|
|
|
Existenz - a właściwie eXistenZ - to film dziwny. Ale dziwny w niewłaściwy sposób. Przede wszystkim dlatego, że jego fabuła nie stanowi logicznej całości, a raczej składa się z luźnych, niekiedy urokliwych, ale mimo wszystko pojedynczych scenek. Film sprawia po prostu wrażenie nieprzemyślanego, a przynajmniej niewykończonego. Jakby w pewnym momencie fabuła wymknęła się reżyserowi spod kontroli, albo po prostu zabrakło mu cierpliwości - lub umiejętności - i splątał fabułę, ale zapomniał zaznaczyć, o co właściwie w tym wszystkim chodzi, po co całe to poplątanie. Co by nie było tego przyczyną, nie świadczy dobrze o Cronenbergu. W dodatku za świństwo uważam trailer, jakim reklamowano film. Paru scen zawartych w trailerze po prostu nie ma w filmie (na przykład zabijania przemiłego, jak się okazuje, dwugłowego stworzonka), a montaż niektórych z tychże scen stoi w jawnej sprzeczności z fabułą i charakterem filmu. Bo przede wszystkim film ten nie jest sensacyjnym thrillerem. Opowiada o Allegrze Geller i jej grze - tytułowej eXistenZ. Otóż gdy gra jest już zasadniczo gotowa, przez jej producenta, firmę Antenna Research, zostaje zorganizowany test. Spośród sproszonej do starego, drewnianego kościółka publiczności zostaje wybranych kilku śmiałków, którzy dostąpią zaszczytu jej wypróbowania. I gdy wszystko jest już przygotowane do odpalenia, jakiś maniak strzela zębem (a tak, z jakiegoś organicznego pistoletu) do Allegry. Zabiera ją stąd facet, Ted Pikul (mogę na niego mówić Pikuś?), ochroniarz, który nigdy trzymał w ręku broni palnej. Który nie zna żadnej ze sztuk walki. I który obchodzi z daleka wszelkie gry wczepiane do bioportu, którego oczywiście nie ma (dla niezorientowanych - to takie coś wbijane w kręgosłup za pomocą sprzętu wyglądu i wielkości młota pneumatycznego). Dalej jest już gorzej - nikt ich nie ściga - więc w sumie nie wiadomo, przed kim uciekają. Owszem, jest mowa o jakiejś konkurencyjnej firmie Cortical Systematics, ale chyba dość późno zabrała się za robotę, skoro gra jest już niemal gotowa (wyłożono na nią 35 milionów dolarów). Antenna Research też nie jest lepsze, skoro pokaz gry urządza w drewnianym kościele (na miłość Boską, gry warte kilkadziesiąt milionów dolarów testuje się chyba w trochę innych warunkach?), w dodatku niemal zupełnie pozbawionym środków bezpieczeństwa.
Niestety. Scena końcowa jest rozczarowaniem - zwyczajnie kawa zostaje wyłożona na ławę. Wszystko staje się jasne, świat ustawia się we właściwej pozycji, i wszystko się zazębia. Nie ma tajemnicy. I chociaż by widz pękł, nie może się łudzić, że to jeszcze jedna z rzeczywistości. A szkoda. Wielka szkoda. W efekcie, po obejrzeniu filmu zostaje w głowie parę ładniejszych scen, które w dodatku nie chcą zapaść głębiej w pamięć i dość szybko wyparowują. Naturalnie, można próbować uszczypnąć film z tej, czy innej strony. Usiłować na przykład zrozumieć rolę psa w całej fabule (bo pies pojawia się w kilku momentach nie wiadomo w zasadzie skąd), albo wyszukiwać filmowe smaczki (np. te osławione literki "NF" na paczuszkach pełnych zmasakrowanych stworzeń) i wynajdywać rzeczy, które nie pasują do konkretnych scen. Ale to trochę mało, by uznać spędzone w kinie półtorej godziny za owocne.
Niestety, w moim odczuciu film jest zwyczajnie zły. Pisze "w moim odczuciu", bowiem miałem pecha oglądać przed filmem trailer, który był zwyczajnym oszukaństwem. Ale i tak twierdzę, że film nie ma ostro zarysowanej fabuły. Przez pierwsze minuty nawet nie wiadomo, co ma być osią historii, a gdy oś się już pojawia, jest ona tak wątła i wręcz absurdalna, że trudno uwierzyć, by była pretekstem do całego filmu. Co za tym idzie - niespecjalnie wyczekuje się rozwiązania fabuły. Bo skoro nie sposób zrozumieć choć części poczynań bohaterów (pocieszające, że bohaterowie też nie wiedzą, co robią), co powoduje przegrzanie i zatarcie obwodów logicznych u widza mniej więcej w połowie filmu, najbardziej wyczekiwaną rzeczą stają się napisy końcowe. I chwila, w której będzie można odetchnąć świeżym powietrzem. Sądzę, że Cronenberg chciał zrobić coś na wzór Matrixa, gdzie trudno się zorientować, co jest prawdziwe, a co nie. eXistenZ ma też bardzo silne akcenty rodem z RPG i gier komputerowych, głównie strategicznych. Niesie też ostrzeżenie przed wirusami (które z komputerów mogą przenieść się w człowieka dzięki bioportowi) i przed babraniem się w genach, dzięki czemu po świecie zaczyna się pałętać sporo zmutowanych, dwugłowych płazów. Płazów, które nie służą do niczego specjalnego w fabule, a na które pochłonęły pewnie sporo kasy. W ogóle mam wrażenie, że pieniądze poszły nie na te efekty specjalne, co potrzeba. Na przykład na zielony, świecący, absurdalny cholera-wie-co-ale-chyba-telefon. Ech, po co się rozwodzić... Nagi Lunch, Wideodrom czy Mucha były o niebo lepsze od tego filmu. Owszem, film znajdzie swoich wielbicieli, bo pewnego uroku odmówić mu nie można (sceny z fabryki joystików, czy ze stacji benzynowej z pewnością godne są zapamiętania), jednak nie jest to film specjalnie wart wydania kilkunastu złotych w kinie. Jeśli już - można go obejrzeć na wideo. A i to wtedy, gdy zejdzie z półki z droższymi nowościami.
|