|
|
|
Zachęcona przychylną recenzją w pewnym czasopimie powięconym fantastyce, odważyłam się pójć na rzeczony film. Nie odstraszył mnie fakt, iż Nawiedzony jest remake'em horroru z lat 60-tych. Nie widziałam oryginału, więc wybrałam się bez uprzedzeń. A ponieważ nikt mi nie płaci za recenzję, stać mnie na absolutną szczeroć. "Niektóre domy rodzą się złe". Już na wstępie slogan reklamowy zdradza zasadniczą częć fabuły, która, krótko mówiąc, jest wątła i mizerna. Sądzę, że nie popsuję zbytnio przyjemnoci i dopowiem resztę. Otóż demoniczny psycholog (Liam Neeson) pod pozorem badania bezsennoci zbiera grupkę osób, na której zamierza zbadać mechanizmy powstawania strachu. Aby dopomóc sobie w tym zadaniu, zabiera ich do wiktoriańskiej rezydencji. W domu owianym mroczną tajemnicą (cóż za niespodzianka) straszy. Nie trzeba wykazać się inteligencją, aby się domylić, że to dopiero początek... Mimo kiepskiej fabuły film nie jest aż tak do końca zły. Dzieje się tak głównie za sprawą solidnego (poza grą aktorów) wykonania. Na początek rzecz najważniejsza - dom. Moim skromnym zdaniem to właśnie rezydencja jest prawdziwym bohaterem opowieci, złym i przerażająco żywym. Przy nim ludzie to nic nie znaczący dodatek, wrzeszczący tylko od czasu do czasu. Scenografia jest naprawdę godna zapamiętania. Sam dom, położony na uboczu i otoczony kręgiem suchej łąki, to dziwna wiktoriańska mieszanka neogotyku, baroku, stylu elżbietańskiego i pseudoegipskiego. Wywiera przytłaczające wrażenie. Nie trzeba dużej wyobraźni, aby zacząć cierpieć na nerwicę po kilku dniach pobytu.
W sumie film mógłby być bardziej udany. Pomimo kiepskiej gry aktorskiej, słabej fabuły i zupełnie zaprzepaszczonego zakończenia, Nawiedzony oferuje przynajmniej odpowiednią dawkę grozy i napięcia. Ja jednak wyszłam z kina z uczuciem niedosytu. Film w sumie tylko dla ciekawych lub miłoników gatunku. |