Framzeta: Opowiadanie
Pismo SF FRAMLING   Numer 8   [maj - lipiec 2000]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona


Agnieszka 'Achika' Szady

Kolczyki Izoldy
czyli
Tajemnicza wyprawa Tomka

- A więc to wy jesteście tą słynną Drużyną ABC? - kobieta w czarnej sukni i długim płaszczu powiodła spojrzeniem po zgromadzonych w izbie bohaterach. Na zapleczu sklepu starego sprzedawcy klepsydr było tak ciasno, że czterej mężczyźni siedzieli stłoczeni za stołem.

- Czarodziej, tropiciel - to rozumiem. Ale bard? Po co w drużynie śpiewak?

- Dodaję kolorytu - wyjaśnił Wrzaskier z właściwą sobie skromnością. - A także opiewam nasze czyny w balladach.

02a.gif (15 884 bajty)- Teraz rozumiem, dlaczego jesteście tacy sławni - chłodno stwierdziła kobieta. - A ten młody?

- To mój uczeń Tomek - Czarodziej Merlin Monroe ojcowskim gestem położył rękę na ramieniu chłopaka. - Ma znakomite zadatki na bohatera: jest sierotą od urodzenia, a całe życie spędził na maleńkiej farmie na odludziu.

- Do rzeczy - powiedziała kobieta, mocniej naciągając kaptur na twarz, choć w blasku jedynej świeczki i tak nie można było rozpoznać jej rysów. - Wasze zadanie jest proste: macie dostarczyć mi pewną rzecz.... część biżuterii.

- Pierścień? - zapalił się Wrzaskier, ale kobieta uciszyła go machnięciem ręki.

- Dalsze wskazówki przekaże wam wasz dowódca. Pamiętajcie tylko o jednym: każda minuta jest droga. Wyruszyć musicie natychmiast i jechać bez zbaczania. Tylko tam i z powrotem. Zrozumieliście?

Potwierdzająco skinęli głowami. Conan Doyle odchrząknął i wstał, wyprostowując swoją barczystą, dwumetrową postać.

- Czy możemy wiedzieć, kto nas zatrudnia... pani?

Kobieta odwróciła się już od drzwi.

- Tylko czarodziej zna moje imię. Zdradzi je wam, kiedy przyjdzie na to pora. A na razie... możecie mnie nazywać ciotką Zuzanną.


- To mi się nie podoba! - Conan Doyle wyrżnął pięścią w stół dla podkreślenia swojej racji. Odczekał, aż pozostali wygrzebią się spod połamanych desek blatu i kontynuował już spokojniej. - Nie wiadomo, kto nas wynajmuje, nie wiadomo do czego...

- Taki już los bohatera - skomentował Wrzaskier.

- ...nie wiadomo, za ile.

- Wiadomo: trzy tysiące baksów - wtrącił czarodziej. Wszyscy oniemieli.

- No to na co czekacie, chłopaki? - zerwał się Conan Doyle. - Siodłać konie i ruszamy. Każda minuta jest droga, jak powiedziała nasza szanowna chlebodawczyni. Kimkolwiek by nie była.

- Zdawało mi się, że jest podobna do kró... - zaczął Tomek, ale błyskawicznie rzucone przez Merlina zaklęcie milczenia sprawiło, że nie dokończył. Ruszył za pozostałymi, ponuro masując sobie splot słoneczny.


Dotarcie na miejsce i wykonanie zadania nie zajęło im wiele czasu; nie napotkali zbytnich przeszkód (w każdym razie nie takich, których prawdziwi bohaterowie nie mogliby pokonać). W drodze powrotnej jednak zaczęły mnożyć się kłopoty.

W pięknym, zielonym lesie, który zapewne przez przypadek nosił nazwę Puszcza Śmierci, drogę zastąpił im wielki niedźwiedź. Zaryczał w budzący grozę sposób.

- Niech ktoś coś zrobi! - krzyknął Wrzaskier, którego inflancka kobyła z kwikiem stanęła dęba. - Conanie, ty podobno znasz mowę zwierząt.

- Ten ma jakiś dziwny akcent - wykręcił się tropiciel.

- Szkoda, że nie ma z nami żadnego niedźwiedźmina - westchnął czarodziej. - Jak zwykle wszystko na mojej głowie.

Rzucił w misia zaklęciem, co prawda niezbyt celnie, ale wystarczyło, aby trafiony zwierzak z rykiem pognał w las.

- Szybciej! - Merlin Monroe popędził swego siwka do galopu. - Jutro wieczorem musimy być na zamku.

