|
|
|
Zawsze lubiłem oglądać filmy z gatunku sf. W pewnym momencie nawet dzieliłem filmy na fantastyczno-naukowe i resztę. Może teraz nie jestem już tak stanowczy w ich postrzeganiu, ale sentyment i zainteresowanie tego typu kinem pozostało. I nawet niezbyt pochlebne recenzje nie są w stanie zniechęcić mnie do filmu z tego gatunku. Podobnie rzecz miała się z Misją na Marsa. Gdy tylko po raz pierwszy zobaczyłem plakat, wiedziałem, że muszę obejrzeć ten film. Osoba reżysera tylko wzmocniła moje postanowienie. Co prawda, nie mogłem sobie przypomnieć żadnego jego filmu sf, ale uznałem, ze ważniejsze jest być dobrym reżyserem, niż dobrym reżyserem filmów sf. Przykład zmarłego niedawno Stanleya Kubricka jest chyba najbardziej wymowny. Niestety, rozczarowałem się. Nie wystarczy atrakcyjny temat, światowej sławy reżyser, realistyczne efekty specjalne ani konsultacje ekspertów z NASA. Na film trzeba mieć jakiś pomysł, trzeba umieć stworzyć odpowiednią atmosferę. Nawet prosta historia, przedstawiona w odpowiedni, przemyślany sposób może być niesamowita - i odwrotnie. Zresztą to chyba dobrze, bo inaczej robienie filmów stałoby się manufakturą, a nie sztuką. Jedynie realiom podróży kosmicznej, podobnym do tego, co widzieliśmy w Apollo 13 i Odysei... trudno jest coś zarzucić. Trudno jest jednak powiedzieć coś dobrego o innych scenach filmu.
Problem w tym, że owa cywilizacja (lub tym, co z niej pozostało) przedstawiona została w sposób wręcz infantylny. Obcym, których spotykają astronauci w Misji... wiele brakuje do subtelnych kosmitów z Kontaktu lub nieprzystępnej inteligencji z Odysei.... Dlaczego tak wyrafinowana technicznie i jednocześnie wrażliwa cywilizacja (patrz: wirtualny obraz płaczącego kosmity) pozostawiła tak okrutne zabezpieczenia przed swoim "sanktuarium" (patrz: śmierć członków pierwszej wyprawy)? I nie chodzi mi tylko o konsekwencje niewłaściwej samoidentyfikacji ewentualnych gości, ale o sam proces tej identyfikacji - wysłanie jakiejkolwiek silniejszej wiązki fal elektromagnetycznej może się skończyć tragicznie. Zasadniczo uważam ukazywanie obcych w pełnej krasie za zadanie trudne i ryzykowne. Wizja de Palmy jest moim zdaniem naiwna i nie do końca przemyślana.
Bohaterowie filmu to postacie bardzo płaskie pod względem osobowości i charakteru. Rzecz nawet nie w tym, że brak jest kogoś odrobinę konfliktowego, a taka osoba najbardziej urozmaica akcję. W Misji... nikt nie ma żadnych wątpliwości, nikt się nie waha, praktycznie zawsze wszyscy są zgodni - aż do bólu. W prawdziwym życiu sytuacje dużo mniej niezwykłe powodują ogromne zróżnicowanie ludzkich reakcji i postaw. Nie oczekuję, aby Misja... była filmem psychologicznym, ale zachwiane zostały proporcje. Wspaniałe efekty specjalne powinny być tłem do poczynań bohaterów, a nie odwrotnie. Twórcy chyba zdawali sobie sprawę z nijakości bohaterów i dorobili na siłę "przeszłość" postaci granej przez Gary'ego Sinise. Zrobione to zostało jednak tak nachalnie, że tylko pogłębiło wrażenie bezbarwności wszystkich postaci. Czy, wobec powyższych uwag, oglądać Misję na Marsa? Jeśli ktoś lubi perfekcyjne i widowiskowe efekty specjalne - jak najbardziej polecam, jeśli ktoś lubi dobre kino sf - stanowczo odradzam.
|