|
|
|
Lubicie bajkę o Czerwonym Kapturku? A tą jej wersję, w której na na bezbronnego wilczka napada zgraja rozwydrzonych dzieciaków w glanach i czerwonych chustach na głowach, kopiąc go i rabując złoty zegarek - pamiątkę po babci wilczycy? Powiecie, że nie ma takiej wersji: nic to. Powstała natomiast taka wersja Władcy Pierścieni J.R.R. Tolkiena. "[...] można by nudnym głosem przypomnieć, że Władca Pierścieni jest historiografią zwycięzców, którzy wiadomo, w jaki sposób przedstawiają zwyciężonych. Przecież, jeśli miało tam miejsce ludobójstwo (a gdzie - przepraszam - jeśli nie było, podziały się po wiktorii Zachodu wszystkie tamtejsze narody?) - to po trzykroć ważne jest, by przekonać wszystkich (a przede wszystkim - samego siebie), że nie byli to wcale ludzie, a tacy tam... orokueni i trolle. Albo można zaproponować im, by zastanowili się, czy często zdarzali się w historii ludzkości władcy, którzy tak sobie, za frajer, oddawali trony jakiemuś palantowi ze wzgórka (pardon: Dunadanowi z Północy)?" Bodajże po raz pierwszy w życiu żałuję, że nie jestem historykiem. Dlaczego? Pamiętam, jak na którymś z konwentów wstąpiłem na wykład o "kruczkach" zamieszczonych w sadze A.Sapkowskiego. Otóż niniejsza księga - nie będąca ani kontynuacją, ani parodią Tolkiena - jest nimi naszpikowana mocniej, niż sernik rodzynkami... Nie będąc zaś historykiem (ani politologiem), ich istnienia mogę się jedynie domyślać, nie potrafiąc odnieść do rzeczywistości... Na szczęście, dla takich jak ja Autor umieścił także prostsze nawiązania, nietrudne do odgadnięcia: "Właśnie temu pułkowi przypisane są słynne 'ichneumony' - specjalna formacja antyterrorystyczna żołnierzy, których mogli przez całe dnie oglądać na ekranach telewizorów mieszkańcy Ardy, gdy ci po wspaniałej akcji uwolnili na lotnisku Minas Tirith pasażerów wendotenijskiego samolotu, zajętego przez fanatyków-hanannitów z Frontu Oswobodzenia Północnego Mingadu." Największym atutem tej książki jest jej język. Autor nawet nie próbował silić się na podobną stylizację - gdyby to zrobił, Czytelnik tylko machnąłby ręką na kolejną "podróbkę". Nie - Ostatni Władca Pierścienia pisana jest językiem jak najbardziej współczesnym: może nawet (w niektórych miejscach) zbyt współczesnym... "Moje gratulacje: to, co pan zrobił dwa lata temu w dziedzinie badania włókien nerwowych, otworzy nową epokę w fizjologii. Nie jestem pewien, czy trafi pan do szkolnych podręczników, ale do uniwersyteckich - gwarantuję... Jeśli tylko, w świetle ostatnich wydarzeń w tym Świecie, w ogóle będą istniały szkolne podręczniki i uniwersytety." Zgadlibyście, że powyższy cytat to słowa Nazgula? Miejscami widać fascynację Autora książkami szpiegowskimi spod znaku F.Forsythe'a. Inne fragmenty jako żywo przypominały mi sagę A. Sapkowskiego (połączenie współczesnej strategii ze starożytną bronią) lub... Dobrych, złych ludzi G. Wiśniewskiego... Czymże jest więc ta książka? Dla mnie stała się brakującym ogniwem, łączącym Ardę Tolkiena z naszym światem. Mostem, po którym można bezpiecznie przejść "tam - i z powrotem"... Oj... Naprawdę można o Ostatnim Władcy Pierścienia (tytuł mylący - o samym pierścieniu jest w tekście ledwo kilka linijek) opowiadać jeszcze długo... Ale po co? Lepiej sięgnąc po nią i samemu przeczytać. Warto! Przy okazji: czy ów Autor napisał coś jeszcze? Ja chcę wiecej!!!
|