Wszyscy spojrzeli na niego z nagłym zrozumieniem. Kobieta w czerni... zamek... nagle wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce.

- Musimy zdążyć na bal - powiedział domyślnie Tomek. - Żeby zawieźć królowej Izoldzie te kolczy...

- Cicho! - Merlin gwałtownie podniósł rękę. - Nie wymieniaj nazwy tej rzeczy głośno! Nieprzyjaciel czuwa!

Pomknęli przez las niczym cztery strzały wypuszczone z łuku Przeznaczenia.


Zmierzchało już, gdy nasi bohaterowie dotarli do gospody Pod rozszalałym koniołakiem. Przy wejściu wisiał wymalowany na sosnowej deseczce cennik z rzucającym się w oczy napisem: "Dla Drużyn liczących powyżej 7 osób - zniżka 25%".

Z rozjarzonego światłami, gwarnego budynku wybiegł zaaferowany oberżysta.

- Na prawą tylną łapę Lwa! - zakrzyknął, łapiąc się za głowę. - To już piąta grupa w tym tygodniu! Ach, ten szczyt sezonu... Rezerwację macie?

- Mamy - rzekł Merlin Monroe.

- Hasło?

- Uppsala.

- W porządku. Jaki rodzaj misji? Ocalenie świata?

- Tylko naszego królestwa - odparł skromnie czarodziej.

- Pokoje na górce, od podwórza. Peveksie, zajmij się końmi - polecił gospodarz parobkowi. Bard Wrzaskier oddał mu wodze swojej inflanckiej kobyły i nieomylnie udał się w kierunku, z którego dochodziło pobrzękiwanie kufli. Nie wszyscy jednak poszli jego śladem.

- Szprotką sam się zajmę - oświadczył Conan Doyle, gdy chłopak sięgnął do uzdy jego wierzchowca. - Nie toleruje obcych.

- Szprotka? - Peveks wybałuszył i tak już wyłupiaste oczy. - Dyć to ogier, panie. Dlaczego go tak nazywacie?

- Każdy mój koń nazywa się Szprotka - Doyle wzruszył ramionami. - A że w temacie klaczy były akurat pewne braki... to już nie moja wina.

Ruszył w stronę stajni, prowadząc swego gniadosza. Peveks podążył za nim z resztą wierzchowców, mrucząc pod nosem coś o związkach zawodowych. Pozostali członkowie drużyny weszli do gospody, wpadając wprost w ramiona pomstującego Wrzaskra (kierując się brzękiem kufli przez pomyłkę trafił na zaplecze, gdzie zmywano naczynia).

Resztę wieczoru spędzili na dole, w sali ogólnej. Bard zachwycił wszystkich odśpiewaniem swojej najnowszej ballady pt. Krainy chały, potem zaś Conan Doyle opowiedział mrożącą krew w żyłach historię o dziesięciu małych goblinach.


Bladym z niewyspania świtem wyruszyli w dalszą drogę. Po kilku godzinach forsownej jazdy dotarli do rzeki granicznej, znanej jako Cicha Woda.

- Przejeżdżamy w bród? - zapytał Merlina Conan.

02b.gif (9 317 bajtów)- To ty jesteś Strażnikiem, ty decyduj.

Conan Doyle prychnął z rozdrażnieniem. Owszem, był kiedyś Strażnikiem, ale porzucił to zajęcie już wiele lat temu, gdyż praca w więziennictwie nie dawała mu satysfakcji.

- Przejeżdżamy - zadecydował za wszystkich Wrzaskier. - Nie wygląda na głęboką.

Zdecydowanie skierował swego konia w wolno płynący nurt, ale zanim zwierzę zdążyło choćby zamoczyć kopyta, z wody przed nim z okropnym pluskiem wyskoczyły trzy czarno-białe potwory, podobne do wielkich rekinów. Groźnie zakłapały szerokie na sążeń paszcze. Inflancka kobyła zarżała panicznie i skoczyła w tył, omal nie zrzucając przerażonego jeźdźca.

- Orki!!! - wrzasnął bard, rozpaczliwie próbując zapanować nad koniem i nad sobą. Straszliwe ogony młóciły wodę, a okrzyki "Ya horri ahoj" przeszywały powietrze.

- Do mostu! - zakomenderował czarodziej. Poderwali konie w cwał. Wyglądało na to, że trzeba będzie nadłożyć ładny kawałek drogi.

Czas naglił.


Tymczasem bal na zamku Yale już się rozpoczynał. Nieprzebrane tłumy gości zapełniały sale jedząc i plotkując.

