Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 6 [grudzień 1999 - styczeń 2000]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona


The Phantom Menace
Garść wrażeń, część 2

Kontynuujemy dyskusję na temat pierwszej części Gwiezdnych Wojen rozpoczętą w piątym numerze Framzety. Nadal zapraszamy do wyrażenia waszego zdania - jeśli chcecie podzielić się z nami Waszymi uwagami - napiszcie.


Dawno, dawno temu... George Lucas miał wizję świata, teraz tę wizję przejęły od niego komputery i marketing, w efekcie czego powstało Star Wars I: The Phantom Menace. Na pierwszą cześć Gwiezdnych Wojen wybierałem się bez nadziei na przeżycie czegoś niezwykłego, bo Gwiezdnych Wojen nie da się zobaczyć drugi raz po raz pierwszy, ale z zamiarem dobrej zabawy na dobrym filmie rozrywkowym, mającym jednak wciąż to coś, co przykuwało moją uwagę małolata piętnaście lat temu.

09a.jpg (22377 bytes)Jaki był ten film...? Oryginalne Gwiezdne Wojny były filmem dla dziecka w każdym z nas, ich kontynuacja jest już tylko filmem dla dzieci i to raczej tych, które nie przekroczyły ósmego roku życia. W samym filmie razi tak wiele rzeczy, że wytykanie ich jest tak łatwe, jak zabieranie małym dzieciom kubeczków gwiezdnowojennych w czasie seansu. Scenariusz po w miarę obiecującym początku przeradza się w karykaturę Powrotu Jedi, znów mamy akcję podzieloną równocześnie na trzy plany, pierwszy to pojedynek Qui-Gon Jinna i Obi-Wana z Darthem Maulem (Luke kontra Darth Vader i Imperator), drugi to atak na flotę Federacji Handlowej (atak na drugą Gwiazdę Śmierci), a trzeci to naziemna bitwa na Naboo (naziemna bitwa na księżycu planety Endor). Jak na piętnaście lat pisania scenariusza, efekt pracy Lucasa wystawia mu jako scenarzyście notkę iście żałosną; większość Mistrzów Gry prowadzących system Gwiezdnych Wojen byłaby w stanie wymyślić coś bardziej oryginalnego w pięć minut, a nie wzięłaby za to nawet setnej części kasy, jaką zarobił George na 'nowym' filmie.

Pozostając przy scenariuszu: nie da się nie zauważyć drętwości większości dialogów. Brak dobrych point czy miłych powiedzonek charakteryzujących poszczególne postacie jest wprost przeraźliwy. O ile oryginalna seria dostarczyła językowi potocznemu masę uniwersalnych zwrotów, które funkcjonują do dzisiaj, to Phantom Menace jest co najwyżej w stanie nauczyć niektórych amerykańskich małolatów pokrzywionego angielskiego w wykonaniu Jar Jar Binksa, a często nawet i tego nie, bo owi mówią w tym języku jeszcze gorzej niż Jar Jar.

09b.jpg (16896 bytes)A skoro już jesteśmy przy postaciach tak nieudanych jak wyżej wspomniany osobnik... Całość ekranów kinowych jest zasługą chyba tylko małej powszechności dostępu do broni palnej, albowiem irytacja postacią etatowego 'rozśmieszacza' w filmie rośnie w tempie tak błyskawicznym, że bez trudu wyobrażam sobie widzów zabijających chwile nudy w filmie (bo takowe również są) strzelaniem do kłapouchego. Wniosek nasuwający się z tego faktu jest przynajmniej o tyle optymistyczny, że żadna postać generowana komputerowo nie jest w stanie być choć na tyle naturalna, co drętwe aktorstwo Arnolda Schwarzeneggera, więc ów może być jeszcze długo spokojny o swoje milionowe gaże. Osobiście doradzałbym Lucasowi wciśnięcie w kolejnych częściach w kostium Jar Jar Binksa chociażby małpy, a naturalność zachowania i poziom aktorski wzrósłby od razu zauważalnie, co wyszłoby kolejnemu filmowi tylko na dobre. Z rozczarowaniem przyszło mi również odnotować postać Obi-Wana. Ewan McGregor przez cały film pęta się po ekranie, sprawiając wrażenie kogoś, kto nie bardzo wie, co ze sobą począć w tej menażerii, w prawie każdej scenie zaś wygląda, jakby za chwilę miał wybuchnąć śmiechem, gdyż nie jest w stanie wziąć na poważnie tego, co się wokół niego dzieje - właściwie to nawet mu się nie dziwię, ja też nie. Jedynym usprawiedliwieniem jego pobytu na ekranie przez cały film wydaje się być nachalna chęć odwołania do oryginalnej serii (poprzez postać Obi-Wana) i fakt, że ktoś musiał zabić Dartha Maula po śmierci Qui-Gon Jinna. Na wmówienie dzieciarni, że byłby w stanie to zrobić mały Anakin, nie ważył się nawet Lucas.

