|
|
|
Dochodziła północ. Siedziałam przy biurku, męcząc się nad trzecim rozdziałem mojej powieści fantasy, kiedy z wiszącego po lewej stronie lustra wyszedł diabeł. Nawet się nie przestraszyłam, chociaż może powinnam. Spojrzałam tylko na zegar i pomyślałam, że pora jest odpowiednia raczej dla duchów. Diabeł był smagłym brunecikiem w czerwonym garniturze w prążki; wyglądał mniej więcej jak włoski apasz. Gdyby nie te rogi. - Apage satanas - powiedziałam bez przekonania. Nie przejął się ani trochę. - Jestem przedstawicielem firmy wspierającej młodych, początkujących twórców - powiedział swobodnym tonem. Rzeczywiście, brakowało mu tylko skórzanej aktówki, żeby wyglądał jak agent ubezpieczeniowy. - Chcielibyśmy ci złożyć pewną propozycję... Nie znoszę domokrążców i facetów o śródziemnomorskim typie urody, a na dodatek wkurzyło mnie to, że byle diabeł mówi mi na "ty". Podniosłam rękę. - W imię Ojca i Syna... Zniknął bez śladu jeszcze zanim skończyłam mówić. Wróciłam do swoich notatek. - Nie musisz decydować się od razu - głos znikąd przerwał mi całkiem niezły opis pojedynku na miecze. Zirytowana cisnęłam długopis. Każdy wie, że diabła odpędza się znakiem krzyża, ale nikt jakoś nie wspomniał o tym, na jak długo to skutkuje. Nachalny czart stał w lustrze z łapami w kieszeniach, widać go było od kolan w górę. Tym razem miał na sobie niebieski garnitur. Nie pasowało to do jego karnacji, ale drań wiedział najwidoczniej, że niebieski kolor usposabia ludzi przychylnie. W zębach trzymał nie zapalone cygaro, jak ten facet z "Drużyny A". - Pozwól, że ci coś pokażę. - Wylazł z lustra i niedbale skinął ręką w jego stronę. Szklana tafla zamgliła się i jak na ekranie kinowym ukazały się na niej różne obrazy. - Pragniesz bogactwa? Urody? Władzy? Wszystko to może być twoje. Zobaczyłam siebie w futrze z norek, wsiadającą do mercedesa. Potem na podium, z szarfą z napisem "Miss Polonia" na piersi. Kiedy doszło do sceny wygrania wyborów prezydenckich, roześmiałam się w głos. - Chcesz mnie skusić takimi bzdurami? Wyszczerzył zęby w bezczelnym uśmiechu. - Najlepsze zostawiłem na koniec. Popatrz na to. Spojrzałam i zastygłam. W lustrze pojawiła się lada księgarni. Rząd błyszczących, kolorowych okładek z moim nazwiskiem na wierzchu. Książki fantasy, cały cykl. Czytelnicy, tłoczący się w kolejce po autografy. Pochwalne recenzje we wszystkich czasopismach... Diabeł pstryknął palcami i miraż rozwiał się. Siedziałam bez ruchu, niezdolna wykrztusić słowa. Trafił, sukinsyn, w mój słaby punkt. I wiedziałam, że on o tym wie. - No, co o tym sądzisz? - usiadł w fotelu, zakładając nogę na nogę, pokiwał kopytem. - Widzę, że ci się spodobało. Nawiasem mówiąc, wielu artystów skorzystało z naszej pomocy. Reżyserzy, pisarze, muzycy... Rzucił kilka nazwisk - znanych i takich, które nie kojarzyły mi się z niczym. Osłupiałam. Więc to tak? To stąd te nagłe kariery? Swoją drogą, kto by pomyślał... - Jeżeli podpiszesz kontrakt, gwarantujemy, że każda twoja książka stanie się bestsellerem - głos diabła przerwał moje rozmyślania. - Jeszcze nie upadłam na głowę, żeby ci wierzyć na słowo. - Nie musisz. - Wyciągnął złotą zapalniczkę i starannie zapalił cygaro.- Napisz cokolwiek i wyślij gdzie chcesz. Zobaczysz, że wydrukują. Wypuścił zgrabne kółeczko dymu. - Usługa darmowa w ramach promocji - dodał, widząc moje wahanie. - Namyślę się - wymamrotałam. Diabeł wstał z fotela i jeszcze raz zaciągnął się cygarem. - Skontaktujemy się z tobą, kiedy już się zdecydujesz. Zniknął z cichym trzaskiem, pozostawiając po sobie tylko rozwiewający się niebieskawy dym. Pociągnęłam nosem, ale zamiast siarki poczułam zapach kubańskiego tytoniu. * * * W kilka miesięcy później trzymałam w ręku świeżo kupiony numer Nowej Fantastyki. Rzeczywiście, wydrukowali mój short pod tytułem Bajka - dziwaczną, trochę bezsensowną historyjkę. Po drodze do domu wstąpiłam do księgarni i kupiłam poradnik pod tytułem Sztuka trudnych negocjacji. * * * Znowu siedzę przy biurku, ale lustro zawiesiłam kawałkiem materiału w kwiaty. Na lewym nadgarstku mam bandaż, bo cyrograf trzeba było podpisać krwią. Był na pergaminie, jak należy, chociaż diabeł twierdzi, że równie dobrze mógłby to być wydruk z komputera. Zgadzam się z nim jednak, że tradycyjny sposób ma więcej romantyzmu. Tak przy okazji - pergamin to naprawdę wyprawiona skóra, a nie pożółkły, sztywny papier, jak mi się kiedyś wydawało. Mam już gotowe pół tej powieści fantasy, ale zmieniłam zdanie. Zgodnie z umową każda moja książka stanie się bestsellerem. Każda. Niezależnie od gatunku. Zdecydowałam, że napiszę powieść o tematyce religijnej. Ale będzie miał minę.
