wstęp  |  dział ogólny  |  koncerty  |  recenzje  | wywiady |  liryka  |  tabulatury  |  redakcja  |  www.GrungeZone.z.pl 



                             Historia zespołu Alice In Chains




   Historia Alice In Chains sięga roku 1985. Layne Staley, lider zespołu Alice N' Chains, spotkał wtedy Seana Kinneya. Kontakt między panami dość szybko się urwał, ale Staley musiał zapamiętać perkusistę, skoro dwa lata później właśnie jego ściągnięto do powstającego właśnie Alice In Chains. W 1987 roku Layne spotkał Jerry Cantrella, który zawitał do Seattle z Texasu po śmierci babki i matki. Staley był wtedy managerem Music Bank, magazynu przerobionego na centrum młodych zespołów - sale prób, prymitywne studio itd. Cantrell wspomina spotkanie ze Staleye'm tak: "Uważałem, że to najfajniejszy koleś, jakiego w życiu spotkałem. Wyglądał świetnie, podobał się pannom, miał w sobie coś magnetycznego. Wszyscy go lubili. Spośród tych, którzy nie lubili Layne'a, wszyscy byli pieprzonymi fiutami. Jak tylko go usłyszałem, chciałem, żeby tworzył kawałki w moim zespole. Powiedziałem mu o tym, a on zaprosił mnie do Music Bank. Ten gość wyciągnął do mnie rękę, dał mi działkę, dał mi kąt do mieszkania, traktował mnie dobrze, choć byłem zupełnie obcym człowiekiem. Nie zapominajcie, kurwa, o tym."

   Cantrell, który grał wtedy w zespole Diamond Lie, znał Mike'a Starra, basistę, z którym grali w zespole Gipsy Rose i z którego zostali po tygodniu wyrzuceni. Staley pamiętał o Kinneyu i w ten sposób skompletowano skład. W dodatku okazało się, że Starr i Kinney znają się od lat, a siostra tego pierwszego jest aktualną dziewczyną tego drugiego.

   Pozostała kwestia nazwy. Padały takie kwiatki jak Mothra czy Fuck, w końcu stanęło na Alice In Chains. Zespół wziął się do pracy i po tygodniu miał materiał, 45 minut utworów własnych i cudzych, z których do publicznej prezentacji nadawało się jednak tylko z 15 minut. Wczesną wiosną 1987 roku, pożyczoną od uczynnych kolegów z grupy Coffin Break ciężarówką, wyjechali do Issaquah, gdzie w drewnianym domku przerobionym na małe studio nagrali na ośmiośladzie swoje pierwsze utwory (stąd tytuł The Treehouse Tapes). Z demówką w kieszeni łatwiej było o załatwienie koncertu, jednak taśma to jedno, a problemy z wiekiem to drugie. Przepisy w Seattle nie zezwalały osobom poniżej 21 roku życia na branie udziału w koncertach, nieważne, czy jako widzowie, czy jako muzycy. Być może wtedy Alice In Chains dorobili się przydomku Kindergarten (i raczej nie chodzi o pokrewieństwo z Soundgarden, a o przedszkolny wiek Staley'a i spółki). Stan rzeczy skomentował Sean Kinney: Bylismy troszkę na zewnątrz tego, co się działo, byliśmy za młodzi, by trzymać się z kolesiami ze "sceny", więc nie sądzę, byśmy byli faworytami dziennikarzy czy coś. Ale to nie miało znaczenia, czy tak, czy tak, cały czas pokazywaliśmy się tu i ówdzie".

   Pod koniec 1987 roku niejaki Randy Hauser wyłożył pieniądze, za które Alice weszli do London Bridge Studios i powtórzyli nagrania, dokonane wcześniej w drewnianym domku. Zarejestrowane na porządniejszym sprzęcie (24 ścieżki) utwory spotkały się ze sporym zainteresowaniem, wtedy też sprawy managementu wzięły w swoje ręce (na długie lata) Susan Silver i Kelly Curtis. Nowe The Treehouse tapes znalazły się na różnych nie do końca legalnych wydawnictwach, jednak feler polegał na tym, że pierwszy koleś, który piratował utwory, skopiował je w nieodpowiednim tempie...

