Framzeta
Pismo SF FRAMLING. Numer 6 [grudzień 1999 - styczeń 2000]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona


17.jpg (23281) Jarosław Loretz

Michael Swanwick  Stacje przypływu

Książka ze wszech miar to niezwykła. Mimo, iż autor pełnymi garściami czerpał z innych powieści, jest ciekawie napisana i sprawia wrażenie całkiem świeżej.

Jest to historia przedstawiciela Wydziału, ziemskiej organizacji pilnującej sekretów nowych technologii, który w poszukiwaniu Gregoriana, człowieka podejrzewanego o wykradzenie jednej z takich technologii, dociera na planetę o nazwie Miranda. Tu nic nie jest proste, a zwłaszcza znalezienie Gregoriana, który jest wielkim czarownikiem i zdaje się znać każdy ruch wysłannika...

Książka jest napisana w manierze powieści detektywistycznej. To coś jakby raport z odwiedzin na dziwnej, pełnej tajemnic planecie. Posunięcia bohatera, wszystko, co mu się przytrafia, stanowi element skomplikowanej, trudnej do zrozumienia łamigłówki. Tajemniczości dodaje jeszcze to, że nie wiadomo, jaka to technologia miałaby paść łupem Gregoriana, a przede wszystkim irytuje fakt pozbawienia głównego bohatera jakiejkolwiek konkretnej tożsamości - on po prostu nie ma imienia. Tak jak u Lema, w Edenie, jest on określany jedynie funkcją - do końca powieści pozostaje biurokratą (nawet nie z wielkiej litery). Do tego wszystkiego dochodzi kultura Mirandy - obca, oparta na magii i gusłach raczej, niż na technice, wielka nienawiść tubylców do Ziemi (za odcięcie dopływu nowych technologii), a także zaskakująco niewyraźny obraz przestrzeni kosmicznej - w trakcie lektury zapomina się o istnieniu Ziemi. Jest tylko Miranda. I ktoś obcy usiłujący zgłębić jej sekrety...

W pewnym sensie bardzo to przypomina Lewą rękę ciemności Ursuli Le Guin - z całą zasadą nieingerencji w obce kultury, z zetknięciem pojedynczego przedstawiciela kosmicznej federacji z twardym, prawdziwym życiem na innej planecie. I z wszechmocną przyrodą - bo jeśli w Lewej ręce... przyrodą była nieokiełznana zima, to w Stacjach... jest nią okresowy (co kilkaset bodaj lat) roztop czap biegunowych, który powoduje zalanie ogromnymi masami wody pokaźnej części lądu. Pogrąża również w oceanicznych odmętach zagubione miasto marzeń - kamienne (gdy wszystkie inne są drewniane), zabezpieczone przed wodami (gdy wszystkie są rozbierane przed przypływem), wymazane ze wszystkich map...

Cały ten niesamowity klimat, zaprawiony pewną dozą goryczy i smutku, zmusza do myślenia. Zmusza do zastanowienia się, w którym miejscu przebiega granica między techniką i magią. Gdzie kończy się zwykła szarlataneria, a gdzie rozpoczyna prawdziwa magia. Stawia też ważkie pytanie - czy jeśli znajdziemy kiedykolwiek w kosmosie braci w rozumie, słusznym będzie ukrywanie przed nimi technologii, które my znamy, a oni nie? Czy jeśli tak postąpimy, będzie to podyktowane szeroko pojętą troską o prawidłowy rozwój znalezionych cywyilizacji, czy może raczej obawą o zachowanie prymatu w kosmosie? Swanwick oczywiście nie pierwszy stawia takie pytanie (vide Mówca umarłych Carda), ale styl, w jakim to czyni, jest godzien uwagi.


Michael Swanwick Stacje przypływu, Mag 1998


Poprzednia strona Spis treści Następna strona