Framzeta: Recenzja filmu
Pismo SF FRAMLING.   Numer 7   [luty - kwiecień 2000]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona


26a.jpg (10 837 bajtów) Artur Długosz

Bajka dla dorosłych

Ocena: 1,5

Wszystko wskazuje na to, że tym razem hollywoodzcy producenci i reżyserzy nie ugięli się pod presją mediów i nadejście złowieszczego, według wszelkich znaków, roku 2000 potraktowali po macoszemu. Ku mojemu zaskoczeniu, rzecz jasna. Być może jest to poniekąd nawet jakiś ich manifest. Nie mam pojęcia...

W początkach grudnia trochę z nudów, trochę z chęci zrelaksowania się, a tak w zasadzie to przez uprzejmość wybrałem się na film End of Days. Nie znałem jeszcze wtedy polskiego tytułu, który uważam za bardzo trafny, w ogóle niewiele o filmie widziałem, a telewizyjny zwiastun i plakaty nie przemawiały do mnie. Rozsiadłem się w fotelu i odczekałem swoje, aby przekonać się, że lepiej było zostać w hotelu. Zaś miłym akcentem tego wieczoru był fakt, że towarzystwo, z którym wybrałem się do kina, niezwykle silnie ulega jego magii i na zmianę spadało lub podskakiwało na fotelu.

Już sam początek filmu, będący prologiem do przyszłych wydarzeń, w których i widz będzie partycypował, źle wróży, w każdym znaczeniu tego sformułowania. Oto bowiem w jednym z manhattańskich szpitali przychodzi na świat dziewczynka, która zanim trafia w matczyne objęcia, zostaje w piwnicach szpitala poddana swoistemu rytuałowi chrztu we krwi węża. O fakcie narodzin dziecka tego samego dnia wie już głowa kościoła katolickiego, który nakazuje ochronę dziewczynki, choć wielu kardynałów jest za natychmiastowym zgładzeniem nowonarodzonej, gdyż przepowiednie wyraźnie wskazują, że będzie ona matką antychrysta. Mało to wyrafinowany sposób przekonania widza, że zbliża się nieuchronny koniec świata, jaki zna.

Dwadzieścia lat później mamy schyłek XX wieku. W zgiełku współczesności podmalowanej przygotowaniami do obchodów końca stulecia żyje sobie Jericho Kane, były mąż, ojciec i policjant, a teraz jeden z przegranych, któremu życie zabrało to, co ukochane. Żyje z dnia na dzień, zatrudniając się do ochrony VIP'ów, co pozwala mu egzystować, ale każdy poranek rozpoczyna od przyłożenia sobie lufy do skroni i niezbyt apetycznego śniadania. Na szczęście jego kompan, Chicago, skutecznie przeszkadza mu w pociągnięciu za spust. Właśnie podczas rutynowej ochrony jednego z biznesmenów, Jericho wpada na ślad walki, jaka toczona jest o ochrzczoną we krwi węża dziewczynkę, a teraz już kobietę imieniem Christine York.

W tym miejscu akcja filmu zostaje zawiązana i możemy przejść do konkretów. Chociaż nie, zapomniałem nadmienić, że ojciec przyszłego antychrysta, sam szatan, też już się pojawił: wychynął ze ścieków kanalizacyjnych, po czym powędrował sobie do restauracyjnej toalety, gdzie wcielił się w ciało mężczyzny o iście szatańskim wyglądzie. A więc mamy trójkę bohaterów w komplecie. W roli przegranego policjanta występuje Arnold Schwarzenegger, przyszłą matkę antychrysta gra Robin Tunney, a Złego Gabriel Byrne.

26b.jpg (7 585 bajtów)Peter Hyams, reżyser filmu, stwierdził, że receptą na przestraszenie widzów jest przekonanie ich, że sytuacja, w której znaleźli się bohaterowie filmu, jest realna. Fakt, jest to jakiś sposób na napędzenie stracha, o czym miałem okazję się przekonać, obserwując sąsiada, niemniej uważam, że strach buduje się głównie poprzez atmosferę, a tej film nie ma za grosz. Większość scen napędzających stracha osiągnięto głównie poprzez zaskakiwanie widza wyskakującymi postaciami, a co najbardziej zapamiętałem z filmu, to spektakularne sceny eksplozji, które niekiedy pojawiają się zupełnie bez sensu, jazdę wagonem metra bez motorniczego i smokopodobną istotę, której opór dzielnie do swojego końca stawia Jericho. Kiedy po paru minutach filmu zna się już trójkę bohaterów pierwszoplanowych i zna się ich, że tak powiem, predyspozycje, to trudno nie przewidzieć dalszego rozwoju wypadków. Muszę przyznać, że jeśli chodzi o realność historii, to reżyser dotrzymał jej z pewnością w przypadku Jericho...

Natomiast niewątpliwie zaletą tego filmu są role samego Arnolda Schwarzeneggera i Gabriela Byrne'a. Ten pierwszy udowadnia po raz kolejny, że poza wcieleniami superbohaterów stać go na coś więcej i muszę przyznać, że jego gra aktorska jest przekonująca. Szkoda tylko, że po dwuletniej abstynencji aktorskiej pojawia się w produkcji tak niewyszukanej. Z kolei jeśli chodzi o Gabriela Byrne'a, to jest to chyba pierwszy film, w którym jest on sprawcą tylu eksplozji, co w zestawieniu z jego poprzednimi wielkimi rolami (Podejrzani, Biały labirynt, Koniec przemocy) śmieszy i zastanawia zarazem. Zresztą Byrne wspomina o tych wszystkich wybuchach w jednym ze swoich wywiadów, kwitując, że było to zupełnie nowe doświadczenie.