   Alice In Chains chcieli pójść za ciosem. Jest demo, rosnące zainteresowanie prasy, słuchaczy - czas na debiutancką płytę, tym bardzie, że coraz częściej o muzyków pytali ludzie z wytwórni płytowych - a to A&M, a to Island Records... Trzeba trafu, w innej dużej wytwórni, Columbia Records, doszło do zmiany szefa. Prezydentem został Don Ienner, który chciał w lata dziewięćdziesiąte wejść z nową muzyką. Rozkwitająca scena Seattle była najlepszym miejscem do szukania nowych idoli. Padło na Alice In Chains. Pod koniec 1989 roku zespół miał w kieszeni kontrakt, wywalczony przez Petera Paterno i Michele Anthony. Ta ostatnia tak zamieszała w Sony, że została zatrudniona na kierowniczym stanowisku w tej właśnie wytwórni.

   Music Bank, legendarne miejsce dla Seattle, został zamknięty. Akcja policji, związana z przeciwdziałaniem dystrybucji narkotyków, skończyła się powieszeniem kłódki na drzwiach szacownego gmachu. Alice In Chains zaczynali właśnie pracę nad debiutanckim albumem, przeprowadzili się do wynajętego od matki Mike'a Starra domu i los Music Bank przestał być najważniejszy - choć nazwa tego miejsca pojawia się w historii zespołu raz jeszcze, jako tytuł boxu, wydanego w 1999 roku. Wracajmy do 1990 - producentem albumu został Dave Jerden, człowiek uznany i szanowany za wspólne dokonania z The Rolling Stones i Jane's Addiction. Muzycy Alice znaleźli z nim wspólny język - tak samo, jak oni, chciał działać po swojemu, niezależnie od nikogo. Sesja jednak nieco się odwlekła - Sean Kinney złamał rękę, zespół przymierzał się do zarejestrowania materiału z zastępcą, jednak Kinney zdjął gips trzy tygodnie przed terminem i usiadł w studio za bębnami.

   Sesje odbywały się w London Bridge Studio w Seattle i Capital Studios w Los Angeles. Wytwórnia dała grupie wolną rękę, Dave Jerden zaś okazał się człowiekiem, który poradził sobie znakomicie z muzyką Alice. I nie tylko muzyką - również z zamiłowaniem zespołu do imprez. W studio pierwsze skrzypce grali Jerry Cantrell i Layne Staley, autorzy większości materiału, natomiast stroną "wizualną" zespołu zajęli się wszyscy, ze wskazaniem na Mike'a Starra, Sean Kinney natomiast na stałe został człowiekiem odpowiedzialnym za tę właśnie działkę.

   Pierwszym efektem sesji była EP-ka WE DIE YOUNG z trzema utworami - We Die Young, Killing Yourself i It Ain't Like That. W czerwcu 15 000 sztuk powędrowało do sklepów jako zapowiedź pierwszej dużej płyty Alice FACELIFT, która pojawiła się dwa miesiące później. Przykuwała oczy okładka - mocno przetworzone zdjęcie Mike'a Starra autorstwa Rocky Schenka. Schenk współpracował z zespołem stale, jego autorstwa są wszystkie (oprócz UNPLUGGED) okładki Alice, on również dbał o specyficzny obraz zespołu. Nawiasem mówiąc, na okładce FACELIFT miał być cały zespół, a raczej twarze muzyków, zmienione dokładnie tak, jak ostateczne okładkowe zdjęcie.

