Deeds of Flesh już od kilku lat ciężko pracuje na miano jednego z najlepszych death metalowych zespołów. Czyni to z duzym powodzeniem, o czym najlepiej przekonuje najnowszy album kalifornijczyków Path of the Weakening, jeden z najlepszych krążków 1999 roku, brutalny, techniczny i przy tym brzmiący bardzo świeżo. Postanowiliśmy zatem skontaktować się z liderem kapeli, Erikiem Lindmarkiem, aby dowiedzieć się, co tam u nich słychać...
METAL SIDE: Słyszeliśmy, iż po nagraniu Inbreeding The Anthropophagi nastąpiły istotne zmiany w waszym składzie. Czy wpłynęły one znacząco na kształt waszej ostatniej płyty Path of the Weakening?
ERIK LINDMARK: Tak w istocie się stało... Joey, nasz oryginalny perkusista, odszedł od nas po nagraniu 'Trading Pieces', gdyż dostał doskonałą ofertę pracy. Zastąpił go Brad Palmer, świetny bębniarz, ale po prostu nam nie wyszło. Na szczęście, kiedy Brad odchodził, okazało się, że Joey może powrócić do zespołu i jest z nami na 'Path...'. Zatrudnilismy również byłego gitarzystę Vile, Jima Tkacza.Okazało się to być doskonałym posunięciem. Jesteśmy bardzo zadowoleni z ostatniego krążka, ze wszystkich jego składników, od produkcji do wyglądu płyty. Pierwszy raz nagrywaliśmy krążek z dwójką gitarzystów, dzięki czemu nasza muzyka urozmaiciła się i więcej w niej harmoni.
Path... został wydany przez nową wytwórnię 'Unique Leader'. Repulse zawiodło was? Wydaje się, że bez kontraktu z europejską wytwórnią trudniej wam będzie zawojować Stary Kontynent...
Nasz kontrakt z Repulse wygasł, zatem mogliśmy rozważyć wszelkie możliwości. Wybraliśmy 'Unique Leader', gdyż ich oferta była najlepsza. Repulse odwalił kawał dobrej roboty, zarówno gdy idzie o dystrybucję, jak i promocję. 'Unique..' pracuje z wieloma europejskimi dystrybutorami, więc nasza płyta będzie dostępna. Pracujemy teraz nad nowym programem naszych koncertów i kiedy wyruszymy na trasę w 2000 roku, z pewnością będziemy chcieć trafić do Europy. Ostatnim razem było tam doskonale. Ludzie rzeczywiście są zaangażowani z metalową scenę.
Niektórzy twierdzą, że wasza muzyka, zwłaszcza na Inbreeding... jest zbyt chaotyczna...
Zawsze graliśmy, tak jak chcieliśmy. Na pewno nie zbyt chaotycznie. Może ktoś za nami nie nadąża, he he he.Ostatnia płyta łączy szaleństwo 'Inbreeding...' z mocą 'Trading Pieces'. W nowych kawałkach więcej jest uczuć i mroku.
Gracie death metal już od lat. Czy nie znudziło wam się? Choć należycie do najbardziej popularnych zespołów, wykonujących brutalny death metal, nie przyciągacie uwagi dziesiatek tysięcy fanów. Może kusiło was kiedyś, aby zagrać bardziej komercyjny materiał?
Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, co osiągnęliśmy. Gramy, bo lubimy to robić. Nikt nie dorobi się grając death metal. Ale też nigdy się nie zaprzedamy. Pieniądze nie grają tu roli. Zawsze tak będzie. Mamy wrażenie, że nasz ostatni krążek jest najlepszy i najbardziej szczery spośród naszych nagrań. Nawet jeżeli nie sprzeda się dobrze, to i tak nagrywać będziemy podobne materiały, takie jakie sami chcemy usłyszeć. Nie chcemy nikogo zadowalać. A tak chyba, jak sądzę, chciały zrobić zespoły, które sprzedały się
Co w takim razie z zarzutami, że wasza muzyka nie jest oryginalna, bo przypomina np. Deicide? Takie opinie wygłaszano zwłaszcza o Trading Pieces'
Nigdy nie próbowaliśmy nikogo kopiować, choć każdy może mieć własną opinię, o tym, jak brzmimy. Sądzę, że jesteśmy oryginalni. To, co nas inspiruje, sięga korzeniami speed/thrash metalu z początku lat 80-tych.
Czy to znaczy, że nie słuchacie brutalnego death metalu?
Wszyscy słuchamy ekstremalnej muzyki. To wspaniałe, kiedy możesz usłyszeć nowe, oryginalne zespoły. A także zabójcze krążki już uznanych kapel. Trzymamy rękę na pulsie, jeśli o to chodzi. Co prawda wiele wytwórni podpisuje kontrakty z żałosnymi kapelami, ale death metal nie umrze. Trzeba być specjalnym rodzajem człowieka, aby wsłuchiwać się w ekstremalną muzykę.
W Kalifornii death metal rozwija się chyba niezwykle prężnie. Tak przynajmniej wydaje się z zewnątrz...
Kalifornia ma zabójczą scenę. Wymieńmy choćby Disgorge, Vile, Exhumed, Sadistic Intent, Sepsism, Purgatoria, Leprah. Odkąd sięgam pamięcią, scena zawsze była tu rzeczywiście silna. Oczywiście kocham również tutejsze stare zespoły, te zaczynające jeszcze w latach 80-tych. Cieszę się, gdy ludzie postrzegają nas jako część sceny kalifornijskiej. To przecież takie miłe miejsce do życia, he he he.
Czy nie sądzisz, że niektóre zespoły przedkładają chęć zaszokowania fanów odrażającą szatą graficzną płyt nad troską o ich zawartość muzyczną?
Tak, to prawda. Nienawidzę tych wszystkich okładek z właśnie poćwiartowanymi zwłokami i gównem. Tak często już to robiono. Muzyka jest najważniejsza. Wiele zespołów o tym zapomina.
Ściągnięcie wywiadu by: Przemko