|
|
|
Film umiera. Oczywiście nie mam na myśli filmu w ogóle, tylko film prawdziwy - myślący, głęboki, błyskotliwy. Najlepszym tego przykładem Trzynasty wojownik z Antonio Banderasem w roli głównej. A jest to obraz straszny zaiste - wydumany, nakreślony niepewną ręką, zmontowany w manierze wideoklipu. Brak mi słów, którymi mógłbym go określić. Choć akcja dzieje się na przepięknym Półwyspie Skandynawskim, nie ma w filmie pięknych plenerów (a jeśli są, to zaskakująco krótko). Nie ma też wyrazistych bohaterów (trzynaście czy czternaście sztuk to trochę za dużo, nawet jak na człowieka z podzielną uwagą), a realia są jakieś pokręcone, żeby nie użyć słowa "mgliste". Bardzo żałuję, że twórcy filmu nie zdecydowali jednoznacznie, czy robią film kostiumowy, zgodny z historyczną rzeczywistością, czy też film fantasy. Bo sama Europa i podróżujący Arab filmu historycznym, ot tak, nie czynią. Kreślenie epoki, w której niewielka grupka Tatarów wpędza w popłoch liczniejszą od siebie karawanę kupców (w tamtejszych czasach kupcy wcale nie byli bezbronni); w której Wikingowie, ludzie morza, chuchający na swoje statki i dmuchający, zostawiają swoją jednostkę bujającą się na wodzie (gdy raczej statki takie wciągano na brzeg, zwłaszcza że bohaterowie nie na krótko zagościli na lądzie); w której na terenie Skandynawii mieszka jakaś paleolityczna grupa czcicieli Pramatki, bardzo, ale to bardzo liczna, posiadająca umiejętność jazdy konno (a koni ci u nich dostatek) - to jednak pewna przesada. W dodatku Arab pod postacią Banderasa zeszlifowuje sobie wielki miecz do jakiejś takiej grubej, nieporęcznej szabli (to tak, jakbym zrobił z noża śrubokręt, ale co tam), a krótko potem ratuje dziewczynkę (oczywiście z typowo amerykańskim błyskiem w oku), całe królestwo króla Hrothgara liczy sobie jedną lichą wieś (przepraszam, stolicę), w której mają jednego psa i jednego herolda, który w dodatku polewa się pachnidłami (gdy król się nie polewa, a po prostu od czasu do czasu myje), zaś wszystkie kobiety (prócz jędzy) są piękne i młode (i nie licząc krótkiej scenki z gaszeniem ognia służą tylko do jednej rzeczy - sami się domyślcie, jakiej). A co do szalonych konstrukcji zwanych domami niech wam starczą słowa jednego z twórców filmu: [Wikingowie] żyjący tu inaczej myślą i inaczej traktują się nawzajem. Środowisko wymusza na nich wybór materiałów, które zapewnią im przeżycie. Wszystko budują z pni ogromnych drzew, które ich otaczają i doszliśmy do wniosku, że ich architektura musiała przypominać architekturę Indian północno-zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych. Szkoda że nie doszli do innego wniosku - żeby zajrzeć do literatury fachowej. Bo mimo wszystko Indianie to nie Wikingowie.
Niestety, nic nie równoważy tych wszystkich minusów - akcja jest przewidywalna, fabuła roi się od schematów i kalek, postaci są papierowe (a jak niby miało być inaczej, skoro scenarzyści dekoncentrowali się na trzynastu głównych postaciach - a każda z nich przecież musi zdobyć nasz szacunek, sympatię czy co tam), a efekty specjalne ograniczają się do sikającej krwi, urwanych rąk, stosów czaszek i ujmującego kwiku nadziewanych na ostre pale koni. Doprawdy, widowisko wspaniałe, że palce lizać. Tylko, u licha, gdzież w nim jakikolwiek sens? Gdzie świetna zabawa? To taka huśtawka - od niesmaku na widok rozprutego brzucha, poprzez niesmak odgadnięcia sceny, która będzie za dziesięć minut, aż do niesmacznie ładnego happy endu. Jedynym bodaj jaśniejszym akcentem (prócz jak zwykle doskonale dopasowanej do zdjęć muzyki) jest pomysłowe pokazanie nauki języka. Uczymy się go bowiem wraz z Arabem - coraz więcej zrozumiałych słów wyławiamy z północnego języka, coraz więcej rozumiemy, aż całkiem naturalnie bohaterowie przechodzą na zrozumiały już dla widowni język (dla polskiej widowni i tak musiały być napisy ;-)). Nie ma utyskiwania: a dlaczego oni mówią po angielsku, czy: a dlaczego Szwed i Arab mówią w tym samym języku. My widzimy, jak to się dzieje. Jest to naprawdę godne powielenia. Choćby w filmach o okupacji. To bardzo upraszcza sprawę. O co jednak mam największy żal? O to, że pomysł nie byłby tak zarżnięty, gdyby zdecydowano się na zupełne odcięcie fabuły od historycznych miejsc i nazw (jak stało się to w Eryku Wikingu) i nakręcenie zwykłego filmu fantasy. Doprawdy, ból i niesmak byłyby o niebo mniejsze, a żołądek zdrowszy.
|