   Pierwszy singiel z płyty, We Die Young, dotarł do pierwszej piątki utworów metalowych w USA, jednak nie był częstym gościem w komercyjnych rozgłośniach. W Alice zaczęto postrzegać zespół o sporych możliwościach, jednocześnie zwrócono uwagę na wydźwięk utworów grupy, szczególnie na mroczne teksty. Layne Staley: "Jeśli słuchacze będą identyfikować się z tymi utworami, to może uda im się zrozumieć ich znaczenie, może znajdą w nich coś pozytywnego, może pozwolą im się wyładować. Piszemy o naszych doświadczeniach, nie jesteśmy żadnymi kaznodziejami". Teksty AIC nigdy nie należały do optymistycznych - narkotyki, alkohol, rock'n'rollowe szaleństwo. Do tego należy dodać sytuację w Seattle, gdzie kilkunastoletnie dzieciaki zajmują się handlem narkotykami, i gdzie heroina jest dostępna równie łatwo jaki tabletki na grypę. To plus własne doświadczenia dają pełny obraz lirycznej części Alice.

   Kariera zaczęła nabierać tempa - we wrześniu 1990 roku zespół ruszył w pierwszą trasę po Stanach Zjednoczonych. W tym samym czasie reżyser Cameron Crowe postanowił nakręcić film o rozwijającej się w Seattle scenie. Jego dobrą znajomą była Susan Silver (jednocześnie manager AIC), stąd zaproszenie do nagrania kilku utworów przez Alice nie było zaskoczeniem. Muzycy wywiązali się z zadania znakomicie - sesja zaowocowała takim strzałem jak Would?, demo, które zostało wtedy zrealizowane, przekształciło się z czasem w SAP, jednocześnie kilka utworów trafiło na wydany w 1992 roku album DIRT. Potem jeszcze trasa z Iggy Popem... Sporo, jak na kilka miesięcy. Rok 1990 zespół zamknął zarejestrowaniem (za 9 000 dolarów) na taśmie filmowej występu z The Moore Theater w Seattle.

   Styczeń 1991 był jednym z najważniejszych miesięcy w karierze Alice In Chains. Najpierw zespół otrzymał nominację do American Music Award w kategorii Heavy Metal Artist, chwilę potem singiel Man In The Box rozpoczął triumfalny marsz na listy przebojów - poparty świetnym teledyskiem utwór dotarł do pierwszej dwudziestki singli w USA. Luty przyniósł pierwszą europejską trasę zespołu - grali przed Megadeth, w maju - wraz z Anthraxem, Slayerem i ponownie Megadeth - Alice wzięli udział w Clash Of The Titans. Koncerty te były ciężką próbą dla zespołu - niejednokrotnie witani butelkami przez spragnioną thrashu publiczność, konsekwentnie przekonywali słuchaczy do swojej muzyki.

   Koncerty koncertami, jednak wyniki sprzedaży pierwszej płyty Alice były raczej skromne - 40 000 sztuk w pół roku. Dopiero powodzenie singla Man In The Box oraz reedycja płyty wraz z kasetą video Live Facelif (z nagraniami z koncertu w The Moore Theater) pozwoliły na zadowalającą firmę i muzyków sprzedaż. W lipcu płyta dotarła do pierwszej pięćdziesiątki najlepiej sprzedawanych płyt w USA (a to już setki tysięcy sztuk). W ciągu sześciu tygodni FACELIFT osiągnęła status złotej płyty, a Alice ruszyli na sześciomiesięczny objazd Ameryki, grając koncerty wspólnie z Van Halen.