Fabularnie film również nie grzeszy świeżością, oto bowiem mamy do czynienia z walką Dobra ze Złem w najbardziej oczywistym wydaniu. Widz naprawdę nie musi się wysilać, aby odgadnąć kto jest kim, sam dobór obsady jest już wystarczającą wskazówką; z góry wiadomo, kiedy będą się strzelać i kto do kogo - zresztą może o to właśnie twórcom chodziło. Bajka dla dorosłych, ot jak można ten film podsumować.



26c.jpg (11 529 bajtów) Michał Maracewicz

Koniec Arnolda?

Ocena: 2,5

9 stycznia 2000 roku. Taką datę pokazuje komputer, na którym właśnie piszę te słowa. A więc koniec się nie stał. Przynajmniej dla tych, którym udało się nie umrzeć ze śmiechu, widząc minę Arnolda S. przekonującego się, że pocisk to za mało, aby posłać Szatana z powrotem na tamten świat.

Dziwy takie można zobaczyć na własne oczy na filmie I stanie się koniec (End Of Days) w reżyserii Petera Hyamsa. Żerując na lękach związanych z zamianą dziewiątek w zera, pokazuje on nam nadejście Apokalipsy. Oczywiście Apokalipsy po amerykańsku. Historia zaprezentowana przez twórców jest równie skomplikowana co budowa cepa, a jej oryginalność jest zaprawdę godna naszych postmodernistycznych czasów. Oto mamy byłego policjanta, który popadł w alkoholizm po tragicznej śmierci żony i dziecka i pracuje teraz jako ochroniarz (A. Schwarzenegger). Mamy Szatana, który wcielił się w ciało człowieka, aby osobiście dopilnować przygotowań do Armageddonu (Gabriel Byrne). No i wreszcie nie mogło zabraknąć kobiety, którą boski Arnie co i rusz będzie ratował przed niechybną śmiercią (Robin Tunney).

Film jest kompilacją scen i wątków, które nieraz już w kinie widzieliśmy. Ze szczególnym upodobaniem pasożytuje na Dziecku Rosemary, przekraczając moim skromnym zdaniem granice przyzwoitości. Będąc dziełem adresowanym do przeciętnego amerykańskiego zjadacza hamburgerów, pełen jest bzdur wywołujących uśmiech na twarzach umiarkowanie inteligentnych widzów. Twórcy filmu początek nowego tysiąclecia umiejscawiają oczywiście na przełomie 1999 i 2000 roku. Miłym zaskoczeniem jest w tej sytuacji zauważenie problemu, iż północ, mająca przynieść w prezencie zagładę, następuje w różnych częściach świata w różnym czasie. Jednak Straszny Wysiłek Umysłowy (TM) malujący się na obliczu Arniego tuż przed wyartykułowaniem tej kwestii idzie na marne, gdyż tfurcy szybciutko przechodzą nad tym do porządku dziennego, a Apokalipsa grzecznie następuje według czasu nowojorskiego. W końcu tam właśnie znajduje się centrum wszechświata, nieprawdaż?

26d.jpg (8 909 bajtów)Po obowiązkowym odnotowaniu całej mizerii tego obrazu przyszła pora na zachęcanie. Nie inaczej! Bowiem, o dziwo, naprawdę nieźle się na tym filmie bawiłem. Pytacie dlaczego? Może sprawił to klimat, wprawdzie zerżnięty z Siedem Finchera (co widać już nawet na plakacie), ale znakomicie spotęgowany iście apokaliptyczną, mroczną muzyką. Może jest to zasługą rewelacyjnego udźwiękowienia (oczywiście w kinie z Dolby Digital). Przy niektórych scenach miałem ochotę przestać patrzeć na ekran i zamienić się w słuch - walące się wokół ściany naprawdę robią wrażenie. A może wreszcie sprawił to, momentami nieszablonowy, scenariusz. Bo czyż nie iście szatańskim pomysłem było obsadzenie w głównej roli Arniego? Biedny Szwarcuś, który w swoich filmach ma zwykle jedną receptę na wszelkie problemy - kula w łeb - niezależnie od tego, czy walczy z terminatorem, predatorem czy kompanią wojska, nagle musi wymyślić coś innego. Wątek 'nawracania' naszego bohatera na wiarę katolicką przez Szatana jest po prostu przekomiczny. Miłym zaskoczeniem jest też końcówka i ogólne przesłanie płynące z filmu - dosyć niespodziewane w tego typu hollywoodzkiej superprodukcji. Nie można też pominąć walorów instruktażowych - gdzie indziej zobaczysz, jaki kaliber broni jest potrzebny, aby unieszkodliwić Szatana (a przynajmniej pozbawić go ludzkiego gospodarza)? Mina Gabriela Byrne'a, gdy widzi, że Arnie zdefasonował mu ziemską powłokę, naprawdę warta jest zobaczenia.

Na zakończenie lojalnie uprzedzam - nie daję żadnej gwarancji, że ten film się komuś spodoba. Obiektywnie rzecz biorąc jest on słabiutki. Jednakże miał w sobie coś, co sprawiło, że po wyjściu z kina wcale nie żałowałem wydanych pieniędzy.


I stanie się koniec (End of Days), USA 1999
reż. Peter Hyams; scen. Andrew W. Marlowe; muz. John Debney; zdj. Peter Hyams; wyst. Arnold Schwarzenegger, Gabriel Byrne, Kevin Pollak, Robin Tunney, CCH Pounder.


Rozpowszechnianie zamieszczonych w piśmie tekstów jest dopuszczalne wyłącznie za podaniem nazwiska autora i źródła (URL)
 

Poprzednia strona Spis treści Następna strona