Framzeta: Publicystyka
Pismo SF FRAMLING.   Numer 7   [luty - kwiecień 2000]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona


Jarosław Loretz

Zróbmy konwent...

Mamy rok dwutysięczny. I co? I nic. Przynajmniej nic szczególnego.

Świat się nie rozpadł. Obcy nie przybyli. Armageddon nie nastąpił. Nawet pluskwa milenijna zawiodła - prąd ciągle jest, samoloty latają, banki wydają pieniądze, a mój stary, nieprzystosowany ponoć do problemu roku dwutysięcznego komputer chodzi. Nie zmieniło się kompletnie nic. No, może poza wzrostem fortun sprytnych ludzi, którzy wieszczyli rychły koniec elektronicznej ery i oferowali za niemałe kwoty różnym łosiom "przystosowanie komputerów do Y2K". Była to zwyczajna noworoczna noc, jakich wiele dotąd świat przeżył, a i pewnie wiele jeszcze przeżyje.

Ale zawód zwykłego człowieka trwożliwie czekającego na dwadzieścia sześć godzin transmisji (gdy CNN miało godzin 100), czy nawet sekciarza czekającego na atak zastępów piekielnych był niczym wobec zawodu fantasty.

Po pierwsze - przejście w nowy rok obyło się bez specjalnego huku, bez spodziewanych fajerwerków i histerii. Ogni sztucznych było wręcz mniej niż w zeszłych latach. Tylko handlarze dopisali jak zwykle, rzucając na jezdnię, między jadące samochody. A przecież weszliśmy w niezwyczajny rok. W rok, który od dziesięcioleci był magiczną granicą epok. Naturalnie zostanę w tym momencie zakrzyczany, że nowy, dwudziesty pierwszy wiek zaczyna się dopiero w roku 2001. Ale nie chodzi mi o nowy wiek. Chodzi mi o nowy wymiar daty, o przekroczenie magicznej bariery, która oddzielała "teraz" od "przyszłości". Przecież starczy zerknąć na pierwszą z brzegu powieść (czy opowiadanie) sf - kiedy dzieje się akcja? Obowiązkowo w roku dwutysięcznym albo wyżej. Bo nawet w roku 1999 data złożona z dwójki i trzech zer była czymś niewyobrażalnym. Zresztą - niby jak inaczej miało by być, skoro przez tysiąc lat człowiek wpisując datę na końcu jakiegokolwiek pisma rozpoczynał rok od jedynki? Teraz, dziwny twór pod tytułem 2000, zwykła liczba, umieszczana dotąd w nazwie firmy, produktu, czy mocy silnika, stała się obowiązującą nas wszystkich datą. Odartą z tajemnicy, znanej dotąd tylko twórcom sf. Zaczyna się weryfikacja wymysłów...

Po drugie - fantastów przyzwyczajano przez lata, że dobrodziejstwa nowej techniki (albo przekleństwa, zależy, jak patrzeć) sypną się wraz z wejściem w rok 2000. I co? Zapowiada się, że i ten rok, i następny, i jeszcze kolejne lata będą takie same szare, jak dotychczas. Owszem, pojawią się nowe modele aut, komputery osiągną większą moc i szybkość, a naukowcy odważą się sklonować człowieka. Ale czy to taka rewolucja? Czy rewolucją będzie zbudowanie owianej już legendą orbitalnej bazy Alfa? Albo lot załogowy na Marsa? Nie, ponieważ takich rzeczy udało się już dokonać kilkanaście/kilkadziesiąt lat temu, tylko że w mniejszej skali. Szklanych domów też już nie będzie. Epoka romantyzmu nieodwołalnie odchodzi do lamusa, zastępowana erą walki o przetrwanie. Przetrwanie człowieka, któremu odchodzi ochota do życia, który przestaje się rozmnażać, goniąc za zyskiem i woląc kupić sobie psa, niż postarać się o własne dziecko. Włosśię na głowie jeży, gdy przypomnę sobie "Nowy Wspaniały Świat" Huxleya. I jak niewiele rzeczy nam zostało do dopełnienia tej przerażającej wizji...

Została nam, fantastom, nadzieja w roku 2001. Sama data może nie jest specjalna, ale przejście w nowe milenium, w nowe tysiąclecie wywołuje dreszczyk na skórze. Jeszcze raz ożyją wieszczki i wieszczowie, po raz tysięczny przewidując Sąd Boży i rychły koniec świata. Znów zaczną truć o milenium nowych możliwości, bąkając coś o spotkaniu braci w rozumie, o znalezieniu lekarstwa na raka i AIDS, o nowej technice... Ale haczyk polega na tym, że jeśli tylko po drodze nie przytrafi się ludzkości nic złego, to tysiąc lat wydaje się być wystarczającym okresem na znalezienie różnych panaceów. Nawet na zlikwidowanie rozumu u szarych ludzi, żeby światem mogła rządzić w spokoju grupka prominentów. Tylko z tymi "braćmi w rozumie" może być kłopot...

