Framzeta: Publicystyka
Pismo SF FRAMLING   Numer 8   [maj - lipiec 2000]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona


07.jpg (14 858 bajtów) Konrad R. Wągrowski

Druga strona pola bitwy
Wywiad z Grzegorzem Wiśniewskim

Konrad Wągrowski: Zadebiutowałeś, o ile mnie pamięć nie myli, w 1994 roku, cyberpunkowym opowiadaniem Manipulatrice, dobrze przyjętym przez czytelników. Później pojawiło się jeszcze humorystyczne Z kronik Powermana, a potem, poza zeszłorocznymi publikacjami we Framzecie, właściwie cisza (o ile czegoś nie przegapiłem). Czemu tak się stało?

Grzegorz Wiśniewski: Pamięć Cię, niestety, nie myli - naprawdę minęło już sześć lat. A przyczyny są, jak najbardziej, prozaiczne. Brak czasu. Okres w moim życiu, gdy miałem niewiele zajęć i mogłem poświęcić czas głównie na pisanie, minął bezpowrotnie. Lata po ukończeniu studiów obfitowały w rozmaite - niekoniecznie pozytywne - wydarzenia; a takie potrafią całkowicie skoncentrować na sobie uwagę. Mam wrażenie, że dopiero od niedawna moja ogólna sytuacja sprzyja ponownemu sięgnięciu po klawiaturę... to jest, po pióro. Teksty, które dotąd trafiły do Framzety, opierały się na starych pomysłach, sprzed kilku lat. Sądzę, że teraz w tej materii będzie lepiej.

KW: Dobrzy, źli ludzie - opowiadanie, za które otrzymałeś nagrodę Elektrybałta - to fanfiction umieszczone w świecie Gwiezdnych Wojen. Ale bardzo dziwne fanfiction. Ze świata GW wziąłeś tylko scenerię Endor i nazwy formacji wojskowych. Gdzieś w tle przewija się jeszcze Han Solo i księżniczka, ale główne postacie nie są znane z trylogii, a też i nastrój, i wymowa bardzo odbiega od tego, co przekazywały nam Gwiezdne Wojny. W przeciwieństwie do wielu innych fanfiction, trudno by je uważać za humorystyczne. Co skłoniło Cię do napisania takiego opowiadania? Co chciałeś przez nie przekazać?

GW: Dawno, dawno temu, byłem zagorzałym fanem i traktowałem Gwiezdne Wojny bardzo poważnie. Nie, nie w tym względzie, żeby szczególnie olśniewały mnie technologia czy głębia psychologiczna postaci (chociaż z pewnością przez pierwsze kilka projekcji najważniejsze były fajowskie strzelaniny :-). Urzekła mnie najbardziej rozległość i względna szczegółowość kreacji. Cały, zupełnie nowy wszechświat, utworzony z niczego. Po prostu dobra, kompletna historia. Bardzo lubię dobre, kompletne historie.

Czasami zdradzam pompatyczne ciągotki, lubuję w niemal propagandowych przerysowaniach i kompozycjach Wagnera - ale jednoznaczność podziału dobrzy/źli w Gwiezdnych Wojnach jednak mi przeszkadzała. Tylko rebelianci byli tymi dobrymi, pozostali czynili wyłącznie zło. Uznałem, że opisanie, jak te rzeczy widzi druga strona, będzie niezłą zabawą. Ubrałem więc szturmowca w dylematy moralne i w ten sposób powstała pierwsza wersja Dobrych złych ludzi. Wersja ta powstała w 1990 roku, na kartach odartego z okładek zeszytu. Kilka lat temu, w ramach prób samodoskonalenia warsztatu, przerzuciłem tekst z pisma ręcznego do formy elektronicznej, przy okazji mocno skracając całość, zmieniając nieco niektóre wątki oraz kilka scen. W ten sposób powstała wersja znana na sieci, opublikowana we Framzecie.

A co chciałem przekazać? Szczerze mówiąc, dzisiaj już nie pamiętam. Pokazać drugą stronę pola bitwy, sprawić by ci, którzy przeczytali DŹL, inaczej spojrzeli na filmy. Z całą pewnością nie chodziło mi o wyprodukowanie antyrebelianckiej propagandy, jak to niekiedy zarzucają mi czytelnicy.

