|
|
|
Nie jesteśmy w stanie recenzować na łamach Framzety wszystkich, ba, nawet większości książek fantastycznych ukazujących się na polskim rynku. Postawiliśmy sobie jednakże ambitne zadanie śledzenia nowości polskiej fantastyki i, jak sądzę, nieźle sobie z tym radzimy. Musimy jednakże pamiętać, że polska fantastyka to nie tylko to, co drukowane jest w najbardziej znanej serii wydawnictwa SuperNowa, czy też pozycje wydawnictwa Prószyński i S-ka. Nie możemy pomijać pozycji pojawiających się w mniej znanych wydawnictwach, a nawet takich, które wydawane są omalże własnym kosztem autora. A takim właśnie przypadkiem są Narodziny Metanoi Stanisława Krajskiego (świadczy o tym m.in. umieszczony na końcu książki adres autora, gdzie można zamawiać następne tomy). Ponieważ jest to jednak ewidentna fantastyka, czego dowodzi umieszczenie akcji w roku 2100, nie możemy i tego utworu pominąć i przedstawimy wam jego uczciwą recenzję. Nazwisko autora nie jest obce fanom fantastyki. Zasłynął on niedawno kuriozalnym atakiem na Gwiezdne wojny, zarzucając im m.in. propagowanie satanizmu. O dziwo, właśnie ten dziennikarz uznał, że najodpowiedniejszą formą zaprezentowania swych poglądów będzie napisanie powieści z gatunku science-fiction (choć science, w tym przypadku, bardzo jest wątłe). Narodziny Metanoi ma być pierwszą z 15 części sagi. Jej akcja zaczyna się w 2100 roku, w Europie rządzonej przez Unię Europejską. Nie ma już Polski, podzielonej na Euroregiony. Wszędzie szaleje rozpusta, szerzy się niekontrolowana przestępczość, hasło "tolerancja" oznacza akceptację dla wszelkiego zła. Kościół katolicki ma marginalne znaczenie (10% wyznawców), usunięty na bok przez sekty, ruchy satanistyczne i New Age. Nawet większość biskupów jest "postępowa." Grupa "prawdziwych Polaków i katolików" rozpoczyna działalność na rzecz odrodzenia Polski i Kościoła. Problem w tym, że (nieskromnie mówiąc) powyższe streszczenie brzmi dużo ciekawiej od właściwej treści książki. Nie odbieram nikomu prawa do przedstawiania swych poglądów, choćby były dla mnie całkowicie obce. To normalne, że ludzie, wierząc w jakieś ideały, chcą się nimi podzielić z innymi, chcą innych przekonać. Oczywiście wiadomo, że literatura propagandowa podporządkowana jednej, dowolnej opcji politycznej (w tym przypadku tożsamej, jak sądzę, z opcją reprezentowaną przez Nasz Dziennik) musi być słabą literaturą, ale, na litość, nie aż tak słabą! Stanisław Krajski pisał tę książkę w jakimś celu. Najprawdopodobniej celem tym było przekonywanie do swoich poglądów, lub pokrzepianie serc ludzi, którzy, jak autor, uważają, że wszystko w obecnej Europie idzie w złym kierunku i tyranię komunistyczną zamieniliśmy na jeszcze gorszą tyranię Brukseli. Aby jednak kogoś przekonać, czy podtrzymać na duchu, powinien napisać powieść inspirującą. A przynajmniej powieść na przyzwoitym poziomie. Tu się tak nie stało. A nawet to jest za mało powiedziane. Narodziny Metanoi to powieść fatalna. W mało którym przypadku tak doskonale pasuje określenie "grafomania". Książka nie broni się ani na poziomie logiki, ani fabuły, ani języka. Jest ona niewyobrażalnie wręcz nudna. Fabuła w głównej mierze polega na tym, że rodzina głównego bohatera podróżuje tu i tam, spotykając po drodze osoby, których poglądy i zachowania mają ilustrować łajdactwa, które wprowadziła na naszych