|
|
|
Tekst ten miał być pierwotnie sprostowaniem (czy może raczej uściśleniem) informacji przytoczonych przez Macieja Nowaka-Kreyera w artykule "Dzikie wojsko" (Fenix 3 (92) 2000), wysłanym wyłącznie do autora, ale w trakcie pisania rozrósł się i pomyślałem, że może on zainteresować innych, zwłaszcza, że ma on związek z fantastyką. Nie jest moim celem zachęcanie do stosowania narkotyków, wiary w pogańskich bogów, ani nic innego, co mogłoby według niektórych ludzi ściągnąć zgubę na nasze społeczeństwo. Maciej Nowak-Kreyer pisze o berserkerach, że w stan szału bitewnego wprowadzali się oni "gryząc tarcze, pijąc własny mocz i zażywając naturalne środki pobudzające". Zanim doczytałem do ostatniej z wymienionych (a wyrażonej dość enigmatycznie) przyczyny, zdążyłem uśmiać się do łez: przed moimi oczami stanął zastęp olbrzymich, okutanych w skóry wojowników z zapałem wgryzających się w drewno tarcz i popijających własnymi, za przeproszeniem, sikami. A potem, wprawiwszy się już w stan bojowego szału, z wykrzywionymi obrzydzeniem twarzami rzucali się do walki. Śmieszne, co? Ale, wbrew pozorom, wizja ta nie jest taka znowu absurdalna. Więcej: jest bliska prawdy - jednak pominięty jest tu pewien bardzo istotny szczegół. Mocz, który pili berserkerzy, rzadko bywał ich własnym! A w dodatku to właśnie on był owym tajemniczym, "naturalnym środkiem pobudzającym"! Brzmi to jeszcze dziwniej, prawda? Już tłumaczę. Według wszelkiego prawdopodobieństwa, środkiem, który stosowano do wprowadzania się w stan szału bitewnego, była ozdoba naszych lasów - grzyb Amanita Muscaria, znany lepiej jako muchomor czerwony. Jest on znanym od wieków halucynogenem, stosowanym podczas obrzędów magicznych na terenach Finlandii, Syberii, a także, prawdopodobnie, w całej północno-wschodniej Europie, włącznie z Polską. Zawarty w nim alkaloid (muscimol), w dużej dawce powoduje stan całkowitego oderwania się od rzeczywistości, skrajną nadpobudliwość ruchową, halucynacje, zmniejszenie wrażliwości na ból1), czasową utratę pamięci i wiele innych efektów, do których jeszcze wrócimy (lub nie). Łatwo można sobie wytłumaczyć, że znajdując się pod wpływem muchomorów berserkerzy rozmawiali z Odynem, dokonywali czynów z pozoru niewykonalnych, a w trakcie walki atakowali zarówno przyjaciół, jak i wrogów. No tak - może ktoś powiedzieć - wszystko pięknie, ale co ma do tego wszystkiego mocz? Otóż muchomory mają tę specyficzną właściwość, że większość substancji aktywnych w nich zawarta, przechodzi przez organizm człowieka niezmienioną, mogąc być ponownie wykorzystaną przez następną osobę (lub przez tę samą, pod koniec podróży, dla przedłużenia efektu). Ale tutaj narzuca się następne pytanie. Po co mieliby berserkerzy pić czyjeś siuśki, zamiast samemu zjeść grzybka? Powód jest prosty - muchomory nie rosną na terenach, na których mieszkali wikingowie, musiały być sprowadzane "zza granicy". Istniały podobno szlaki handlowe, łączące przylądek Taigonos2) i Kamczatkę, skąd je eksportowano w zamian za renifery. A ceny były ogromne - podobno za jeden grzybek płacono jednym zwierzęciem. Nic więc dziwnego, że w ramach oszczędności, co młodsi i biedniejsi wojownicy musieli zadowolić się towarem "z drugiej ręki", jakkolwiek niecelne byłoby w tym przypadku to wyrażenie... Inna sprawa, że otrzymali już produkt wstępnie "przefiltrowany" i pozbawiony części szkodliwych substancji. Co mają do tego wszystkiego krasnoludki? A czy zastanawialiście się kiedyś, dlaczego są to właśnie krasno-ludki? I czemu mieszkają w domkach z grzybów? Podpowiem, że jednym z ciekawych efektów spożycia muchomorów są zaburzenia w postrzeganiu wielkości (w tym także uczucie zmniejszania lub powiększania się). Jest więc bardzo możliwe, że nasze rodzime krasnoludki (w odróżnieniu od germańskich dwarves, które są całkiem duże i wcale a wcale nie ubierają się na czerwono) powstały w głowie jakiegoś twórczego człowieka podczas grzybowej wycieczki. Niektórzy badacze (etnografowie i etnomykolodzy - tak, jest taka nauka) twierdzą, że w czasach pogańskich cała północno-wschodnia Europa stosowała w swoich magicznych obrzędach grzyby halucynogenne. Na poparcie tej tezy dają przykłady wielu współcześnie istniejących prymitywnych kultur, w których halucynogeny stosowane są w trakcie obrzędów magicznych - jak choćby Teonanacatl, Ololiuhqui czy Coatl Xoxouhqui, używane przez curandera wśród meksykańskich Indian, a których odkrycie przyczyniło się do zainteresowania etnografów i farmaceutów magicznymi obrzędami cywilizacji plemiennych. Muszę powiedzieć, że im bardziej zagłębiałem się w ten temat, tym natrętniej nasuwała mi się myśl, że u podstaw wielu mitologii (a przynajmniej ich elementów) mogą leżeć środki halucynogenne. Jest to bardzo kusząca teza, gdyż pozwala w bardzo prosty sposób wytłumaczyć zjawiska prowadzące do powstania wielu mitycznych postaci i ponadnaturalnych istot. Oczywiście nie twierdzę, że rozwój tych wierzeń był stymulowany wyłącznie przez środki odurzające, ale wydaje mi się bardzo prawdopodobne, że zgodnie z zasadą brzytwy Ockhama (pamiętacie Kontakt?), maczały one w tym swoje palce, korzonki, listki i trzonki... Świat przeszłości, jaki ujrzałem, biorąc za prawdziwe wyrażone tu przypuszczenia, wydał mi się zdecydowanie bardziej niebezpieczny, mroczny (choć to akurat niekoniecznie), ciekawy i ...realny niż ten postrzegany dotychczas. I nawet jeśli teorie te są błędne, to może staną się inspiracją do stworzenia przez kogoś takiego świata, w którym będą prawdziwe. A na zakończenie chciałbym podzielić się perełką, którą znalazłem w trakcie pisania tego tekstu. Przez cały czas chodziło mi po głowie zmniejszanie się i powiększanie... i:
Lewis Carroll, Alicja w krainie
czarów PS. Nie chciałbym, żeby po przeczytaniu tego tekstu, ktoś struł się muchomorami, więc apeluję o rozsądek. Podkreślam przy tym, że właściwości halucynogenne mają jedynie muchomory czerwone i panterowe (które są silnie toksyczne). Inne odmiany są trujące, nie wykazując przy tym żadnych właściwości psychoaktywnych. Zwłaszcza m. sromotnikowe i m. jadowite powodują zgon bez halucynacji. Zdecydowanie odradzam samodzielnych prób. Tym bardziej, że po drugiej stronie nikt Wam już nie pomoże.
2) Ja tego przylądka na mapie nie znalazłem, ale być może po polsku nazywa się on inaczej, lub mój atlas jest zbyt niedokładny. Informacje podaję za: A. Hoffer and H. Osmond "The Hallucinogens", 1967, pp. 443-454 |