KW: Co w ogóle sądzisz o pisaniu fanfiction? Czy nie uważasz, ze to pewnego rodzaju pójście na łatwiznę? Bierzesz gotową scenerię, często też i bohaterów, których wymyślił ktoś inny - i bawisz się jedynie w tworzenie fabuły.

GW: To przede wszystkim zabawa. Niczym właściwie nie skrępowana. Daje mnóstwo frajdy i może być pierwszym krokiem do tworzenia czegoś zupełnie samodzielnego i dobrego. Co do łatwizny - zgadzam się. Możliwość korzystania do woli z cudzej rekwizytorni nie przysparza chwały (dlatego m. in. jestem zaskoczony nagrodzeniem DŹL), jednak dla początkującego autora może stanowić zachętę do sięgnięcia po klawiaturę - przepraszam, pióro - i wypróbowania talentu. Na fanfiction można także wzbogacać własny warsztat i pracować nad prowadzeniem postaci, wątków, eksperymentować z językiem itp. Przy przedawkowaniu jednak takiego podejścia do literatury, może to jednak grozić pewnego rodzaju skrzywieniem, skłonnością do sięgania po sprawdzone rozwiązania fabularne. Utrwaleniem kalki. Taka łatwizna może się później zemścić.

KW: Może właściwie dlatego DŹL zdobyło szersze uznanie - bo nie jest klasycznym fanfiction. Bowiem, jak wspomniałem, ono właśnie niewiele bierze ze świata GW. Nie wykorzystałeś znanych postaci; choć akcja toczy się na Endor, to właściwie nie ma w tekście nawet Ewoków (nie lubisz misiów?). Umieszczenie akcji tego opowiadania na zupełnie innej planecie, w innym wszechświecie, nie musiałoby mu wcale zaszkodzić. Oczywiście należałoby najpierw zaznaczyć, że w powszechnym mniemaniu jedna strona to dzielni bojownicy o wolność, a druga to totalitarni ciemiężcy... Ups, zagalopowałem się. Zaczynam pisać Twoje opowiadanie... Zmieńmy temat.

Stałeś się właściwie sztandarowym przedstawicielem polskiego cyberpunku. Naczelny NF, na pytanie o ten gatunek na łamach swego pisma, od kilku lat zawsze odpowiadał coś w stylu: "No, jak to, przecież mamy Manipulatrice Wiśniewskiego". Mam nadzieję, że się nie obrazisz, ale chyba świadczy to jednak o małej popularności tego gatunku wśród polskich pisarzy. Zgodzisz się z tym? A jeśli tak, to dlaczego?

GW: Szczerze mówiąc, za każdym razem, gdy potykam się ze stwierdzeniem (co na szczęście nie zdarza się często), jakobym był sztandarowym przedstawicielem czegokolwiek, czuję się nieszczególnie. Oceniam swój wkład w polską fantastykę jako zbyt skromny, abym dobrze czuł się w takiej roli. Nie pamiętam dokładnie, czy w tamtych latach, przed ukazaniem się Manipulatrice, nie pojawił się żaden lepszy tekst nawiązujący do cyberpunku. Moje opowiadanie w sposób bardzo oczywisty korzystało (być może powinienem napisać "zrzynało") z gibsonowskiej koncepcji sieci, ale to nie powód, by od razu obwoływać je utworem sztandarowym. Na moje zdanie w tej kwestii ma także wpływ pewna samokrytyka, ponieważ dziś lektura Manipulatrice dostarcza mi tyleż przyjemności, co powodów do niezadowolenia.

