|
|
|
Timothy Zahn Obława na "Icarusa" Zaczyna się jakoś znajomo. Para wspólników, właścicieli frachtowca: Jordan McKell, człowiek, nawigator i pilot oraz Ixil, Kalix, mechanik pokładowy, zmuszeni okolicznościami od pewnego czasu przewożą nielegalne ładunki dla międzygwiednej mafii. Pewnego wieczora Jordan spotyka w portowej knajpie siwowłosego mężczyznę oferującego mu możliwość zarobku.... :-) Jednak mimo początkowych podobieństw zaraz pojawiają się różnice - oferowana zapłata nie jest w żadnym wypadku astronomiczna, a Jordan musi opuścić swój statek, aby doprowadzić na Ziemię tytułowego Icarusa - statek klienta - zostawiając bieżące dostawy w rękach Ixila. Na dodatek już podczas pierwszego etapu podróży na Icarusie ma miejsce nieszczęśliwy wypadek, w którym ginie pokładowy mechanik i Jordan ściąga na jego miejsce Ixila. Nie mija dużo czasu, gdy okazuje się, że ktoś za wszelką cenę chce dostać w swoje ręce Icarusa, a wypadek mechanika wcale nie musiał być wypadkiem. Jordan i Ixil muszą dowiedzie się kto i dlaczego ich ściga oraz komu z zebranej naprędce załogi mogło zależeć na śmierci mechanika... Przyzwoita space-opera, choć nie zaskakująca niekonwencjonalnymi rozwiązaniami. Nie stawia przed czytelnikiem zbyt wielu wyzwań intelektualnych, ale miłośnikom tego gatunku zapewni miłą rozrywkę. Jo'Asia Pierwsze dwie książki Stephensona jakie przeczytałem - Diamentowy Wiek i Zamieć - pozostawiły mi wrażenie niedosytu. Były to bowiem, w moim odczuciu, bardzo dobre książki z takim sobie zakończeniem. W przypadku Zodiaca jest już trochę lepiej. Jest to bowiem całkiem niezła książka, z całkiem niezłym zakończeniem. Utrzymuje równy poziom, więc nie pozostawia uczucia rozczarowania. Interesujący jest tutaj fakt, że tak, jak i Cryptonomicon (druga książka Stephensona, która ma niezłe zakończenie - chociaż w przypadku pierwszego tomu cyklu trudno mówić o zakończeniu...), Zodiac nie jest fantastyką sensu stricte. To książka osadzona we współczesnych realiach, w tym przypadku w zatrutym przez przemysł Bostonie. Bohaterem tego ecothrillera (bo tak można by najprościej określić gatunkową przynależność Zodiaca) jest zawodowy cierń w, ahem, boku wielkich korporacji chemicznych, Sangamon Taylor. Faktycznie, S.T. jest wrednym sukinsynem, ale da się go lubić. O ile nie pracuje się dla firmy, której jednym z głównych zajęć jest trucie środowiska, oczywiście. Dlaczego jednak recenzja Zodiaca znalazła się we Framzecie, skoro nie jest to książka fantastyczna? Klimat książki jest dość zbliżony do cyberpunka - mamy wielkie firmy, zatrucie środowiska, oraz żyjącego na krawędzi protagonistę, który walczy z nimi z pokładu tytułowego Zodiaca, pontonu z 40-konnym silnikiem, będącego chyba uniwersalnym narzędziem nawodnych ekobojówek całego świata. Nie mówiąc już o satanistach, FBI, kandydacie na prezydenta USA, heavy metalu oraz zagrożeniu będącym w stanie zmienić wszystkie wody na Ziemi w toksyczny ściek... Zodiac to całkiem fajna lektura. (I wiem już, dlaczego nie jem ryb... :-))) Leszek Karlik Janusz Christa Kajko i Kokosz: Szkoła Latania Recenzować Kajka i Kokosza to jak recenzować J.R.R.Tolkiena czy H.Ch.Andersena... Nie da się. To trzeba samemu przeczytać - samemu przeżyć przygody dwóch dzielnych wojów kasztelana Mirmiła i jego żony Dobrawy, zbója Łamignata i ciotki Jagi, Krwawego Hegemona, Kaprala i Ofermy... Jeszcze raz uśmiać się z tekstów, które - podobnie, jak dialogi z Seksmisji - na trwałe zadomowiły się w polskiej kulturze. Po wielu, wielu latach, w czasie których nielicznym udawało się zdobywać w antykwariatach brakujące części komiksu, wydawnictwo JUPI DIRECT zdecydowało się podjąć ryzyko wznowienia serii. Na pierwszy ogień poszła Szkoła latania, według ilustracji na IV stronie okładki, następnymi będą Wielki Turniej i Na wczasach. Miejmy nadzieję, że wraz z numerami zeszytów nie będzie wzrastała ich - na razie przystępna dla każdego - cena. Dlaczego pięć framlingów? Hmmm... Myślę, że tego nie trzeba tłumaczyć nikomu, kto na Kajku i Kokoszu się wychował... Ale jeśli twierdzicie, że jesteście za starzy na komiksy, kupcie je swoim dzieciom czy wnukom - i schowajcie do swojej szafki, by ich nie zniszczyły :-). "Niech co... Krwawy Hegemon?!" Wojciech Gołąbowski Grzegorz Rosiński, Jean Van Hamme Thorgal: Giganci Po dwóch albumach (Piętno wygnańców, Korona Ogotaia), w których pierwsze skrzypce grał Jolan, w 22 części sagi powraca stary, dobry Thorgal. Wraca - ale czy na dobre? Oto bowiem odzyskuje swe imię, a co za tym idzie, pamięć i brzemię, którego pozbył się kilka odcinków wcześniej (nie jest to żaden spojler - w końcu i tak wiadomo, że Główny Bohater musi przeżyć - przynajmniej w tej bajce). A jak znam Thorgala, pewnie znowu coś wymyśli... Z drugiej strony - Thorgal tyle ostatnio namieszał, że nie można być przekonanym, czy rodzina przyjmie go z otwartymi ramionami. Jeśli do niej w ogóle dotrze... (cyt! ani słowa więcej!) (no, może jedno słówko: na okładce następnego albumu... nie, może lepiej przemilczę...) Cóz można powiedzieć więcej o albumie? Wydany równie porządnie, jak poprzednie... Fabuła nieskomplikowana, może nawet aż nazbyt prosta (zwłaszcza w drugiej połowie Gigantów). Tylko twarz Thorgala czasami jakby... hmm... dwadzieścia parę lat ciągłego rysowania robi swoje, widocznie nie sposób te same oblicze przedstawiać tak, jak w pierwszych częściach. Zrozumiałbym, gdyby wyglądał starzej, ale... Na szczęście kilka szram i wciąż ta sama fryzura nie pozwalają pomylić Gwiezdnego Dziecka z kimś innym. Wojciech Gołąbowski |