GrungeZone  -  numer 10  [marzec - kwiecien 2002]

   <==  poprzednia strona

następna strona  ==>   


Recenzja: Nirvana - Unplugged In New York

    Witam ponownie... no cóż powoli dochodzę do końca opisywania wszystkich albumów Nirvany... po Unplugged zostanie tylko "From the muddy banks of the wishkah"... no, chyba że pani Love i reszta ferajny przestanie się kłucić i pozwolą, by fani usłyszeli oastatnie utwory na od 1996 roku zapowiadanym boxie... no ale nie o tym miałem mówić.

    Nirvana swój album w popularnym programie MTV nagrała 18 listopada 1993 roku... Co trzeba poiwedzieć, to przede wszystkim, że był to chyba najpopularniejszy unplugged nagrany dla MTV. Kolejna istotna rzecz, to to, że został on po prostu nagrany "na żywca"... to znaczy bez najmniejszych poprawek, zmian, nagrywania czegoś ponownie itd. a innym zespołom często się to zdarzało... kolejna ciekawostka jest taka, że zespół pobił rekord MTV unplugged, jeżeli chodzi o ilość coverów... było ich aż 6, czyli niemalże połowa utworów zagranych... no, chyba, że doliczyć zaimprowizowane "Sweet Home Alabama" formacji Lynyrd Skynyrd. Niestety ten fragment nie znalazł się na płytce, ale to dlatego, że zagrano go w trakcie przerwy, a Kurt nie zorientował się w porę i zdążył tylko troszkę zanucić (zamruczeć) do mikrofonu :-)... ma zaledwie parenaście sekund.

    Koncert rozpoczyna się od Abaut a girl... czemu akurat od tego... przypuszczam, że powodem mogło być przygotowanie wokalu... prawdopodobnie zespół miał próbę przed koncertem... "abaut a girl" jest utworem trudnym do zaśpiewania ze względu na wymaganą wysokość głosu (sam się zajmuję śpiewaniem i wiem, co to znaczy śpiewać tak wysoko będąc zmęczonym)... podobnie jest w przypadku kolejnego kawałka -"come as you are"... tam też trzeba czasami mocniej "docisnąć gardła" :-) Tak swoją drogą, to "abaut a girl" był jedynym kawałkiem z albumu bleach zagranym na tym koncercie (z albumu incesticide nie zagrano nic). Utwory wypadają bardzo dobrze, natomiast Kurt pokazuje siłę swojego głosu i charakterystyczną chrypkę przy wyższych partiach do zaśpiewania. Perkusja wystukuje raczej delikatnie rytm, natomiast gitary spokojnie i dość melancholijnie wydają soczyste brzmienie, które można znaleźć tylko tu... o klimacie panującym na sali już nie wspomnę... każdy utwór kończy wielki i głośny aplaus publiczności, która bawiła się naprawdę świetnie. Jako trzeci utwór mamy cover... Kurt dość nie śmiało zapowiada kawałek jednego ze swoich ulubionych zespołów -Vaselins "Jesus doesn't want me for a sun beam"... w tym utworze Ghroll bierze bas Novoselica i tylko stopą kontroluje uderzenia talerzy, natomiast Krist gra na harmoni... jest to duża zmiana... utwór niesie ze sobą lekki, jakby hipisowski klimat... ustają brawa i nagle słyszymy dość ciekawy riff znany już z twórczości innej gwiazdy rocka -D. Bowiego... a chodzi tutaj o kawałek "The man who sold the world"... wypadł on na unplugged naprawdę pięknie, ale to jeszcze nic... jeśli słyszeliści go wykonywanego na zwykłym koncercie... wtedy dopiero ma prawdziwie mocny oddźwięk... i ten cały chaos, jaki wytwarza się w refrenie... zakończony ponownie głównym riffem, który powtarza się nie dając o sobie zapomnieć... utwór jest prosty, ale wpada w ucho. Słychać wciąż Kurta, który krytykuje sam siebie za swoją grę... decyduje się kolejny utwór decyduje się zagrać sam... samotnie grająca gitara akustyczna, bez perkusji, basu zdecydowanie zmienia klimat panujący tam... grane na zmianę i od niechcenia akordy wypełniane słowami, o identycznym zabarwieniu... i nagle refren, próbujący się wybić, dodać mocniejszego brzmienia... a jednak taki samotny...