Czy cyberpunk jest mało popularny? Owszem. Pisanie cyberpunku, dobrego cyberpunku, jest naprawdę trudne. Teraz widzę to bardzo wyraźnie. Nie wystarczy do tego pewne obycie techniczne i wiedza o współczesnych trendach rozwoju techniki komputerowej. Takie rzeczy są przydatne do rozwijania tła społecznego i tworzenia olśniewających elementów scenograficznych, może i ważnych dla tego gatunku, ale z pewnością nie najważniejszych. Cyberpunk to IMO przede wszystkim klimat opowieści, stan ducha postaci i świata przedstawionego. Opisanie prawdy, że świat ten jest wredny i niczego nie wybacza. Nie daje żadnej nadziei - a jeżeli już, to po to, aby ją zaraz odebrać. A jedyny typ bohatera, który może w nim zaistnieć, to jakiś pokancerowany psychicznie Philip Marlowe, który i tak, w najlepszym wypadku, w starciu z losem da radę osiągnąć najwyżej remis. Nie każdy jest w stanie skorzystać z optyki, niezbędnej do spojrzenia w taki świat. A niemal zawsze jest to dołujące.

Jest to także przyczyna dość skromnej popularności cyberpunku w Polsce. Takiej opowieści nie czyta się łatwo i przyjemnie. Również przenoszony w nich ładunek pomysłów i idei nie zawsze jest wystarczająco przejrzysty dla odbiorcy. Wydaje mi się jednak, że w polskim cyberpunku drzemie sporo potencjału i nie powiedziano jeszcze ostatniego słowa. Esej o postcyberpunku Lawrence'a Persona, zamieszczony we Framzecie, mam za rzecz interesującą, ale to chyba jednak zbyt szybka próba ogłoszenia końca czegoś, co nadal nieźle funkcjonuje.

KW: Ja uważam osobiście, że cyberpunk jest obecnie gatunkiem mającym najwięcej ciekawego i ważnego do powiedzenia w fantastyce - i naprawdę żałuję, że jest tak mało popularny w Polsce, że tak niewielu pisarzy po niego sięga. Może spróbujemy go jakoś spopularyzować na łamach Framzety? Na miarę naszych skromnych możliwości, rzecz jasna. Dodam jeszcze perfidny trolling - mojego zdania o cyberpunku nie zmienia nawet fakt, że uważam Gibsona za nudziarza, któremu przydałby się współautor, aby trochę mu styl poprawił. ;-)))

Wróćmy do Framzety. Nie da się ukryć, ze bardzo ją wspomogłeś swoimi tekstami. Opublikowaliśmy aż sześć Twoich opowiadań, które zostały bardzo dobrze przyjęte przez czytelników (wśród tekstów nominowanych w tym roku do nagrody Elektrybałta na pięć utworów, trzy były Twojego autorstwa). Co w ogóle sądzisz o publikacjach w sieci? Czy jest to miejsce, gdzie będą trafiały odpadki, które żadne z szanujących się pism papierowych nie chciało przyjąć na swoje łamy, czy też widzisz perspektywy rozwoju?

GW: Nie mogłem w to uwierzyć, ale oczywiście mile łechcze to moją próżność. Co do publikacji w sieci, nie rozczaruję Cię i powiem, że to dobry pomysł. Taka forma publikacji daje zupełnie nowe możliwości zarówno prezentacji literatury, jak i jej dostępności. Owszem, pewne niedogodności istnieją, braki w zabezpieczeniach wymuszą z pewnością nieco inne zasady funkcjonowania takich pism w porównaniu do pism papierowych, ponadto liczba ludzi posiadających w tej chwili dostęp do Internetu jest w Polsce nadal dość skromna - jednak perspektywy są ogromne. Kiedyś to wszystko się rozrośnie, procentowe liczby opisujące osoby posiadające i nie posiadające dostępu do Internetu zamienią się miejscami. Połączenie cech telefonów komórkowych oraz Internetu przyniesie rewolucję informacyjną na miarę Gutenberga - natychmiastowy dostęp z każdego miejsca do informacji, serwisów i pism internetowych. I wbrew obawom, czy wręcz nagonkom, popularyzowanym przez wielu katastrofistów, wcale nie zabije to książek czy pism papierowych - tak jak kina nie zabiło radio, a radia telewizja.

