|
|
Larry Niven Droga Przeznaczenia Po przypuszczalnej klęsce pierwszej wyprawy kolonizacyjnej (jej losy opisują książki Dziedzitwo Heorotu i Dzieci Beowulfa) Ziemia zaniechała dalszych prób na ponad dwieście dwadzieścia lat. Wtedy w kierunku gwiazdy zwanej Apollo wystartował statek kolonizacyjny Argos. Po szczęśliwym dotarciu do celu i założeniu pierwszych osiedli na planecie ochrzczonej Przeznaczenie załoga statku odleciała pozostawiając na planecie kolonistów i dwa lądowniki. Minęło dalszych dwieście lat. Jemmy Bloocher opuszcza Spiralne Miasto, największą osadę na Przeznaczeniu i wyrusza w podróż wzdłuż Drogi stworzonej w początkach kolonizacji przez lądowniki odkrywając dawne i nowe sekrety planety. Jak widać z powyższego (bardzo zgrubnego) streszczenia nie jest to w żadnym wypadku space opera, nie znajdziemy tu też niesamowicie wartkiej akcji (choć są obowiązkowe strzelaniny i seks ;-)). Powolne odkrywanie mechanizmów rządzących Przeznaczeniem ma swój urok. Cieszy też, że Niven stosuje metodę, która w SF bardzo mi odpowiada - opisując rzeczy nieznane na naszej małej planecie nie zaczyna od ich instrukcji obsługi i wykładu z historii. Zagadkowy przedmiot pojawia się jako element życia codziennego kolonistów, a do czego służy i czym jest dowiadujemy się podczas dalszej lektury. Krótko mówiąc polecam miłośnikom fantastyki naukowej, a na pewno tym, którym podobało się wspomniane już Dziedzictwo Heorotu. Jo'Asia Terry Jones Krążownik "Titanic" Douglasa Adamsa Znany między innymi z Latającego Cyrku Monty Pythona Terry Jones zgodził się na napisanie tej książki pod warunkiem, że będzie mógł to robić na golasa. Douglas Adams chętnie przystał na to, samemu akuratnio będąc zajęty tworzeniem gry komputerowej powstającej na bazie cyklu Autostopem przez Galaktykę, która to gra miała pojawić się w sprzedaży równocześnie z książką, której to nie było komu napisać... Zamieszane? Spróbuję jeszcze raz. Książkę napisał Terry Jones. Pomysł narodził się w głowie Douglasa Adamsa i przyjął formę kilku zdań w tomie znanym w tej części galaktyki jako Życie, Wszechświat i cała reszta. Miejscami fabuła rzeczywiście przypomina grę komputerową. Na szczęście rzadko. Czyta się szybko, miło i przyjemnie - ot, space opera. Tym, którym Autostopem przez galaktykę się spodobało, można ze spokojnym sumieniem polecić i tę lekturę. Tym, którzy lubią angielski humor (zwłaszcza w wykonaniu Monty Pythonów), również. A zwłaszcza tym, którzy lubią i jedno, i drugie. A jeśli nie znacie jeszcze ani jednego, ani drugiego, zaryzykujcie. Wojtek Gołąbowski John Barnes Milion otwartych drzwi Ludzie skolonizowali już praktycznie
wszystkie leżące w ich zasięgu planety. Każda z nich została zasiedlona przez inną
grupę kulturową - czasem wywodzącą się ze starych kultur Ziemi, czasem całkiem nową.
Dzięki wynalezieniu skoczka pozwalającego na natychmiastowe pokonwyanie przestrzeni
międzygwiezdnej długotrwała izolacja kolonii od zewnętrznych wpływów dobiega końca.
Akcja rozpoczyna się na Nou Occitan,
planecie, na której mężczyzni noszą szpady (oczywiście nieco ulepszone przez stulecia)
i używają ich w pojedynkach będących nieodłączną częścią życia, artyści są jednymi
z najbardziej poważanych obywateli a kobiety to przede wszystkim źródło ich natchnienia
i nieodłączny element finamor - oficjalnego flirtu podniesionego niemal do rangi
sztuki. Jednak w wyniku uruchomienia na Neo
Occitan skoczka następuje "skażenie kulturowe" i dawny styl życia powoli
zanika. Giraut jednak pozostaje mu wierny - gdy wedle starych zasad ma do wyboru tylko
śmierć lub opuszczenie planety wybiera to drugie zostając oficjalnym przedstawicielem
Rady Ludzkości na właśnie przyłączonej do sieci skoczków mroźnej planecie Kaledonii.