Achika Za oknem świta. Mętne, szare światło wydobywa z mroku dachy odrapanych kamienic. W pokoju jest ciemnawo. Właściwie to nawet dobrze, bo nie widać wypłowiałych tapet, starych mebli i całej tej nędzy. Na stole pod oknem wśród resztek kolacji stoi pusta butelka po wódce. W popielniczce tli się niedopałek papierosa - wędrująca wolniutko do góry smużka dymu to jedyny ruchomy element w moim otoczeniu. Siedzę przy stole, podpierając dłonią szczeciniasty podbródek. Rzadko się golę od kiedy odeszła moja żona. To było pół roku temu, ale nie mogę przestać o tym myśleć. Jestem prywatnym detektywem. To podła praca, a na dodatek ostatnio prawie nie ma zleceń. Oszczędności ledwo starczają na życie. Siedzę więc i czekam, kiedy do moich drzwi zapuka jakiś klient: na przykład tajemnicza kobieta w futrze albo facet mówiący z południowoeuropejskim akcentem. Lepiej, żeby się pospieszyli, zanim odetną mi prąd za niepłacenie rachunków. Ale może nikt nie przyjdzie. Może książka ma się tak właśnie skończyć: "Raymond siedział przy stole, zapatrzony we wstający za oknem świt". W takim razie będę tak czekał już zawsze. Nie wiem, kiedy właściwie zorientowałem się, że jestem tylko postacią literacką. Może to przez ten papieros, który już dawno powinien zgasnąć, a tymczasem pali się i pali. Nie mam pojęcia, jak długo już tu siedzę, a zresztą to nie ma znaczenia, bo czas i tak nie płynie. Ciągle jest ta sama godzina; światło dnia nie robi się ani na jotę jaśniejsze. Chciałbym wstać i wyjść z tego pokoju, ale nie mogę. Ktoś napisał, że mam siedzieć przy stole pogrążony w melancholii, więc siedzę. I wciąż wracam myślami do mojej żony, chociaż naprawdę wolałbym już o niej zapomnieć. Może to wszystko nieprawda. Może w ogóle nie miałem żadnej żony i zawsze byłem ponurym, skrzywdzonym przez los nieudacznikiem, jakim stworzył mnie nieznany autor, wyposażając w fałszywe wspomnienia. Patrzę na liszajowate mury sąsiednich domów i zastanawiam się, czy to miasto istnieje naprawdę, czy tak jak ja zostało wymyślone jako dekoracja do kiepskiego kryminału. Być może cały świat jest tylko wytworem wyobraźni jakiegoś trzeciorzędnego pisarza. Za oknem świta.
Achika Pewnego razu mama -
wilczyca wybierała się po zakupy.
- Zarygluj dobrze
drzwi i nikogo nie wpuszczaj - ostrzegła swego synka. - I nie ruszaj się z
domu pod żadnym pozorem. W lesie kręci się pełno kóz, że nie wspomnę już o
zającach. Nawet dorosły wilk nie jest bezpieczny w pojedynkę.
- A po czym poznam,
że wróciłaś? - zapytał cienkim głosem Szalik (naprawdę miał na imię Szarik,
ale w dzieciństwie nie wymawiał "r" i tak już zostało).
- Wystukam łapą
pierwsze trzy takty z opery Piotruś i wilk. A teraz zamknij się.
- Przecież nic nie
mówię - pisnął wilczek.
- Drzwi zamknij!
Ja wychodzę - mama wzięła torbę na zakupy i opuściła chatkę. Gdy tylko znikła
za zakrętem, jej synek wybiegł z domu i w wesołych podskokach pobiegł przed
siebie.
Najpierw wąchał
kwiatki, potem gonił motylka. Motylek uciekał ile sił w skrzydłach, więc
wilczek poczuł się bardzo odważny. Przez chwilę wyobrażał sobie, że oto zza
krzaka wyskakuje zając z groźnym okrzykiem "Poczekaj, wilku, ja ci pokażę!",
a on, wilczek, nie boi się nic a nic, tylko łapie zająca za uszy, zakręca nim
w kółko i...
