|
|
|
Święta Wielkiej Nocy, jak każde inne, rozgrywają się również w aspekcie rodzinno-biesiadnym - najlepiej wtedy pod byle pretekstem zaszyć się gdzieś w kącie z książką w ręku. Aby się na to przygotować, wybrałem się niedawno do księgarni, gdzie zakupiłem Ostatniego jednorożca. Nie kryję, że do mojego wyboru przyczyniła się cena pochodząca sprzed dwóch lat. Szybko przewróciłem okładkę (za koszmarny wytrzeszcz oczu u jednorożców, które na dodatek wyglądają nie całkiem tak, jak powinny, odpowiada niejaki Robert Rodriguez), aby natknąć się na tradycyjne peany na cześć autora, cytowane za jakąś gazetą. Tym razem okazały się jednak całkowicie uzasadnione - Beagle okazał się naprawdę "czarodziejem słowa". Książkę czyta się lekko, tłumaczowi nie mam nic do zarzucenia, a jeśli chodzi o poezję, to chylę przed nim czoło. Fabuła jest typowo baśniowa: tytułowa Jednorogini wraz ze spotkanymi po drodze czarodziejem i zbójniczką zdążają do zamku srogiego króla, aby odnaleźć zaginione jednorożce. To tyle jeśli chodzi o obowiązek recenzenta (tzn. udowodnienia, że przeczytało się chociaż po łebkach), bo gdybym nawet streścił całą książkę, to nie potrafiłbym przekazać bogactwa nastrojów: melancholii, smutku, tęsknoty za czymś, co się utraciło lub czego niepodobna osiągnąć - ale również grozy czy też kpiarskiego, czasami nawet groteskowego humoru. Bowiem każda postać w książce jest w jakiś sposób wypaczona lub niedorobiona, co dodaje im tylko swoistego uroku. Ta opowieść, miejscami wzruszająca, miejscami śmieszna, a zawsze zmuszająca do zamyślenia jest doskonałym lekarstwem na każdą, nie tylko świąteczną nudę.
|