Tamtejsza kultura jest krańcowo odmienna od neoocitańskiej - można powiedzieć, że rządzi
znana z Heinleina zasada nie ma darmowych obiadów rozciągnięta na praktycznie
wszystkie dziedziny życia (np. łapówki są obowiązkowe) do spółki z równie absurdalnie
daleko posuniętym racjonalizmem (okna w domach są nieracjonalne, jako że można przez
nie zobaczyć tylko śnieg) będącym miejscową religią państwową. Oczywiście w trakcie książki dowiemy
się, że ani kultura Neu Occitan nie była romantycznym ideałem, ani Kaledonia nie jest
piekłem, że wszystko ma swoje złe i dobre strony. Podobają mi się występujące rekwizyty
- wspomniane już unowocześnione szpady mają wmontowane neuroinduktory powodujące przy
zetknięciu z ciałem ból lub wrażenie prawdziwych ran (może być na tak silne,
że można się go pozbyć dopiero po długotrwałej rehabilitacji) czy psypyksy pozwalające
na zaszczepienie po prawdziwej śmierci nagranych wspomnień i osobowości innej osobie,
a w przypadku przyjęcia się wszczepu przeniesienie ich do sklonowanego ciała. Na dodatek
te rekwizyty nie są jedynie ozdobnikami lecz grają istotną rolę w rozwoju akcji. Na koniec pochwalę autora za wymyślenie
zgrabnej nazwy na sztuczną inteligencję - syntelekt to jest to! Jo'Asia
L. E. Modesitt Jr. Wieże Zachodzącego Słońca Drugi w kolejności wydawania, a biorąc
pod uwagę wewnętrzną chronologię najprawdopodobniej pierwszy, tom cyklu Recluce.
Dowiadujemy się z niego, w jaki sposób doszło do powstania na wyspie Recluce oazy Ładu
poznając przy okazji historię państw położonych na kontynencie. Głównym bohaterem opowiadanej historii
jest Creslin, syn władczyni Westwind. W swoim kraju, w którym wojsko jest domeną kobiet,
uchodzi za zniewieściałego z powodu umiejętności szermierczych i brania udziału w ćwiczeniach
oddziałów sławnych na całym świecie strażniczek Westwind. Nie mając ochoty na zaaranżowane
małżeństwo z siostrą władczyni Sarronnynu ucieka korzystając z wrodzonego daru kontrolowania
wiatrów. Nie wie jednak, że jego narodziny były wynikiem intrygi Białych Magów Chaosu mającej
na celu opanowanie Westwind, Sarronynu i innych niezależnych jeszcze państw. Nie jest to w żadnym razie wybitna literatura,
jednak połączenie szeroko zakrojonych intryg magów, rozpaczliwej walki Creslina o niezależność
w świecie, w którym wszyscy wydają się chcieć go kontrolować oraz odkrywanie tajników rządzących
magią tworzy całość zapewniającą miłą lekturę na zimowe wieczory. Jo'Asia
Samuel Delany Babel-17 Ta książka miała wyjść w Polsce,
ale niestety nic z tego nie wyszło. Szkoda, bardzo szkoda. Jest to jedno z
najniezwyklejszych dzieł sf, poświęcone językowi i sposobowi, w jaki nasza mowa
kształtuje nasze myśli i nasze postępowanie. Babel-17 to niezwykła, sztuczna mowa,
która jednocześnie stanowi broń, i to broń bardzo skuteczną. Na tyle skuteczną,
że może ona doprowadzić do ostatecznego rozstrzygnięcia w toczonej od wielu lat
wojnie. Delany bardzo umiejętnie wmieszał
w tę książkę lingwistyczne rozważania. Nie ma tu długich monologów i rozmyślań,
mających stanowić pretekst do opisania Babel-17. Jest dokładnie na odwrót - język
ten poznajemy w działaniu, obserwując, jak zmienia on postawy bohaterów, którzy
nauczyli się nim posługiwać i wykorzystują tę wiedzę w kryzysowych sytuacjach. A jest trochę tych sytuacji.
Kosmiczne bitwy toczone czasem wręcz, a czasem za pośrednictwem myśliwców, awarie
statków kosmicznych czy też sploty więzów, uniemożliwiające bohaterom działanie
- wszystko to można rozwiązać, jeśli trochę się pomyśli. W Babel-17, rzecz jasna. Nakłada się na to wszystko niezwykła
wyobraźnia Delany'ego i jego umiejętność opisywania swoich wizji. Wszystkie jego postacie
są oryginalne i unikatowe zarówno w swoim wyglądzie, jak i w zachowaniu. Możliwości, jakie
kiedyś będzie dawać współczesna medycyna, są w tej książce w pełni wykorzystane, co pozwala
nam oglądać bohaterów, których ciała przekształcone są na tysiąc rozmaitych sposobów.