Wilczek zatrzymał
się, niemal stuknąwszy nosem w jakieś dwa białe słupy, które znienacka
wyrosły na środku ścieżki. Zamrugał oczami, wyrwany z marzeń. To nie były
słupy. To były dwie białe nogi. Zakończone kopytkami.
Przed nim stała
koza.
- A, mam cię
nareeeszcie - zabeczała, patrząc na skamieniałego ze strachu Szalika. - Czy
wiesz, co się dzieje z małymi wilczkami, które nie słuchają mamusi i chodzą
same po lesie?
Wilczek zamknął
oczy, czując, że jego los jest już przypieczętowany. Nagle zza drzewa
wyskoczył mężczyzna w mundurze. Gajowy? Nie, to był agent J-23.
- Brunner, ty
świ... ty kozo!! - zawołał Hans Kloss.- On jest mój! Śledziłem go od dwóch
miesięcy.
- Abwehra zawsze
wchodzi nam w paradę - skonstatował melancholijnie Brunner, ściągając z głowy
kozią maskę. - I co zamierzasz z nim zrobić?
Nim jednak Kloss
zdążył odpowiedzieć na to pytanie, na ścieżce pojawiła się następna
postać.
- Zostawcie natychmiast
to biedne zwierzę w spokoju - powiedział Czerwony Kapturek, machając
koszyczkiem.
- Aaa, bolszewicki
szpieg! - ucieszył się Brunner. - Wpadłeś w ręce gestapo, ptaszku!
Czerwony Kapturek
wyciągnął coś z koszyczka.
- To jest granat, który
sam zrobiłem z proszku do prania. Działa z impetem w głąb, więc lepiej nie
próbujcie żadnych sztuczek.
- Nie ze mną te numery,
Czerwony Kapturku! - zaśmiał się szyderczo Brunner. - Proszek do prania nie
wybucha.
- Owszem, jeżeli dodamy
w odpowiednich proporcjach trochę cukru-pudru i opiłków żelaznych.
Kloss z nagła uwagą
spojrzał na Kapturka.
- Kim jesteś, Kapturku?
- Nazywam się MacGyver
- odparł Czerwony Kapturek, podrzucając granat w jednej ręce. - To jak będzie:
puszczacie go, czy mam na was wypróbować mój wynalazek?
- Dobra - Hans zorientował
się, że ma przed sobą sojusznika (pamiętał go jeszcze z czasów, gdy ten pod
kryptonimem Adam Słodowy prowadził telewizyjny poradnik Zrób to sam). Brunner
jednak nie dawał za wygraną.
- Blefujesz, MacGyver.
- Tak sądzisz? - MacGyver
podniósł rękę, gotowy do rzutu.
Nagle na ścieżce za ich
plecami pojawił się jakiś czarny cień. Miał czarny płaszcz, czarną maskę, czarne
buty, czarne rękawiczki... ale nie był to Zorro.
MacGyver, Brunner i Kloss
odwrócili się jak jeden mąż.
- Kim jesteś? - padło
potrójne pytanie (wilczek był zbyt przerażony, by mówić).
- Karzącą ręką
sprawiedliwości - szept dochodzący znad czarnego kołnierza był jak powiew wiatru
w cmentarnych drzewach. Wilczek odzyskał głos.
- To Darth Vader! -
jęknął w ogólnej ciszy.- Już po nas!
- Jestem Batman,
idioto! - warknął człowiek w czerni. - I zaraz was wszystkich zabiję.
- Dlaczego?! -
wykrzyknęli chórem obecni.
- Jestem sfrustrowanym
bohaterem - powiedział Batman z niejaką dumą. - Zabijanie stało się moim sposobem
na życie. Kiedyś walczyłem tylko ze złem, ale teraz walczę ze wszystkimi.
- Ależ to wspaniale! -
wykrzyknął Brunner. - Rzesza potrzebuje takich ludzi! Wstąp do armii niemieckiej,
zanim ona wstąpi do ciebie.
MacGyver nie chciał być
gorszy.
- Nie, Batman, przyłącz
się do nas! Będziesz mógł znów walczyć ze złem! Wstąp do Fundacji Feniksa!
- Do gestapo! -
przekrzykiwał go Brunner.
- Lepiej do kontrwywiadu!
Nagle przez powstałą wrzawę
przebił się cienki głos wilczka:
- A może zostań w naszym
lesie?
* * * Tak kończy się ta historia.
Nasi bohaterowie powrócili do swoich filmów. Wszyscy z wyjątkiem Batmana, który
posłuchał mądrej rady wilczka. Po uporaniu się z plagą straszliwych kóz i zajęcy
zaskarbił sobie wdzięczność wszystkich leśnych zwierząt.
Odtąd w pogodne wieczory
można go ujrzeć, jak szybuje ponad wierzchołkami drzew i połyka małe owady, które
znajduje za pomocą echolokacji.
A Szalik? Gdy dorósł,
wstąpił do policji i po paru latach zasłynął szeroko jako Samotny Wilk McQuade.
Ale to już zupełnie inna bajka...
Tekst wydrukowany
pierwotnie w Miesięczniku Śląskiego Klubu Fantastyki. |