Nie sądzę także, aby pisma internetowe miały zawsze się zadowalać odpadkami, których nikt nigdzie nie chciał. Ich idea dopiero niedawno się narodziła - więc nie wszystkie (z pewnością nieliczne w Polsce) mogą pozwolić sobie na płacenie za teksty. Wraz z uzyskaniem rozmaitych źródeł dochodu przez pisma internetowe - choćby z reklam - ich atrakcyjność wzrośnie. Wraz z nią wzrośnie zainteresowanie nimi potencjalnych utytułowanych autorów. Poza tym, wraz ze wzrostem stopnia internetyzacji społeczeństwa, możliwość zaistnienia w piśmie internetowym stanie się dostępna dla szerszej rzeszy potencjalnych autorów - pula tekstów, wśród których będzie można wybrać coś ciekawego wzrośnie. A i redaktorzy są od czegoś - powinni wychowywać obiecujący narybek. :-)

KW: No, to może teraz kilka słów o Twoich inspiracjach pisarskich? Chyba Neuromancer Gibsona nie ulega wątpliwości, ale co poza nim?

GW: To, co podoba mi się u Gibsona, nie jest w żadnym razie związane z komputerami. To znaczy - komputery oczywiście tam są, ale opisy ich działania nie bawiły mnie właściwie nigdy. Nie było mi natomiast nigdy dość sposobu, w jaki Gibson operuje detalami, splatając ze sobą zupełnie zaskakujące elementy. To jedna z charakterystycznych cech cyberpunku wg Gibsona, sposób prezentacji charakterystycznych elementów świata. Elementy te - przez same swoje istnienie - uruchamiają zaciekawienie i wyobraźnię czytelnika. Ta metoda od dawna jest stosowana przez sf - od wczesnego Verne'a poczynając - ale Gibson potrafił z niej wykrzesać coś nowego. Poprzez zaistnienie czegoś zaskakującego, wciągnąć czytelnika w rozbudowane spekulacje. Bruce Sterling, na przykład, korzysta z takich elementów zupełnie inaczej, co widać chociażby w Świętym płomieniu. Sporo w tej materii można także nauczyć się od Grega Egana, który ostatnio celuje w spekulacyjnej sf o posmaku mocno cyberpunkowym. Kiedyś bardzo lubiłem space opery - stąd zapewne skłonności do Wagnera. Niestety stare space opery teraz często nie dają się już czytać, a żadnych nowych interesujących nie spotkałem (wyjątek dekady to Dominium Solarne). Być może kiedyś jakąś napiszę.

Poza tym - czytuję sporo rozmaitych podręczników i leksykonów (no, może nie ostatnio). Mam słabość do książek o neuropsychologii. Poważnie. Po takiej lekturze przychodzą do głowy naprawdę niesamowite pomysły. Czytam też dużo historii, w pełnym tego słowa znaczeniu oraz - jako prosty militarysta - sporo prasy militarnej. Niektóre pomysły wojskowych, abstrahując od możliwości realizacyjnych, potrafią także zaciekawić i uruchomić wyobraźnię.

KW: A filmowe? Publikowałeś we Framzecie fanfiction z Gwiezdnych Wojen i Matrixa. Lubisz te filmy?

GW: Filmowe inspiracje literatury? Hmmm... możesz być bliżej sedna, niż sądzisz. Bardzo lubię kino. Uwielbiam wielkie widowiska kostiumowe, rozmach i sceny z setkami statystów. Ale chyba kino dało mi też coś innego - sposób patrzenia na sceny literackie. Zazwyczaj widzę je kadrami i próbuje opisać. To oczywiście bardzo trudna sprawa, bo wszak jeden obraz wart jest tysiąca słów, ale czasami daje się ładnie zamknąć w jednym, niewielkim akapicie. Obraz przekazuje się czytelnikowi poprzez koncentrowanie chwilowej uwagi na szczegółach, tak, jak robi to kamera. Wydaje mi się więc, że kino wpłynęło przede wszystkim na moją technikę pisania. Ale i inspiracje tematyczne zapewne nie są mniejsze, chociaż przy tylu obejrzanych filmach nie sposób ich wymienić.