09c.jpg (14984 bytes)Kolejna uwaga dotyczy sterylności przedstawionego świata. Patrząc na film nieraz złapałem się na myśli, że komputery wygenerowały tak nieskazitelnie czyste krajobrazy i scenografie, że ma się ochotę złapać za młotek i gwóźdź, przybić postacie do tła i powiesić ten obrazek w pokoju czteroletniego braciszka, którego widok zwykłego świata przyprawia o koszmary. Lasery latają w filmie często i gęsto, wybuchy co i raz rozsadzają pałacowe wnętrza, a nam nawet z lupą nie uda się zaobserwować chociażby najmniejszej rysy w scenografii. Pogratulować sztuki budowlanej, której lasery nie są w stanie uszkodzić, ale już but królowej Amidali i owszem, kiedy trzeba wybić szybę, aby dostać się na piętro wyżej w czasie szturmu pałacu na Naboo. No cóż, królewska noga zawsze dużo może.

Jeden z nielicznych plusów Phantom Menace zawdzięcza oryginalnej serii, a mianowicie świadomość widza, jak to się skończy, co wyrośnie z małego Anakina, jakie role odegrają w przyszłym dramacie poszczególne postacie. To dodaje paru scenom smaku, dodatkowej dwuznaczności, a czasem nawet odrobiny tragizmu. Problem w tym, że te zalety wyglądają jak solidny dach wieńczący rozpadającą się i chyboczącą budowlę, więc zamiast widzieć w nim naturalne jej wykończenie, widz ma wrażenie, że wszystko to zaraz się rozpadnie, bo tak naprawdę nikt z wizją nie panował nad produkcją tego filmu.

Na koniec uwaga podsumowująca: ten film nie jest aż tak zły, jak ta mini-recenzja, jest tylko nieznacznie lepszy i to jest najsmutniejsze.

Olgierd Moczulski


Na The Phantom Menance posypały się gromy, moim zdaniem nie całkiem słusznie. Owszem, gdybym miała dostęp do scenariusza wprowadziłabym kilka zmian (przede wszystkim stonowała postać Jar-Jara i wycięła "naukowe" wyjaśnienie Mocy), jednak (oczywiście moim zdaniem) udanych elementów jest dużo więcej niż tych chybionych.

Jednak zamiast sążnistego eseju krótko wymienię Siedem Zalet Głównych Mrocznego Widma (no, zgoda, że polski tytuł do nich nie należy...)

Po pierwsze Jedi w ogólności, a Obi-Wan i Qui-Gon w szczególności. Pokazanie, że Rada Jedi to nie monolit bez skazy i Evan McGregor z powodzeniem odtwarzający rolę młodego Obi-Wana (choć do dzisiaj nie wiem, jak można go było wypatrzeć do tej roli w Trainspotting...).

09d.jpg (9503 bytes)Po drugie Amidala. Według mnie idealnie dobrana Natalie Portman, przekonująca zarówno jako królowa jak i Padme.

Po trzecie postacie Sithów. Przebiegły i doświadczony Darth Sidious, który potrafi wyciągnąć korzyści z teoretycznie niepomyślnego dla siebie obrotu spraw i młody, niecierpliwy (pamiętacie scenę przy barierze energetycznej?) Darth Maul.

Po czwarte sceny walki. To jest po prostu balet, na który mogłabym patrzeć godzinami.

Po piąte perfekcyjnie nakręcona scena wyścigu. Wiedziałam z trailera, że Anakin wygra, a jednak chwilami musiałam kurczowo trzymać się fotela.

Po szóste Destoyer Droids. Są po prostu przepiękne. Sekwencja rozwijania się z kulki do pozycji bojowej wchodzi pomiędzy powtórki walk.

Po siódme - całość. Po prostu mi się podobała i już. :-P

A jako dyscyplina dodatkowa argument ostateczny. Nawet, jeśli wszystkie stawiane filmowi zarzuty są prawdziwe w 200% to i tak powinien on zostać nakręcony. Dlaczego? Dlatego, że bez niego nie powstałyby Duel of the Fates Johna Williamsa i ... The Saga Begins Dziwnego Ala Yankowica! ;-)))).

Jo'Asia

PS. Gdy tylko TPM ukaże się na płycie DVD kupię sobie egzemplarz i będę oglądać na stopklatce w poszukiwaniu E.T. w senacie Republiki, Enterprise za oknem sali posiedzeń Rady Jedi, Indiany Jonesa na trybunach stadionu i pewnie wielu innych ciekawostek :)


Poprzednia strona Spis treści Następna strona