"sit and drink pennyroyal... tea... destil the life that's inside of... me..."

   Echo głosu rozchodzi się po całym studiu... aż czuć, z jak ogramnej głębi duszy Kurta się on wywodzi... chyba wszyscy słyszący ten kawałek mają takie przeczucie... poraża on swoją wręcz dramatycznością... utwór kończy się spowalniającym (trochę zmutowanym) graniem akordy Am. Kolejny utwór gra już cały zespół, łącznie z wiolączelistą, który daje popis swoojego instrumentu, gdyż do niego należy część solowa danego kawałka -"Dumb". Potem mamy trzy kawałki z Nevermind: "Polly", "On a plain", oraz "Something in the way"... wypadły bardzo dobrze, mimo iż ten ostatni został zagrany w innej tonacji niż pierwotnie... nie zabrzmiał przez to tak ponuro i markotnie, ale jednak nie można narzekać... jest zdecydowanie bogatrzy w dźwięki i aranżacje (pierwotna wersja została zagrana tylko przez Kurta na pięciostrunowej gitarze... potem dograno bas, perkusję i wiolonczelę).

    Chwilę potem do studia wchodzi dwóch muzyków Meat Puppets i odegrane zostają trzy kawałki (oraz zaimprowizowany fragment "Sweet Home Alabama", który nie znalazł się jednak na płytce). Pierwszy z utworów, to bajeczne "Platteau"... gitary wręcz kołyszą dźwiękami... falują one i wypełniane są przez wokal, który idealnie pasuje do nich... na zakończenie zagrane jest piękne outro, które jest równie piękne, jak melodia kolejnego utworu: "Oh Me"... również bawny i... ech zresztą tego się nie da opisać... dostaję gęsiej skórki, za każdym razem kiedy tego słucham... solówka, która zagrana akustycznie robi códowne wrażenie. Na porzegnanie panów z Meat Puppets utwór troszkę inny... niektórzy twiedzą, że najlepszy na albumie... ja nie powiem tak mimo to. Trzeba powiedzieć jednak, że jego główną zaletą jest wokal, który jest bardzo ciekawie modelowany... z pewną chrypką... naprawdę świetny. Żegnamy już panów z Meat Puppets i zbliża się czas porzegnania również i Nirvany... Przedostatni utwór to "All Apologies"... jest to dla mnie wielkie szczęście, że zdecydowali się na ten utwór... wypadł on rewelacyjnie i nie jest wtórną wersją, kopią tej z "In Utero". Jest ona bardzie... jakby to powiedzieć... luźna... melancholijna... Po krótkiej rozmowie muzyków słyszymy ostatni utwór... ten kawałek był już parukrotnie grany na koncertach... choć przyznam, że te wersje, które mam u siebie kończyły się niezbyt dobrze... Kurt krzyczy lecz bez zaqchowania melodii i nie daje to zbyt dobrego efektu... inaczej jest na "unplugged"... "Where did you sleep last night", to najpopularniejszy kawałek z tego albumu i nie bez powodu!!! Kurt potrafił przetworzyć tak dobrze kawałek starego bluesmana z lat sześćdziesiątych -Led Billy'ego, że brzmi on w 100% współcześnie... krytycy muzycznie powiedzieli: wersja Kurta jest wersją ostateczną... nikt nie zrobiłby tego lepiej"... może w tym momencie przestanie to być recenzja a mnie ubiorą w kaftan bezpieczeństwa... ale za każdym razem kiedy kończy się album, kaseta w walkmanie zatrzymuje się ja wciąż słyszę, w głowie ten utwór... po prostu... po prostu on się nigdy nie kończy.

    Kocham ten album, jak wszystkie pozostałe... jest on zdecydowanie inny niż pozostałe, ale to dlatego, że Nirvana i tak ma każdy album zupełnie inny... Kurt już kiedy usłyszał unplugged R.E.M. wiedział, jak będzie wyglądał jego. A jak wygląda? Jest bogaty w różnorodne dźwięki, instrumenty, melancholijny i "soczysty"... chociaż nie... tego nie da się ująć w 4 słowa... tego trzeba posłuchać... nie wystawiam oceny, bo nie śmiem oceniać Nirvany... zresztą co album pisałbym 10/10, a to nie ma sensu, bo muzyki nie można porównywać w takich kategoriach.

orion

 

spis treści  |  góra