|
|
|
Marsa trzeba skolonizować. Na to nie ma rady. Jest blisko, klimat ma znośny, woda na nim jest, a na Ziemi zaczyna robić się tłoczno. Operacja będzie jednak niełatwa. Czekają na nas tysiące problemów do rozwiązania. Problemów nie tylko technicznych, ale również ekonomicznych i społecznych. Kim Stanley Robinson pokazuje w Czerwonym Marsie, swojej pierwszej książce z cyklu marsjańskiego, ile ciężkiej inżynierskiej roboty czeka na zdobywców Czerwonej Planety. Kolonizacja to dopasowanie klimatu i środowiska Marsa do ludzkich potrzeb. Rozpoczynając od zera, od kilku prymitywnych baraków i przysłanego z Ziemi sprzętu, setka zapaleńców czyni z Marsa miejsce, w którym mogą żyć ludzie. Nad tym budowlanym zapałem wisi jednak cały czas decyzja o tym, jaki system społeczny przyjmą koloniści. Czy oprą się na Ziemi, czy poszukają własnej, marsjańskiej drogi? Już podczas lotu pierwszych osadników zaczynają rysować się zasadnicze różnice w poglądach. Napotykamy ekologów, żądających pozostawienia Marsa samemu sobie, ale również zdecydowanych zwolenników pokrycia planety morzami i roślinnością, którym przewodzi mój ulubieniec Saxifrage Russell. Są również poszukiwacze trzeciej, marsjańskiej drogi i najemnicy wielkich ziemskich korporacji, pragnących jedynie zysków. Tu zaznaczę ważny plus tej książki - bogactwo i różnorodność charakterów głównych bohaterów. Pierwsze lądowanie - i rozpoczyna się walka. Pragnę rozczarować zwolenników space oper - nie będzie czołgów sunących z chrzęstem gąsienic, gwiezdnych krążowników i podobnych cudeniek. Nie. Pierwsze rozdziały to walka ze środowiskiem planety i ułomnościami sprzętu oraz obsługujących go ludzi. Potem zaś rozpoczyna się walka idei, gdzie walczy się myślą. Przeplatają się intrygi i misterne plany, gdzie każdy stara się osiągnąć swoje cele. Pojawiają się coraz to nowe idee i problemy, właściwe ludziom, ale obce Ziemi. Kończy się to wszystko porywającym, pełnym wstrząsających wydarzeń finałem.
Tylko jaka to będzie droga? Jedyne, co łączy wszystkich mieszkańców Marsa, to niechęć do władzy korporacji i pragnienie życia po swojemu. To, jak ma to "życie po swojemu" wyglądać, to już zupełnie inna bajka. Rozwija się Saxifrage. Już w Czerwonym Marsie bardzo go polubiłem, za jego flegmę i technokratyczne podejście. W Zielonym... staje się zdeterminowanym przywódcą buntu. Znajduje swój cel i realizuje go z żelazną konsekwencją, zaprzęgając do tego całą swoją wiedzę i pomysłowość. W podobnym kierunku rozwija się również jego antagonistka Ann Clayborne, która również gromadzi wokół siebie zwolenników czerwonego Marsa, przeciwstawiając ich "zielonym" Saxa. W galerii postaci pojawia się ktoś nowy - Nirgal. Niestety jest to jedyna interesująca postać, którą Robinson wprowadził w dwóch ostatnich tomach cyklu. Tu moim zdaniem autor trochę zawiódł, ponieważ, za wyjątkiem Nirgala, wszystkie nowe kluczowe postacie są kopiami kogoś z pierwszej setki. Cykl bardziej kieruje się jednak na sprawy naukowo-inżynierskie, pomijając nieco ludzkie uczucia.
Zachwyciła mnie w tym cyklu wiarygodność wizji autora. On wie, jak to będzie wyglądać i potrafi to pokazać do najdrobniejszego szczegółu, łącznie z awarią pompy. Przekonuje czytelnika do tego, że kolonizacja Marsa i Układu Słonecznego odbędzie się według Robinsona, że właśnie takie problemy nas oczekują i że właśnie tak zostaną one rozwiązane. Oczywiście, żadna planeta nie jest tak dobrze oddana jak Mars, ale pokazane w Błękitnym Marsie fragmenty miejsc, które skolonizowano są równie fascynujące. Cykl jest również bardzo dobrze napisany. Czytając, czułem się jak jeden z kolonistów. Autor wspaniale oddał atmosferę Marsa - pustynnej i dzikiej planety. Co więcej, potrafił jednak również oddać klimat kolonizacji - pośpiechu i prowizorki, ale również zachwytu nad możliwością stworzenia czegoś nowego. Ważne jest również to, że Robinson nie ucieka przed podstawowym problemem, mianowicie: co się stanie z nami? Jak zmienią się nasze myśli i uczucia, kiedy staniemy na ziemi innego świata, zmuszeni do używania zdobyczy nauki, których na Ziemi nie widuje się nadto często? Jak dalece pozostaniemy dziećmi Ziemi? Jak zmieni się nasze życie rodzinne? Czy przyjaźń i miłość na innych planetach jest taka sama jak na Ziemi? Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że załapię się do pierwszej setki osadników i będę miał okazję osobiście porównać trylogię z rzeczywistością.
|