Rada Jedi to nie monolit bez skazy i Evan McGregor z powodzeniem odtwarzający rolę młodego Obi-Wana (choć do dzisiaj nie wiem, jak można go było wypatrzeć do tej roli w Trainspotting...).
Po trzecie postacie Sithów. Przebiegły i doświadczony Darth Sidious, który potrafi wyciągnąć korzyści z teoretycznie niepomyślnego dla siebie obrotu spraw i młody, niecierpliwy (pamiętacie scenę przy barierze energetycznej?) Darth Maul. Po czwarte sceny walki. To jest po prostu balet, na który mogłabym patrzeć godzinami. Po piąte perfekcyjnie nakręcona scena wyścigu. Wiedziałam z trailera, że Anakin wygra, a jednak chwilami musiałam kurczowo trzymać się fotela. Po szóste Destoyer Droids. Są po prostu przepiękne. Sekwencja rozwijania się z kulki do pozycji bojowej wchodzi pomiędzy powtórki walk. Po siódme - całość. Po prostu mi się podobała i już. :-P A jako dyscyplina dodatkowa argument ostateczny. Nawet, jeśli wszystkie stawiane filmowi zarzuty są prawdziwe w 200% to i tak powinien on zostać nakręcony. Dlaczego? Dlatego, że bez niego nie powstałyby Duel of the Fates Johna Williamsa i ... The Saga Begins Dziwnego Ala Yankowica! ;-)))). Jo'Asia PS. Gdy tylko TPM ukaże się na płycie DVD kupię sobie egzemplarz i będę oglądać na stopklatce w poszukiwaniu E.T. w senacie Republiki, Enterprise za oknem sali posiedzeń Rady Jedi, Indiany Jonesa na trybunach stadionu i pewnie wielu innych ciekawostek :) |