Framzeta: Recenzja filmu
Pismo SF FRAMLING   Numer 8   [maj - lipiec 2000]

Poprzednia strona Spis treści Następna strona


30a.jpg (13 683 bajty) Marcin Osuch

Zielone ludziki na Marsie

Ocena: 2

Zawsze lubiłem oglądać filmy z gatunku sf. W pewnym momencie nawet dzieliłem filmy na fantastyczno-naukowe i resztę. Może teraz nie jestem już tak stanowczy w ich postrzeganiu, ale sentyment i zainteresowanie tego typu kinem pozostało. I nawet niezbyt pochlebne recenzje nie są w stanie zniechęcić mnie do filmu z tego gatunku.

Podobnie rzecz miała się z Misją na Marsa. Gdy tylko po raz pierwszy zobaczyłem plakat, wiedziałem, że muszę obejrzeć ten film. Osoba reżysera tylko wzmocniła moje postanowienie. Co prawda, nie mogłem sobie przypomnieć żadnego jego filmu sf, ale uznałem, ze ważniejsze jest być dobrym reżyserem, niż dobrym reżyserem filmów sf. Przykład zmarłego niedawno Stanleya Kubricka jest chyba najbardziej wymowny.

Niestety, rozczarowałem się. Nie wystarczy atrakcyjny temat, światowej sławy reżyser, realistyczne efekty specjalne ani konsultacje ekspertów z NASA. Na film trzeba mieć jakiś pomysł, trzeba umieć stworzyć odpowiednią atmosferę. Nawet prosta historia, przedstawiona w odpowiedni, przemyślany sposób może być niesamowita - i odwrotnie. Zresztą to chyba dobrze, bo inaczej robienie filmów stałoby się manufakturą, a nie sztuką.

Jedynie realiom podróży kosmicznej, podobnym do tego, co widzieliśmy w Apollo 13 i Odysei... trudno jest coś zarzucić. Trudno jest jednak powiedzieć coś dobrego o innych scenach filmu.

30b.jpg (12 561 bajtów)Twórcom Misji na Marsa zabrakło pomysłu na film. Odniosłem wrażenie, że za bardzo się skupili na kilku wcześniejszych filmach o zbliżonej tematyce, próbując potraktować je jako punkt odniesienia - mam tu na myśli takie obrazy, jak Kontakt, Apollo 13, Odyseja kosmiczna (2001 i 2010) - ale temat nie został w żaden nowatorski sposób rozwinięty. Może autorzy scenariusza (Jim i John Thomas) za bardzo zapatrzyli się w Predatora - wcześniejsze swoje dzieło, które rzeczywiście było dużym sukcesem. Lecz wszystkie uproszczenia, które tam były jak najbardziej na miejscu, tutaj doprowadziły do sytuacji, w której tak naprawdę nie wiadomo, o czym jest ten film. Założono, że podróż na Marsa jest tematem zbyt błahym i postanowiono wstawić dopalacz - obcą cywilizację.

Problem w tym, że owa cywilizacja (lub tym, co z niej pozostało) przedstawiona została w sposób wręcz infantylny. Obcym, których spotykają astronauci w Misji... wiele brakuje do subtelnych kosmitów z Kontaktu lub nieprzystępnej inteligencji z Odysei.... Dlaczego tak wyrafinowana technicznie i jednocześnie wrażliwa cywilizacja (patrz: wirtualny obraz płaczącego kosmity) pozostawiła tak okrutne zabezpieczenia przed swoim "sanktuarium" (patrz: śmierć członków pierwszej wyprawy)? I nie chodzi mi tylko o konsekwencje niewłaściwej samoidentyfikacji ewentualnych gości, ale o sam proces tej identyfikacji - wysłanie jakiejkolwiek silniejszej wiązki fal elektromagnetycznej może się skończyć tragicznie. Zasadniczo uważam ukazywanie obcych w pełnej krasie za zadanie trudne i ryzykowne. Wizja de Palmy jest moim zdaniem naiwna i nie do końca przemyślana.

30c.jpg (12 679 bajtów)Gotów jestem nawet zaryzykować stwierdzenie, że film dużo by zyskał, gdyby reżyser zrezygnował w ogóle z pokazywania kosmitów. To tak, jak z horrorami - czasem trzeba "zaufać" wyobraźni widzów.

Bohaterowie filmu to postacie bardzo płaskie pod względem osobowości i charakteru. Rzecz nawet nie w tym, że brak jest kogoś odrobinę konfliktowego, a taka osoba najbardziej urozmaica akcję. W Misji... nikt nie ma żadnych wątpliwości, nikt się nie waha, praktycznie zawsze wszyscy są zgodni - aż do bólu. W prawdziwym życiu sytuacje dużo mniej niezwykłe powodują ogromne zróżnicowanie ludzkich reakcji i postaw. Nie oczekuję, aby Misja... była filmem psychologicznym, ale zachwiane zostały proporcje. Wspaniałe efekty specjalne powinny być tłem do poczynań bohaterów, a nie odwrotnie.

Twórcy chyba zdawali sobie sprawę z nijakości bohaterów i dorobili na siłę "przeszłość" postaci granej przez Gary'ego Sinise. Zrobione to zostało jednak tak nachalnie, że tylko pogłębiło wrażenie bezbarwności wszystkich postaci.

Czy, wobec powyższych uwag, oglądać Misję na Marsa? Jeśli ktoś lubi perfekcyjne i widowiskowe efekty specjalne - jak najbardziej polecam, jeśli ktoś lubi dobre kino sf - stanowczo odradzam.


Misja na Marsa (Mission to Mars), USA 1999
reżyseria: Brian De Palma; scenariusz: David S. Goyer, Ted Tally, Jim Thomas, John Thomas, Graham Yost; zdjęcia: Stephen H. Burum; muzyka: Ennio Morricone; występują: Gary Sinise, Tim Robbins, Don Cheadle, Jerry O'Connell, Connie Nielsen.


Rozpowszechnianie zamieszczonych w piśmie tekstów jest dopuszczalne wyłącznie za podaniem nazwiska autora i źródła (URL)
 

Poprzednia strona Spis treści Następna strona