i nie tylko naszych ziemiach owa złowroga Unia Europejska. W innych sytuacjach cała rodzina, pełna natchnienia, pada znienacka na kolana, by odmówić różaniec. Czytelnik jest traktowany jak idiota, któremu należy wyłożyć kawę na ławę. W to, że akcja toczy się w roku 2100, musimy uwierzyć autorowi na słowo, bowiem nic poza nazwiskiem aktualnego papieża (Jan Paweł XII) o tym nie świadczy. Świat końca XXI wieku (czy też, jak chce autor, popełniając tradycyjny błąd, początku XXII wieku) nie różni się niczym od naszego świata. Nie rozwinął się transport ani telekomunikacja, nie ma żadnych nowych urządzeń ułatwiających codzienne życie. Bohaterowie oglądają tylko dwudziestowieczne filmy i seriale. Krótko mówiąc, trudno stwierdzić, dlaczego autor uparł się, aby formułować swe poglądy w postaci powieści fantastycznej. No, przesadziłem. Chuligani demolujący Warszawę używają "elektrycznych pałek". I to wszystko. Logika też nie jest najmocniejszą stroną Metanoi. Choć wszystko wskazuje na to, że rodzina głównego bohatera żyje na tym świecie już około 40 lat i to nie na jakimś odludziu, lecz w dużym mieście, to dziwi ich wszystko, co się dzieje wokół nich (ateiści, sataniści, nastoletnie prostytutki, ponoć na porządku dziennym). Nie można pojąć, dlaczego przyjaciel poleca im na wakacje wycieczkę na Słowację, wiedząc, że czekają ich bezwzględne represje straży granicznej. Dziwnym trafem okazuje się, że cała rodzina Wawrzyńca (głównego bohatera) ma zrobione doktoraty, co pozwala na założenie uniwersytetu. Najciekawsza jest jednak owa Słowacja. Kraj ten oparł się Unii Europejskiej i zachował tożsamość religijną i gospodarczą. Odizolowany od Unii, dzięki pracy swych obywateli, stał się potęgą gospodarczą, krainą mlekiem i miodem płynącą. Jak, pytam się, jak??? Zapewne mają tam jakieś ogromne bogactwa naturalne, bądź żyzne ziemie, co jest kolejnym dowodem na to, że Narodziny Metanoi zaliczyć należy do fantastyki (świat równoległy?). Bo Słowacja to jednak nadal nieduży kraj, głównie górzysty, bez większych bogactw i pól uprawnych... Autor w przedmowie twierdzi, że uważnie przejrzał maszynopis, poprawiając wszelkie błędy. Cóż, nie widać tego zupełnie. Niestety, Stanisław Krajski nie zna podstawowych zasad polskiej interpunkcji, a na dodatek nie ma znajomych, którzy mogliby mu zrobić korektę. Błędy stylistyczne mnożą się jeden za drugim - polecam na początek trzecie zdanie powieści: "Rudy, nasz pies, wielkie bydle, jak mówi moja żona Jadwiga, skrzyżowanie dorsza z kangurem(...)"... Metanoja jest napisana od początku do końca bardzo słabą polszczyzną, a na dodatek autor nie potrafi się zdecydować, czy chce pisać swe dzieło w pierwszej, czy trzeciej osobie, swobodnie zmieniając konwencję w połowie rozdziału. Możemy się łatwo domyślić, co będzie w następnych tomach (o ile się ukażą). Dobro zwycięży, Polska się odrodzi, Unia się rozpadnie. Niektórzy bohaterowie zginą chwalebnie zamordowani przez siepaczy "europejczyków". Inni będą cieszyć się chwałą zwycięstwa. Ale po co pisać o tym aż 15 tomów? Tak tragicznie słaba powieść może jedynie ośmieszyć idee wyznawane przez jej autora, niezależnie od tego, jak się do nich odnosił czytelnik przed lekturą. Polecam ją więc przeciwnikom poglądów politycznych reprezentowanych przez Nasz Dziennik i Stanisława Krajskiego. Dla nich to będzie beczka śmiechu.
|