   W listopadzie zespół zaszył się w London Bridge Studio i zarejestrował pięć kompozycji, które znalazły się na SAP EP. Geneza płytki jest interesująca - Sean Kinney zakomunikował kolegom, że miał sen - na konferencji prasowej ogłosili, że nagrali minialbum z akustycznymi utworami, nazwali dziełko SAP i rzucili do sklepów. Kinney: "Wywaliliśmy wszystkie cięższe elementy, no i tak jakoś się ułożyło. Te utwory to najłatwiejsze rzeczy, jakie nagraliśmy". Trzeba jednak zauważyć jeszcze jedną rzecz - Alice nagle, w ciągu kilku miesięcy, stali się znanym, popularnym zespołem. Ale popularność ma też złe strony - brak prywatności, uprzedmiotowienie artysty. Kilka lat później Staley powie: "Naprawdę chciałem być znany, bogaty, tworzyć muzykę i grać koncerty dla tysięcy ludzi. Tego właśnie chciałem, ale nie jestem żadną pieprzoną gwiazdą rocka. Jestem człowiekiem". SAP EP była w pewnym stopniu reakcją na szaleńcze tempo życia zespołu. Wydana bez rozgłosu, reklamy i innych towarzyszących takiemu wydarzeniu elementów sprzedała się zaskakująco dobrze - w ilości ponad 500 000 sztuk. Z czasem dołączono ją do reedycji FACELIFT. Płyta była też ważna z innego powodu - do Alice dołączyli goście z innych grup, Mark Arm z Mudhoney, Chris Cornell z Soundgarden i Ann Wilson z Heart. Jerry Cantrell: "Jestem bardzo zadowolony, bo granie z przyjaciółmi to zawsze coś specjalnego". Tych okazji do grania z przyjaciółmi nie było specjalnie dużo, jednak nie każdy może pochwalić się współpracą z Ailce In Chains.

   Rok 1991 zapisał się na trwałe do historii muzyki rockowej. W ciągu kilkunastu miesięcy ukazały się przecież "Temple Of The Dog" formacji Temple Of The Dog, "Nevermind" Nirvany, "Badmotorfinger" Soundgarden, "Ten" Pearl Jam. Świat w ciągu kilku tygodni ogarnęło szaleństwo, które brytyjscy dziennikarze ochrzcili "grunge". Do worka z tym napisem wrzucano właściwie wszystkie alternatywne zespoły, których płyty ukazały się w tym właśnie okresie. Z perspektywy czasu widać, jakim uogólnieniem było traktowanie jedną miarką takich zespołów, jak Pearl Jam, Nirvana, Alice In Chains, Mudhoney, Smashing Pumkins czy Stone Temple Pilots. Przesterowana gitara, mocna sekcja, określona tematyka tekstów, do tego korzenie kapeli tkwiące najlepiej w Seattle (ale niekoniecznie, weźmy australijski Silverchair czy brytyjski Bush) - i już mieliśmy grunge. W środku tego zamieszania Alice In Chains weszli do studia, by nagrać drugą płytę.

   Niestety, muzycy Alice nie byli ascetami. Alkohol i narkotyki były na porządku dziennym , wielomiesięczne trasy zmieniały się w nieustającą balangę. Najdalej w nałóg zabrnął Layne Staley. Walka z narkotykami wydawała się przegrana - odwyk za odwykiem i brak efektów. Dopiero leczenie na własną rękę przyniosło efekty. Ale pozostały wspomnienia.

   Muzycy weszli do studia (tym razem wybrali One And One i Eldorado Studios) w kwietniu 1992 roku, jednak sesja została odłożona w związku z zamieszkami w Los Angeles na tle rasowym. W czasie nagrywania płyty zrealizowali teledysk do utworu Would?, który wyreżyserował Cameron Crowe. Materiał na płytę powstawał dość długo - pierwsze pomysły pojawiły się w 1990 roku, potem podczas trasy Clash Of The Titans. W momencie rozpoczęcia nagrań zespół miał gotową połowę materiału. Muzyka, która wypełnia DIRT oraz teksty, które jej towarzyszą, to obraz przeżyć Alice In Chains - problemy rodzinne, alkohol, narkotyki, depresje. Layne Staley: "Każdy może napisać tekst o nocnych wycieczkach po mieście. Ja też pisałem takie teksty. Trochę ciężej pisać o sprawach mrocznych. Wiesz, wspomnienia mogą przynieść ból. Niektórzy ludzie nie chcą tego zrobić. Po prostu doświadczają najgorszego, aż eksplodują. My chcemy podzielić się z nimi naszymi przeżyciami, zanim to wszystko spotka ich. Sean Kinney: "To płyta, na której nie ma żadnego ściemniania, to goła prawda, obraz tego, co doświadczyliśmy". DIRT zadebiutowała na pozycji nr 6 w USA. Po sukcesach Nirvany czy Pearl Jam było do przewidzenia, że nowa płyta kolejnej grupy ze Seattle okaże się sukcesem. Zespół stał się kolejnym przedstawicielem Generacji X, potęgą na scenie rockowej. Jednak myli się ten, kto uważa, że Alice popularność zawdzięczają koniunkturze. DIRT to płyta bardzo udana, specyficzne wymieszanie rockowej tradycji i własnych pomysłów. To, oczywiście, nic nowego, ale sposób, w jaki Alice łączą wszystkie pierwiastki daje niezwykły efekt. Kilku milionom nabywców spodobała się ta mieszanka, sukces należało więc wykorzystać. Więc trasa. Najpierw jedna, potem następne. I tak przez osiemnaście miesięcy.