O Gwiezdnych Wojnach już pisałem. Lubię. Bawią mnie - być może częściowo przez nostalgię. Nie dotyczy to The Phantom Menace, który mam za rzecz wyjątkowo nietrafioną i źle skomponowaną. Lubię też Matrix, jednak bez specjalnej bałwochwalczości. Ten film jest świetnie zrobiony. Ma trochę scen genialnych, wiele świetnych i mnóstwo bardzo dobrych. Ale jako całość nie stanowi dla mnie większego objawienia. Do Blade Runnera nadal brakuje mu kilka długości.

KW: Blade Runner to najwybitniejszy, Twoim zdaniem, film sf?

GW: Zdecydowanie tak. Być może najwybitniejszy film w ogóle. Opowiada o losach bohatera, którego mógłbym nazwać swoim ulubionym - złego faceta, który po pewnym czasie zmienia nastawienie do świata. Nie znaczy to wcale, że staje się dobry, o nie. Nagle spogląda na przeszłość zupełnie inaczej i widzi, że niekoniecznie była ona taka, jak sobie wyobrażał. I tylko zamienia jeden rodzaj zgorzknienia na inny.

To film bardzo smutny i w zasadzie przygnębiający - pomimo końcówki. Bogaty w prawdziwą, cyberpunkową gorycz, której tak wyraźnie brakuje na przykład filmowi Johnny Mnemonic. W gruncie rzeczy, właśnie smutne filmy i książki wydają mi się wartościowsze, bo bliższe rzeczywistości.

KW: No, to chyba czas na tradycyjne pytanie o dalsze plany literackie.

GW: Plany zawsze miałem rozbudowane. Niestety, rzeczywistość zawsze redukowała je o tyle procent, ile się tylko dało. Pracuję zwykle zrywami, od sceny do sceny, od fragmentu do fragmentu, co zdecydowanie nie wychodzi ani mnie, ani tekstom na dobre. Ale niestety na tyle tylko pozwalają mi inne zajęcia. Chciałem napisać powieść cyberpunkową, nawet zacząłem gromadzić materiały i obmyślać fabułę - niestety, pewne przygotowane założenia fabularne spalił mi w swojej książce Greg Egan, niech imię jego będzie przeklęte :-) Inne zagospodarował Jacek Dukaj, którego też nie powinienem za to lubić :-) I ostał mi się tylko strzęp pomysłu, nad którym pracę muszę zacząć nieledwie od początku. Poza tym, w różnych stadiach produkcji znajduje się kilka opowiadań, jednak terminy ich ukończenia są niemile odległe. Sądzę, że nagroda Elektrybałta, którą mnie uhonorowano, wpłynie dodatnio na koncentrację i jakość wysiłków.

KW: Na koniec coś z zupełnie innej beczki. W fandomie podajesz się za zdeklarowanego przeciwnika tych miłych, futrzastych istotek, zwanych popularnie kotami. Tymczasem z Dobrze Poinformowanych Źródeł doszła nas wiadomość, że istnieje Twoje zdjęcie z dwoma kotami na kolanach (Twoich, nie kocich). Proszę więc o ustosunkowanie się do tej szokującej informacji. :-)

GW: Wyjaśnienie jest proste. Pracuję obecnie nad jednym tekstem, traktującym głównie o psach i kotach. O psach wiem właściwie wszystko, co powinienem, ale koty pozostawały dla mnie tajemnicą. Musiałem wobec tego zaryzykować i przez jakiś czas zamieszkać w towarzystwie dwóch kotów. Jak widać, przeżyłem i będę mógł o tym opowiedzieć. Nie mam oporów przed przyznaniem, że koty są miękkie i futrzaste, nie rozumiem jednak, dlaczego ma to samo przez się sugerować ich pozytywną naturę. Któregoś dnia prawnicy porosną futrem i nauczą się mruczeć, a wówczas cała ta planeta pójdzie z torbami...

KW: I myślę, że tym optymistycznym akcentem możemy zakończyć naszą rozmowę. Dziękuję za wywiad.


Rozpowszechnianie zamieszczonych w piśmie tekstów jest dopuszczalne wyłącznie za podaniem nazwiska autora i źródła (URL)
 

Poprzednia strona Spis treści Następna strona