|
|
|
Jeżeli rzeczywiście historia
nigdy nie zatacza koła, Jerzy Górzański, Luźne kartki z moją drobną korektą
Nie twierdzę bynajmniej, że dysputy, których zwieńczeniem jest apokaliptyczna wizja przyszłości prozy fanatastycznej - a które posłużą mi tutaj jako materiał źródłowy - odbywały się w gronie autorytetów tego gatunku. Na próźno by szukać ów nazwisk w przeglądowych encyklopediach sf, w indeksie autorów publikowanych w ostatnich latach, na odpowiednich listach dyskusyjnych, wśród uczestników konwentów... Chociaż z drugiej strony, jeśliby za miarę autorytatywności przyjąć znajomość tematu oraz pewnego rodzaju umiłowanie, niekoniecznie przejawiające się w noszeniu koszulki z sylwetką Sokoła Millenium, to można by się było pokusić o stwierdzenie, że wyrok na fantastykę zapadł z ramienia autorytetów wśród autorytetów. Ale daleki jestem od tego. Chcę tylko podkreślić, że niniejszy tekst moim (naszym) kolejnym biciem na alarm w sukurs science-fiction. Tak się już utarło, że w dzisiejszych czasach słów fantastyka i science-fiction używa się wymiennie, a jest to chyba błąd, coraz lepiej widoczny w miarę upływu czasu. O ile kiedyś, kiedy każdy utwór zawierał choć element nauki, były to faktycznie synonimy, o tyle teraz nie mają one wspólnego mianownika, a wymienne żonglowanie nimi jest już tylko kwestią konwenansów. Science fiction, czyli fantastyka naukowa, jak sama nazwa wskazuje, ma coś wspólnego z nauką i nie musi być to od razu któraś z jej bardziej ścisłych gałęzi przyprawiających przeciętnych zjadaczy chleba o gęsią skórkę lub głupawy wyraz twarzy. Niekoniecznie też trzeba ów literacki fragment tekst wypakowywać nauką po sam wierzch, ważny jest - jak we wszystkim - umiar, bo po publlikacje naukowe chętni sięgają z pewnością nie do magazynów dedykowanych science-fiction. Pokusiłbym się nawet o definicję science-fiction jako gatunku literatury beletrystycznej, której co najmniej osnową jest istniejący lub domniemany fakt naukowy. W tym kontekście - proszę zwrócić uwagę na kolejność - obyczajowa opowieść o dziewczynie i chłopcu, połączonych i rozdzieranych wielkim, niespokojnym uczuciem, rozgrywająca się na fikcyjnej planecie o atmosferze wypełnionej zabójczymi dla człowieka substancjami, nie jest science-fiction, jest za to fantastyką - choć z pewnością wielu zaliczyłoby tekst w pierwszej kolejności do romansów. W takim ujęciu uwaga autora i czytelnika koncentruje się na ludzkich interakcjach pozostawiając lej niedomówień dotyczących "fizycznej" realności opowiadanej historii, brak naukowych komentarzy pozwala sądzić, że natura wykreowanej rzeczywistości jest autorowi daleko obca, jedynie niejako intuicyjna, której warunki zostały określone przez założenia powstałej historii. Nie martwi się on ani o jej weryfikowalność ani realizowalność. I nie ma w tym nic złego, bo to zupełnie naturalne podejście w pewnych gatunkach literackich, ale z pewnością nie w science-fiction. Proszę spojrzeć na twórców tzw. realizmu magicznego. Czy mamy gdzieś tam do czynienia z nauką w najbardziej podstawowym znaczeniu tego słowa? Ba, niektórzy z nich nie zdają sobie nawet sprawy z tego, że deflin to nie ryba. A ich opowieści aż kipią od wydarzeń - będacych główną osią, a nierzadko i motorem fabuły - które zastąpić można by z powodzeniem ich naukowymi desygnatami, które rzetelnie przedstawione automatycznie etykietę realizmu magicznego przekształciłiby w science-fiction. Ku naszej uciesze, rzecz jasna. Lecz jeśli teraz ową historię, wcale nie zubożoną o elementy sercowe, przedstawimy z nieco innej strony; jako walkę - rzecz jasna za pomocą nauki i techniki, jaką ta summa summarum ofiaruje - o przetrwanie w zabójczych warunkach obojętnej na ludzkie losy planety, to otrzymamy najczystszą science-fiction. Jeśli akcję opowieści umieścimy w czasie nieco nam bliższym, powiedzmy za 10-20 lat, wtedy rolę niegościnnej planety mogą spełniać po prostu księżycowe osiedla: obecny stan nauki pozwala nam całkiem dobrze antycypować takie ewentualności. I taka historia wcale nie musi być mniej wzruszająca, łez możemy wytoczyć tyle samo - to już jest funkcją pióra autora. Banalność przykładu jest zamierzona, bo sam problem zdefiniowania czym jest science-fiction jest już nietrywialny. Powyższa recepta jest tylko warunkiem dostatecznym science-fiction, warunkiem koniecznym jest sama literackość tekstu i wszelkie inne wartości i tematy, jakie próbuje on poruszać. Bez tego drugiego warunku mielibyśmy do czynienia po prostu z pracą naukową, wyzbytą epitetów i emocji narracją toku przemyśleń. Fantasy nie ma takich problemów, z jakimi boryka się ta nieszczęsna science-fiction; tutaj atrybut miecza i magii, księżniczek i smoków jest zrozumiały i jednoznaczny, nie da się tego