   Najpierw podróże z Ozzy Osbournem. Podczas koncertów Staley złamał nogę i musiał występować na wózku. W tym samym czasie połowa managementu Alice - Kelly Courtis, postanowiła zając się karierą Pearl Jam. Od 1992 roku sprawami zespołu zajmuje się Susan Silver (prywatnie małżonka Chrisa Cornella). Kolejne koncerty dawały się muzykom mocno we znaki. Layne Staley nie wytrzymał i ponownie zaczął brać narkotyki. Po koncertach w Rio de Janeiro i na Hollywood Rock Festival zespół opuścił Mike Starr. Znalezienie następcy na miejsce pełnego energii Starra nie było łatwe, zespół jednak nie załamał rąk i szybko ściągnął Mike'a Ineza, znajomego z trasy z Ozzym Osbournem. Inez, który zagrał na płycie "No More Tears" Osbourna, tak wspomina początki w Alice: "Byłem wtedy od szesnastu miesięcy w trasie z Ozzym. I po dwóch tygodniach przerwy ruszyłem w kolejną szesnastomiesięczną trasę, tym razem z Alice In Chains". Nowy człowiek, ktoś z zewnątrz, potrafił też przyjrzeć się sytuacji w zespole: "Gdy zacząłem grać w Alice In Chains i zobaczyłem, co się dzieje, zupełnie nie mogłem się pozbierać do kupy. Wiesz, jeśli naprawdę kochasz swoich przyjaciół, powinieneś zdobyć się na wyrozumiałość dla nich, dla ich słabości. Ale ja za nic nie mogłem tego wszystkiego zrozumieć. Narkotyki zupełnie mnie nie pociągają" mówił Inez w wywiadzie dla pisma "Tylko Rock" w 1996 roku.

   Na razie jednak mamy rok 1993.Grupa znalazła czas na nagranie dwóch utworów na potrzeby ścieżki dźwiękowej do filmu "Last Action Hero" - były to What The Hell Have I i A Little Bitter (oba znalazły się na MUSIC BANK). Później - kolejna edycja Lollapaloozy, koncerty z takimi grupami, jak Tool, Rage Against The Machine, Primus czy Fishbone. We wrześniu 1993 roku, w London Bridge Studios, zespół zarejestrował w ciągu tygodniowej sesji materiał na następną płytę, tym razem - podobnie, jak w przypadku SAP, znalazły się na niej utwory spokojne, akustyczne, pełne przestrzeni i luzu. Opublikowana w styczniu następnego roku płyta JAR OF FLIES została potraktowana jako EP-ka i jej debiut na 1. miejscu w zestawieniu Billboardu jest jedynym przypadkiem tak wysokiej pozycji minialbum w pierwszym tygodniu sprzedaży. Kinney o JAR OF FLIES mówił: "Nie mieliśmy w planach żadnych nagrań. Po prostu postanowiliśmy kontynuować podróż muzyczną w inną stronę. Trochę odpoczywaliśmy i patrzyliśmy, co z tego wyjdzie. Myślę, że te utwory pokazują, jaki jest ten zespół".