Jakie zadania stają teraz przed fantastyką? Teraz, gdy powoli zamykamy wiek dwudziesty, gdy kończymy gigantyczny, bardzo obfity w wydarzenia okres - całe milenium rozpoczęte Zjazdem Gnieźnieńskim? Wiek, w którym osadzona była większość powieści i filmów? Wiek, który podda bezlitosnej weryfikacji wiele wielkich, jak i zupełnie malutkich pomysłów?

Co się teraz stanie? Jaka data będzie popularna? Czy starczy przesunąć akcję w wiek XXII (jakiś, dajmy na to, 2123), czy jednak popularność zyska kolejna magiczna liczba - 3000? A może jednak, w związku z tym także, iż rozwój techniki wyraźnie stracił na impecie, że nie ma już spektakularnych odkryć, ze stwierdzeniami, że podróż na Księżyc i badanie Marsa (w ogóle wysyłanie czegokolwiek w Kosmos poza orbitę ziemską) było zupełnie chybioną rzeczą, pojawi się data 10000 i wzwyż? Data, która ma szanse nastąpić po odnowieniu psychicznym Ziemian? Bo i tak, jak by nie patrzeć, rok taki z momentem wkroczenia w rok 2000 przestał już przerażać. Stał się nie tak znów mglistą przyszłością.

Czy może jednak ziszczą się obawy Simaka, że człowiek nigdy nie sięgnie gwiazd? Że powinien w związku z tym lepiej poznać siebie, swoje wnętrze - powinien nauczyć się telepatii, telekinezy... Może faktycznie te właśnie dziedziny, a nie technika, dadzą nowe możliwości ludziom? Może dzięki temu nastanie wiek magii? Może właśnie receptą na gnuśność będzie ta tajemnicza Era Wodnika?

Popatrzmy dzisiaj na filmy z lat 60-tych, 70-tych, na te futurystyczne wizje przyszłości - na pokazane tam samochody, domy, meble, ubrania... Czyż nie są śmieszne? Dziwne? I czyż nie okazało się, że przyszłość tak na dobrą sprawę niewiele się różni od przeszłości? No, może jedynie komputery wyłamują się z tego obrazu, jednak komputerów nieszczęśliwie nikt sensownych nie przewidział...

Tamte lata były piękne - istniała jeszcze wiara w ogromny rozwój świata i w kolosalną zmianę obyczajów. Teraz już wszyscy są ostrożniejsi. Zarówno przez tę właśnie, niezamierzoną śmieszność wyobrażeń o przyszłości, jak i przez to, że technikę i naukę ogarnęła pewna stagnacja, że czas, w jakim wieszczy się wykrycie (ulega ciągłemu odwleczeniu w przyszłość, coraz dalszemu i pewniejszemu, wygodniejszemu) wielkich rzeczy, wielce rozciąga się w czasie, a wynalazki stają się coraz bardziej błahe. Świadczy to też zresztą o rosnącej impotencji umysłowej autorów, niezapładnianej przez naukowe pisma, wyzbyte wszelkich donioślejszych spekulacji, czy idei, pauperyzujące się i ganiające za bzdurami, miast rzeczywistą nauką.

Ale możemy zrobić jedno. My, polscy fantaści. Może jakiś konwent? Taki milenijny, duży, który rozpoczynałby się 30 grudnia 2000 roku, a kończył pierwszego stycznia 2001? W nowe tysiąclecie z nową jakością? Ostatni w tym stuleciu konwent? Pierwszy w kolejnym stuleciu, w XXI wieku? Jak to dumnie by brzmiało. I każdy trzyma w ręce sztuczny ogień... A potem odpala się jeszcze taki wielki, ogromny, jaskrawy...

Pamiętajmy wszakże, że również Polska będzie kończyłą tysiąclecie obecności w świadomości europejskiej. Że historia narodu i państwa polskiego trwała krócej, niż innych krajów, i że ma właśnie tysiąc lat. Chyba możemy to jakoś wykorzystać, prawda?

22 stycznia 2000


Rozpowszechnianie zamieszczonych w piśmie tekstów jest dopuszczalne wyłącznie za podaniem nazwiska autora i źródła (URL)
 

Poprzednia strona Spis treści Następna strona