|
NIE MA DRAMATU...o polskim rynku muzycznym słów parę...
W GZ#4 mogliście przeczytać artykuł (felieton?, przemyślenia?) Alexandry Postek zatytułowany niezwykle tragicznie: "Dramat na polskim rynku muzycznym". Autorka pisze tam o artystach śpiewających po angielsku i wraz ze swoim patriotyzmem żałuje, że artystów śpiewających po polsku jest tak mało (całość znajdziecie oczywiście na GZ#4). Nie o tym jednak mam zamiar pisać choć wspomnę też o tego rodzaju "dramacie". To co przeczytacie za chwilę to moje przemyślenia na temat polskiego rynku muzycznego "zainspirowane" tekstem Alexandry... więc zaczynamy...
Polska branża muzyczna (jak napisałem w poprzednim miesiącu) jest, taka jak i wszystko w naszym kraju, czyli DO DUPY. Mówię tu o rynku oficjalnym, komercyjnym, w zdecydowanej większości "zajętym" przez "wielką szóstkę" koncernów muzycznych (BMG, Polygram, Sony, Warner Music, Pomaton EMI i Uniwersal). Prócz "wielkiej szóstki" na rynku znajdziemy koncern, promujący muzykę trochę bardziej ambitną: S.P. Records, pozostałe wydawnictwa to małe, niezależne, często jednoosobowe firmy (Antena Krzyku, Metal Mind, Biodro Rec., Pagan Rec. QQRYQ Prod. i mnóstwo innych). To właśnie "wielka szóstka" dyktuje warunki na rynku, zawyża ceny płyt, promuje kiczowate gwiazdy, zgarnia największą kasę i... przyznaje sama sobie (z roku na rok coraz MNIEJ prestiżowe) "Fryderyki". Pozostałe firmy wydają muzykę dla wąskiego grona osób, maniaków danego gatunku. Firmy niezależne nie są, jak wielkie koncerny, nastawione na największy zysk, tam liczy się bardziej sztuka, ideały (co niejednokrotnie jest przyczyną ich kłopotów finansowych i zaprzestania działalności.). Z kolei "wielka szóstka" uważnie śledzi wyniki sprzedaży i wyciąga wnioski: gdy na całym świecie boysbandy (czyli pedalskie zespoły ;)) ; z całym szacunkiem dla homoseksualistów) robią furrorę - koncern organizuje casting i szuka podobno przystojnych, (piszę podobno, ponieważ nie znam się na facetach, za to na kobietach jak najbardziej, ;) ) 5-ciu pedałków, z którymi podpisuje kontrakt, wydaje ich płytę, organizuje ogromną akcję promocyjną, wmawiając naiwnym nastolatkom, że "pedzioboys" są świetni...tak powstał zespół "Just 5", i wiele innych takich tworów, wszystko zależy tylko od tego co w danej chwili się sprzedaje...
Czytacie te słowa i z pewnością doszliście do wniosku: Dramat na polskim rynku muzycznym!!! Firmy fonograficzne promują kicz, a te niezależne, które wydają dobrą muzykę ledwo wiążąc koniec z końcem. Tak jest ale... nie do końca...
Czasy się zmieniają, gusta muzyczne również. Jakieś parę lat temu w Polsce najlepiej sprzedawały się płyty wokalistek z kręgu pop-rocka (Kowalska, Bartosiewicz), później boysbandów (Just 5 i inne takie). Niedawno za sprawą Brathanków i Golców (a wcześniej Kayah i Bregovica) zalała nas fala folku, w te lato setki tysięcy płyt sprzedało kiczowate, (a może "zajebiste", jak mówi lider tej grupy?) Ich Troje, jesienią jako popłuczyny folku pojawiła się płyta Bregovica z Krawczykiem itp...