   Zatrzymajmy się na chwilę przy dotychczasowych osiągnięciach Alice In Chains. FACELIFT - platynowa płyta. DIRT - podwójna platyna. JAR OF FLIES - spektakularny debiut na 1. miejscu najlepiej sprzedawanych płyt. A jednak w zespole nie działo się najlepiej. Staley coraz bardziej pogrążał się w narkotykowym nałogu, Kinney zbyt często zaglądał do butelki. Zapowiedziana na lipiec trasa z Metalliką została w ostatniej chwili odwołana. Mówiło się o przemęczeniu, kryzysie i tak dalej, prawda jednak była inna - zespół zawiesił działalność. Kinney zapowiedział, że więcej nie zagra na jednej scenie ze Staleyem. Nie doszedł do skutku koncert na Woodstock latem 1994. Muzycy zajęli się swoimi sprawami, nie tylko muzycznymi - Inez oddał się nurkowaniu, Kinney surfingowi, Staley piciu. Jeśli chodzi o zasadniczą twórczość członków Alice, czyli granie, Inez wziął udział w nagraniu płyty Slash's Snakepit, Kinney i Cantrell zagrali na składankowej płycie z piosenkami Willi'ego Nelsona, Staley napisał teksty i zaśpiewał na albumie "Above" formacji Mad Season. Jerry Cantrell zaś zajął się tworzeniem materiału na solowy album. Po pewnym czasie do gitarzysty dołączyli Kinney i Inez. Trzy czwarte Alice In Chains zaczęło tworzyć muzykę, która świetnie nadawała się na materiał dla Alice. Ściągnięto Staleya i zespół znowu stanął na nogi.

   Zespół rozpoczął pracę w Bad Animals Studio w Seattle i fakt ponownej współpracy muzyków był dla muzycznego świata sporym zaskoczeniem. Płyta ukazała się w listopadzie 1995 roku i zadebiutowała na 1. miejsce zestawienia Billboardu. Album nosił tytuł ALICE IN CHAINS, przyjął się również drugi tytuł, Tripod. Kaleki pies na okładce był czymś w rodzaju hołdu - kiedy Sean Kinney roznosił jako dzieciak gazety, gazety, pogonił go kiedyś właśnie ta okaleczony zwierzak. Wizerunek trójnogiego psa wywołał kontrowersje, np. w Japonii zespół musiał zrezygnować z oryginalnej okładki. Płyta, według słów Cantrella, jest "kurewsko niebezpieczna". Mike Inez tak skomentował te słowa na łamach "Tylko Rock": "Pracując razem nad tą muzyką, nad tekstami, weszliśmy naprawdę głęboko w siebie nawzajem. W tych utworach jest całe spektrum naszych przeżyć z wszystkimi odcieniami, z wszystkimi półtonami. A to, że ludzie przeżywają ze sobą tak wiele w tak krótkim czasie, nie jest przecież sytuacją normalną. Bez wątpienia było w tym coś niebezpiecznego". Na propozycję zrealizowania video z wywiadami zespół ściągnął zaprzyjaźnionego Ricky'ego Schencka, którego pomysł z Cantrellem w roli pani przeprowadzającej wywiady i podróży w poszukiwaniu muzyków (m.in. w salonie fryzjerskim) został podchwycony i zrealizowany. Na początku 1996 roku sprzedaż Tripod przekroczyła milion egzemplarzy, latem zespół zagrał (i nagrał) akustyczny koncert w studio MTV, wcześniej został nominowany do nagrody Grammy (za utwór Grand) w kategorii Best Hard Rock Performance. Płyta UNPLUGGED zadebiutowała na trzecim miejscu listy Billboardu, zespół zaś zagrał cztery koncerty jako support przed grupą Kiss, bohaterami wielu amerykańskich muzyków. Niestety, były to ostatnie koncerty Alice In Chains. Okazało się, że świetna sprzedaż płyty to nie wszystko. Krytykowany przez prasę Staley - za powtarzanie się, za przynudzanie i ogólnie za kiepską formę wokalną - zaszył się w Seattle. W jego życiu prywatnym doszło do tragedii - jego towarzyszka życia przedawkowała heroinę. Kolejna ofiara życia na krawędzi... Przyjaciele bali się o wokalistę, nie wykluczali możliwości samobójstwa. Staley doszedł do siebie, jednak zupełnie odizolował od świata. W 1997 roku Barret Martin (m.in. Mad Season) w wywiadzie dla "Tylko Rock" na pytanie o dalszą działalność Mad Season mówił: "Mieliśmy nagrać dwupłytowy album, ale na razie ze względu na stan zdrowia Layne'a się nie da. Może kiedyś".