zaaranżować inaczej, chociaż podejmowane są wcale udane próby. Ta niemożność nie wynika bynajmniej z ograniczeń konwencji fantasy - jest ona wbrew pozorom bardzo pojemna - lecz mentalności czytelników, którzy wszelkie eksperymenty na tym polu kwitują niepochlebym komentarzem. A warto się przyjrzeć takim wyczynom; z naszego polskiego podwórka niech będzie choćby Ruch Generała Jacka Dukaja, zamieszczony w 11 numerze The VALETZ Magazine, a zwiastujący zbiór opowiadań autora. Fantasy to niecodzienna, a że jeszcze spisana przez autora Serca Mroku więc i czyta się świetnie. Problem odnaukowienia literatury fantastycznej jest poważny. Jedną z ról science-fiction, co dumnie podkreślaja animatorzy tego gatunku, jest przewidywanie przyszłości, pospolite gdybanie, ale którego cel jest zupełnie zbożny. Oto na nadchodzącą przyszłość - często czarno widzianą i nakreślaną przez pewne kręgi - trzeba przygotować całe miliardy osobników naszego gatunku. Kiedyś wpajało się im, że będziemy mieszkać na Księżycu, że to w zasadzie nic wielkiego, po prostu postęp, cywilizacja, technika, że nie ma się czego bać. Tak się niefortunnie złożyło, że większość tych przewidywań legła w gruzach, ale na miejscu też jest chyba zwrócenie uwagi, że i zapędy ówczesnych pisarzy sf były co najmniej ponad miarę. Część tekstów powstawała w euforze kosmicznych sukcesów, kolejnych etapów odsłaniania tajemnicy wszechświata, zgłębiania struktur żywych organizmów. Nie mamy dziś osiedli na Marsie, ani sterowanych umysłem komputerów, ale wciąż jest wiele tematów, które wzbudzają w ludziach przerażenie lub też obojętność, kiedy to dana tematyka wykracza poza ramy wiedzy przeciętnego przedstawiciela naszego gatunku, a szarlatani poczynają sobie całkiem nieźle; mają własne audycje radiowe, telewizja ich gości, a gdzie są nasi? Jedną z takich rewolucji, która moim zdaniem wymaga asystencji pisarzy science-fiction, jest internet i wszystko, co ma z nim cokolwiek wspólnego, a pewnie niewiele się takich rzeczy już znajdzie. Współczesna ogólnoświatowa sieć jest namiastką tego, o czym pisali lat temu x-naście twórcy cyberpunku, pozwala na znacznie mniej, ale wcale nie jest dla człowieka mniejszym dziwactwem. Dostęp do tego medium zyskują każdego dnia nowe rzesze internautów i warto by ich na ten technologiczno-obyczajowy szok przygotować. Dla większości osób czytajacych ten tekst poprzednie zdanie może wydać się śmieszne, ale proszę uwierzyć, spory odsetek ludzi korzystających z internetu nie wie, jak go po prostu używać. Nawet jeśli czytali Gibsona, to jego sieć jest zbyt nieporównywalna... Żyjemy w świecie elektroniki; o naszym życiu decydują zmyślne urządzenia, zaprojektowane przez nas samych, a gwoli ścisłości przez pewną część naszej populacji, która na tym się wyznaje. Jest to drobny promil całej ludzkości i wcale nie optuję tutaj za tym, aby każdy znał kierunek przepływu dziur, ale o ile bardziej byłby ten nasz świat zrozumiały, gdyby nasi fantastyczni pisarze postarali się o przybliżenie go nam. Bez nich jesteśmy zdani na telewizyjne programy dla debili, prowadzone zwykle przez wysokiego stopnia laików, którzy z prawdziwym życiem niewiele mają wspólnego. Ludzie gubią się przy bankomatach, przerażeniem napawa ich antena telefonu komórkowego, nie mogą oderwać wzroku od ekranu telewizora, gdzie jakiś magik hipnotycznym głosem leczy zbiorowo tysiące dolegliwości. Panie i panowie, tylko pisarze science-fiction są w stanie tchnąć ducha odwagi w serca tych zatrwożonych obywateli Ziemi! A więc do dzieła! Niestety, nie ma zbyt wielu autorów, których utwory można by określić, jako pisane "ku pokrzepieniu umysłów"... W pierwszej kolejności przychodzą mi do głowy dwa nazwiska Rafał A. Ziemkiewicz i Jacek Dukaj. Nie będę szukał dalej, bo ich twórczość doskonale wpasowuje się w science-fiction, jakiej bym od polskich autorów oczekiwał. Nic dodać, nic ująć. I nie będę również podawał przykładów fantastyki odnaukowionej, bo wystarczy zajrzeć do ostatnich numerów NF, czy Fx. I niech im już będzie, niech sobie to publikują, tylko przez wzgląd na prawdziwą science-fiction i z czystego szacunku wobec jej miłośników, niech jej w to już nie mieszają. Bo to co robią, ma coraz mniej z nią wspólnego, zaś coraz natrętniej nasuwa mi skojarzenia z pospolitymi szarlatanami. A ci nie potrzebują nauki, bo operują na zjawiskach, które z natury rzeczy są niepowtarzalne, żadnego eksperymentu się na nich zaplanować nie da, więc i nie da się ich ująć w ramy jakichś spójnych teorii. Potrzebne jest w takiej sytuacji solidne gdybanie naszych, ale oni zamiast gdybać po swojemu, jak to robili z dziada pradziada twórcy gatunku science-fiction, zaczynają gdybać po ichniemu. I nic z tego gdybania nie wynika. I to mnie martwi. |