Ale tu pojawił się problem (dla wielkiej szóstki oczywiście). Otóż na przestrzeni ostatnich lat drastycznie zmalała liczba sprzedawanych płyt wyknawców ze sceny oficjalnej. Czy to zwiększenie się piractwa (nie sądzę), czy może przesyt ludzi sztucznie promowanym miękkim, estradowym popem, czy może brak autentycznych gwiazd z kręgu pop, których można by wylansować? Co było przyczyną tego spadku - nie wiem, ale faktem jest, że w 1999 roku (jak podaje Newsweek Polska, nr.1) sprzedano 400 tyś płyt artystów z kręgu muzyki komercyjnej (pop) a 1 tysiąc z kręgu muzyki alternatywnej. Rok 2001 przynosi rewolucję - muzycy pop sprzedali 40 tyś płyt, a ci niezależni 30 tysięcy. To niemalże tyle samo!!! Nie wiem czy to niezależne wydawnictwa nauczyły się promować swoją muzykę, czy może to masowy odbiorca zauważył i wybrał autentyczność przekazu i postaci undergroundu. Faktem jest, że szeroko pojęta muzyka alternatywna (od występujących na tak popowym festiwalu, jakim jest festiwal opolski - hip-hopowców, poprzez płyty Kazika, Yugotonu, Fiolki, Smolika, Pidżamy Porno, Ścianki, po punkowe i metalowe podziemie,) stała się towarem dobrze sprzedającym się i w tym środowisku. Nawet wielkie koncerny, zamiast wydawać pieniądze na castingi i promocję nowego boysbandu utworzyły swoje oddziały zajmujące się niezależną muzyką (Pomaton EMI utworzył oddział zajmujący się hip-hopem "Baza Lebel"- wydającego min. Molestę, i oddział zajmujący się alternatywnym rockiem "Ulltra", Sony utworzyło "Chaos Mangament" a BMG "Sisy Rec" itd...). Wydaje mi się więc, że fani dobrej nieplastikowej muzyki (a za takch uważam czytelników GZ i swoja skromną osobę) nie mogą narzekać. Nie ma dramatu, wręcz przeciwnie, mimo iż wielkie i zazwyczaj nieprzyjazne wobec alternatywy, koncerny dobierają się swoimi brudnymi łapskami do niej, jest to sytuacja lepsza niż ignorowanie niezależnych i promowanie plastiku. Przyanjmniej do popkultury i masowej świadomości przejdzie choć trochę muzyki, której warto poświęcić uwagę.
Coraz mniej problemu jest też z kupnem płyt niezależnych wyknawców. Alexandra pisze (w GZ#4) iż w Empiku miała problem z kupieniem płyty Pidżamy Porno. Ciekaw jestem w jakim mieście miało to miejsce, bo ja odwiedzając Opolski, Gliwicki, Katowicki i Rybnicki Empik ZAWSZE płytę Pidżamy widziałem z daleka, na półce z napisem Top 20 (20 najlepiej sprzedających się płyt), stojącą obok płyty Ścianki, jak i (co nie jest dziwne) obok licznych produkcji Kazika ("Melassa", "Melodie...", Yugoton, El Dupa,), a niedawno całą frontową półkę (w małym) opolskim empiku zajęło Happy Pils z ich ostatnią płytą (recenzja wkrótce na GZ), prócz tego w Opolskim i Rybnickim Empiku (w pozostałych nie zauważyłem) można znaleźć osobną półkę z napisem METAL, na której znajdziecie zarówno Acid Drinkers, Marylin Manson, jak i Samaela i inne, bardzo niszowe i radykalne kapele spod znaku trzech szóstek. Tak jest w Empikach, a w małych sklepikach muzycznych, prowadzonch przez pasjonatów sytuacja wygląda jeszcze lepiej - kupicie prawie wszystko. Nie ma problemu, a zaledwie parę lat temu (wakacje 1998) szukałem po gdańskich sklepach muzycznych debiutanckiej płyty Ścianki i z trudem ją znalazłem - dziś to nie do pomyślenia.
I ostatnia sprawa, związana z głównym tematem tekstu Alexandry, śpiewanie po angielsku, które Ona niemalże demonizuje. Ja z kolei nie widzę różnicy w jakim języku artysta śpiewa - to jego wybór, często dokonany w celu dotarcia do większego grona słuchaczy (również niepolskich, np. Vader, Sweet Noise, Happy Pils czy Something Like Elvis nie wydają swych płyt tylko w Polsce i trudno żeby śpiewali po polsku), jednak szanuję patriotyzm Alexandry, ma do tego prawo i z niego korzysta, jednak będąc konsekwentna musiała by apelować o zmianę nazwy "Grunge Zone" na "Strefę Grandżu" (bądź nawet należałoby przetłumaczyć samo słowo "grunge"), ale może jako niepatriota czepiam się, i tyle.
Więc Panie i Panowie, spokojnie, nie ma dramatu. Polski rynek muzyczny nigdy nie był tak dobry jak np. Amerykański, i nigdy taki nie będzie. Cieszy fakt iż muzycy dotychczas uważani jako outsiderzy polskiej branży mają coraz łatwiej z dotarciem do przeciętnego odbiorcy, jednocześnie nie muszą "dać ciała", by zaopiekowała się nimi bogata firma fonograficzna i mimo kontraktów grają swoją autentyczną i szczerą muzykę. To nam, fanom żywiołowej i prawdziwej, szeroko pojętej muzyki rockowej, tylko może dac więcej okazji do obcowania z tą niesamowitą muzyką. I oby tak było zawsze. Amen.
W branżę muzyczną zagłębiał się: MAYKEL ( pozdrawiający przy okazji Alexandrę Postek :) )
|