Mój ulubiony to smok wyrastający z prawego barku. Bardzo gorąco polecam tę książkę każdemu
czytelnikowi, który będzie miał szansę ją dopaść. Eryk Remiezowicz
Hal Clement Ocean on Top Bardzo ciekawa książka, aczkolwiek
raczej popularno-naukowa, niż science-fiction. W głębiach oceanu zaginęło kilkoro
badaczy. Wysłany zostaje agent, który ma zbadać sprawę i wrócić z raportem
na powierzchnię. Ku swojemu zdumieniu odnajduje on na dnie tajną podwodną kolonię,
łamiącą podstawowe prawo rządzące ziemską cywilizacją. Cała powyższa akcja jest jednak
jedynie pretekstem do pokazania niezwykłości życia pod wodą. Przyznam się, że nie
miałem pojęcia, że głębie oceanu są środowiskiem tak niezwykłym i odmiennym.
Szczególnie widać to w będących prawdziwą perełką, początkowych scenach książki
kiedy główny bohater musi w tym środowisku prowadzić walkę. Fragment ten jest
idealnym połączeniem szybkiej i wciągającej akcji, ze spójnym i naukowym
przedstawieniem niezwykłego świata. Dalej niestety jest tak sobie.
Nadal fascynująca nauka, ciekawy fragment o lingwistyce, ale bohaterowie są raczej
płascy. Sama fabuła też nie jest specjalnie sensowna ani interesująca. Ale jeśli
ktoś zastanawia się nad tym, jak będzie wyglądało zasiedlanie oceanów, to gorąco
polecam. Eryk Remiezowicz
Katherine Kurtz Camber of Culdi / Saint Camber Z wolna staję się feministą.
Co przeczytam książkę fantasy napisaną przez kobietę, to lepsza. Tak też jest
w przypadku dwóch pierwszych tomów cyklu o Deryni, napisanych przez Katherine Kurtz.
Deryni to rasa zdolna do władania magią, poza tym jednak w pełni ludzka. Są tacy jak
my, ze wszystkimi naszymi ludzkimi zaletami i wadami. Niestety, zwykli, niemagiczni
ludzie traktują ich jak odmieńców zdolnych do najgorszych podłości i z zasady nie ufają
żadnemu Deryni. Czasem nieufność ta jest w pełni
uzasadniona. Na przykład, lepiej nie ufać Imre, królowi z rodu Deryni, który jest
Deryni małym i podłym. Doprowadza on do tego, że zawiązuje się spisek przeciwko królowi,
mający na celu zdjęcie go z tronu i osadzenie na nim cudem ocalałego prawowitego
spadkobiercy. Osią spisku jest Camber, głowa rodziny Culdi, jeden z najpotężniejszych
czarodziejów Deryni. Brzmi sztampowo? Owszem, ale tę
prostą intrygę wzbogacają i czynią niezwykłą dwaj główni bohaterowie. Imre, król
Deryni, jest po prostu słaby i w innych okolicznościach mógłby być porządnym, zwykłym
człowiekiem. Niestety jest królem, a to zadanie go przerasta. Drugi z głównych
bohaterów, Cinhil Haldane, ma inny problem. On nie chce być królem. Zanim został
wciągnięty do spisku, był mnichem i odpowiadało mu to. O tym marzy i tego tak naprawdę
chce. Niespecjalny materiał na monarchę, prawda? Wszystko to urozmaica bardzo ciekawy
pomysł pani Kurtz. Otóż wpisała ona magię w chrześcijaństwo. Rytuałów dopełnia się
w kościołach, posługując się imionami archaniołów i mszalnymi kielichami. Dlatego
też życie w zakonie łączy się z niezwykłymi przeżyciami duchowymi, bez których
ciężko się obejść. I dlatego Cinhil wierzga i opiera się, kiedy prowadzą go do ołtarza,
gdzie ma poślubić swoją królową. W drugim tomie sprawy się skomplikują.
Cinhil nadal nie chce być królem, a w dodatku niespecjalnie lubi Cambera, który jest
jego najważniejszym wasalem i reprezentantem Deryni. Kiedy tylko pojawia się okazja,
Camber robi wszystko, aby zyskać współpracę, posłuch i przyjaźń króla. Wynikają
z tego straszne tarapaty i nieporozumienia (patrz tytuł), ale więcej nie piszę, bo byłby
to spojler. Powiem tylko, że dobre serce i przypadek potrafią czasami strasznie
w życiu człowieka i Deryni namieszać. Eryk Remiezowicz |