   W 1997 roku o zespole było cicho. Dochodziły informacje o pracy Cantrella nad solowym albumem, a Layne Staley'u krążyły różne sprzeczne wieści - jedni mówili o świetnym samopoczuciu wokalisty, inni o gangrenie, jakiej nabawił się w związku z nałogiem, i amputacji kilku palców. Sam zainteresowany milczał. W 1998 roku ukazał się album BOGGY DEOPOT Jerry'ego Cantrella, na którym zagrali również koledzy z Alice - wszystkie partie bębnów była autorstwa Seana Kinneya, Mike Inez zagrał w kilku utworach. Słychać również m.in. Lesa Claypoola z formacji Primus, Rex Brown z Pantery i inni. Płyta ozdobiona jest dość symboliczną okładką - Cantrell zmywa z siebie grubą warstwę błota, tak, jakby oczyszczał się z bagażu ostatnich lat. Również w 1998 roku Layne Staley nagrał z supergrupą Class Of'99 (w składzie znaleźli się m.in. Tom Morello z Rage Against The Machine i Stephen Perkins z m.in. Jane's Addiction) wersję Another Brick In The Wall z repertuaru Pink Floyd na potrzeby ścieżki dźwiękowej do filmu The Faculty. Doszło także do ponownej sesji Alice In Chains. Zespół nagrał dwa utwory na potrzeby składanek - Get Born Again i Died, zrealizował teledysk do tego pierwszego. Obie kompilacje ukazały się w 1999 roku, pierwsza, NOTHING SAFE zawiera jeden utwór premierowy i kilkanaście utworów z całej kariery Alice, niekiedy w wersjach odbiegających od znanych z płyt. Czterokompaktowy MUSIC BANK nawiązuje do początków zespołu (tytuł), jednocześnie jest skarbem dla wielbicieli Alice In Chains. Blisko 50 utworów, teledyski, fragmenty koncertów, wywiadów, zdjęcia... Dużo tego. Ale to jeszcze nie koniec. Zimą 2000 ukazała się płyta koncertowa, pokazująca trochę inne oblicze Alice In Chains. Studyjne nakładki gitarowe i wokalne zastąpiła surowa produkcja, niekiedy fałsze i dysonanse. Ale jest to frapujący obraz jednej z najlepszych grup lat dziewięćdziesiątych.

   Co dalej? Jerry Cantrell nagrywa kolejny solowy album (materiał jest już nagrany, płyta ma nazywać się Degradation Trip, Vol 1 and 2), Sean Kinney i Mike Inez wraz z gitarzystą Chrisem DeGarmo nagrali pod szyldem Spys4Darwin płytę Microfishe, głośno mówi się o tym, że Inez ma zastąpić Jasona Newsteda w Metallice. Milczy Layne Staley. Czy oznacza to koniec Alice In Chains? Jerry Cantrell: "Jest między nami dużo miłości. Nigdy nie możesz być pewnym, co się, kurwa, stanie. Przygoda ciągle trwa i trwa, dopóki oddychamy i chodzimy Alice In Chains ciągle istnieje".

Kometa Mobil