- Dlaczego królowa jeszcze nie przyszła? - szeptały damy dworu, osłaniając twarze wachlarzami.

- Jej Wysokość się przebiera.

- Ale tak długo?...


Nasi bohaterowie pędzili gościńcem, wyciskając z koni ostatni dech. Merlin już trzykrotnie musiał używać zaklęcia wzmacniającego siły (Koniki, Odzyskajcie Kondycję Szybko, w skrócie KOKS), inaczej zwierzęta dawno padłyby z wyczerpania.

Zaczynało się ściemniać. Jeżeli nie dojadą na miejsce przed zapadnięciem zmroku... Nikt nie musiał mówić tego głośno. Misja będzie zaprzepaszczona.

Szybciej, jeszcze szybciej... Rozbryzgując kałuże, Drużyna gnała przez wsie i opłotki, budząc zdumienie nielicznych o tej porze trzeźwych kmieci.


Królowa wolnym krokiem weszła na salę i zasiadła na tronie obok swego małżonka. Z cienia za nimi wyłonił się Arcykapłan, jak zwykle w czerwonych szatach. Jego łysa głowa odbijała blask kandelabrów jak wypolerowana gałka u laski.

02c.gif (22 881 bajtów)- Jesteś dziś bardzo blada, moja droga - odezwał się król.

- Wydaje ci się, mój drogi.

Arcykapłan zdradziecko pochylił się nad uchem króla.

- Ach, czemuż to Najjaśniejsza Pani nie założyła na tę okazję tych przepięknych kolczyków, które raczyłeś jej dać w prezencie?

- Rzeczywiście. Izoldo, moja droga, idź do siebie i ubierz kolczyki - król był niegdyś szewczykiem i w chwilach napięcia jego gramatyka bezlitośnie to zdradzała.

- Jak sobie życzysz, panie - ze spuszczonym wzrokiem królowa podniosła się z miejsca i bez pośpiechu udała się do swoich apartamentów. Ledwie zamknęły się za nią drzwi komnaty, majestatyczna poza znikła bez śladu. Władczyni rzuciła się do stojącej przy oknie wiernej służącej, Salmonelli.

- Jeszcze ich nie ma?

- Nie, królowo - zmartwionym głosem odparła dziewczyna, nie przerywając wyglądania na podwórze. Izolda opadła na kanapę, załamując ręce.

- I co ja teraz zrobię? Wszyscy oczekują, że pojawię się w nowych kolczykach. Ach, te przeklęte kolczyki! Obym ich nigdy nie dostała! Przeklęta mania prezentów urodzinowych!

Jej biadolenia przerwał głośny okrzyk Salmonelli:

- Królowo! Są!

Izolda jednym skokiem dopadła okna, wychyliła się przez parapet. Rzeczywiście: zabłocona, zmęczona do granic możliwości, ale tryumfująca Drużyna właśnie wjeżdżała na dziedziniec. Pani i służąca uściskały się z radości. Jeszcze i tym razem niecne knowania Arcykapłana zostały udaremnione!


- Wszystko dobre, co się dobrze kończy - filozoficznie powiedział Conan Doyle, gdy już przebrani i nakarmieni bohaterowie odpoczywali w izbie czeladnej. Merlin ćmił swoją nieodłączną fajkę, a Wrzaskier jak zwykle brzdąkał na lutni.

- Wiecie co, chłopaki - odezwał się bard. - Chyba ułożę balladę o naszej wyprawie. Bądź co bądź odwaliliśmy kawał dobrej roboty.

* * *

Wrzaskier ułożył balladę, a co więcej, wystąpił z nią na Festiwalu Piosenki Rycerskiej w HołOpolu i zajął pierwsze miejsce. Oczywiście, nikt nie uwierzył w historię, którą opowiadała, ale, jak wiadomo, ballad nie pisze się po to, aby w nie wierzono, ale po to, aby zrobić kasę. Zresztą oprócz naszych bohaterów i tak nikt nie wiedział, że była to wersja upiększona. W rzeczywistości królowa Izolda nie podarowała kolczyków swojemu kochankowi, lordowi Valentine, lecz zastawiła je w lombardzie, aby spłacić swoje karciane długi.

Ale taka ballada nie zainteresowałaby przecież nikogo.


Rozpowszechnianie zamieszczonych w piśmie tekstów jest dopuszczalne wyłącznie za podaniem nazwiska autora i źródła (URL)
 

Poprzednia strona Spis treści Następna strona